Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Bałtycki front: gdzie imperium Putina spotyka się z Unią Europejską

Kraje bałtyckie postrzegają siebie jako leżące na linii frontu w nowym konflikcie Wschód-Zachód. Ale nawet z wielką populacją mniejszości rosyjskiej, ciężko wyobrazić sobie konflikt w stylu ukraińskim na Litwie, Łotwie czy w Estonii.

Kiedy Juozas Olekas miał 10 lat, rodzice zabrali go na długą przejażdżkę pociągiem z Wilna do Moskwy przez Sankt Petersburg. Dotarli jednak daleko na wschód aż do Krasnojarska i potem 70 kilometrów dalej do Bolszoj Ungut na Syberii. Chodziło o to, by Juozas poznał swe miejsce urodzenia.

Stalin kazał deportować rodzinę Olekasów w 1948 roku, podobnie jak tysiące Litwinów. Wyszło z tego dziesięć lat. „Piękny kraj zdominowany przez morderczy klimat” – wspomina Olekas.

Dziś jest ministrem obrony Litwy, która jest obecnie członkiem Unii Europejskiej. W wieku 59 lat, jest tęgim mężczyzną, zazwyczaj noszącym muszkę. Jego rodzice nigdy nie mogli stłumić swych wspomnień lat spędzonych na Syberii i kaprysów sowieckiego reżimu. To historia, która ukształtowała także jego tożsamość.

„Rosja jest prawdziwym, szczególnym niebezpieczeństwem” – mówi. „Ona tylko rozumie język siły. Jeśli nie skonfrontujemy się odważnie z Moskwą, ona stanie się jeszcze bardziej agresywna”. Siedem lat temu Kreml zaatakował Gruzję nie napotykając żadnego znaczącego oporu ze strony Zachodu. Teraz to samo dzieje się na Ukrainie. Czy jest możliwe, że kraje bałtyckie mogą doświadczyć podobnej napaści?

Nawet w granicach Litwy są potencjalne cele ataku, mówi minister. Moskwa zaopatruje eksklawę kaliningradzką, używając torów kolejowych, które biegną przez Litwę. „Rosyjska armia regularnie przeprowadza manewry, symulując wyzwolenie Kaliningradu”, mówi minister. „Zakładają one okupację terytorium Litwy”.

Minister mówi, że ostatni kryzys „wreszcie obudził Unię Europejską. Nasze ostrzeżenia są teraz słuchane”. NATO przygotowało nagłą odpowiedź z manewrami na wielką skalę w tym tygodniu w Polsce, z duńskimi i brytyjskimi myśliwcami patrolującymi bałtycką przestrzeń powietrzną. Tydzień temu we wtorek sekretarz obrony USA Ashton Carter ogłosił w Tallinnie, estońskiej stolicy, że Ameryka rozmieści ciężką broń, w tym 250 czołgów, w Polsce i w krajach bałtyckich. Ten ruch przyszedł zaraz po tym, jak prezydent Władimir Putin ogłosił 16 czerwca, że chce zaopatrzyć rosyjski arsenał nuklearny w co najmniej 40 międzykontynentalnych rakiet batalistycznych.

W maju kraje bałtyckie poprosiły partnerów z NATO o wsparcie w postaci rozmieszczenia tysięcy żołnierzy. Wielu Litwinów, ale także Łotyszy i Estończyków, postrzega obecnie swoje kraje jako nowy front w konflikcie Wschód-Zachód. Minister obrony Olekas ostatnio wprowadził ponownie obowiązkową służbę wojskową w swym kraju. Rzeczywiście, 25 lat po upadku Żelaznej Kurtyny, ludzie w krajach bałtyckich drżą ze strachu przed utratą niepodległości.

Patrząc od strony politycznej, byłe sowieckie republiki i obecni członkowie Unii Europejskiej, leżą na granicy dwóch różnych światów. Zjednoczona Europa z demokracją i obietnicą dobrobytu dla prawie każdego leży na Zachodzie. A na Wschodzie mamy Rosję Putina – z korupcją i agresją, kraj, który jest w rękach oligarchów i służb wywiadowczych.

Ale sytuację zaburza liczba rosyjskojęzycznych po europejskiej stronie granicy. Wysoki odsetek bałtyckich populacji ma rosyjskie korzenie. Liczba ta jest relatywnie niska na Litwie, gdzie tylko 6% mieszkańców ma pochodzenie rosyjskie. Jedna czwarta Estończyków ma korzenie rosyjskie, podczas gdy na Łotwie, która ma największy procent mniejszości, 27% populacji należy do rosyjskiej mniejszości. Mieszkańcy pochodzenia rosyjskiego żyją głównie w miastach i są lojalni wobec swych państw, ale mają także własną odrębną tożsamość.

W krajach bałtyckich, kwestia charakteru relacji między Unią Europejską a Rosją jest czymś więcej niż tylko debatą geostrategiczną – to kwestia być albo nie być. Kraje bałtyckie próbują uporać się z własną tożsamością i znaleźć najlepszą drogę interakcji z mniejszościami. Czy Rosjanie postrzegają się jako mieszkańcy swych krajów, jako Europejczycy czy jako Rosjanie? I czy scenariusz ukraiński mógłby się tu powtórzyć, jak ostrzegało NATO?

Łotwa: wzorcowy Rosjanin z Rygi

W stołecznej Rydze prawie połowa mieszkańców ma korzenie rosyjskie. I jak we wszystkich trzech krajach, na Łotwie istnieje partia polityczna, która reprezentuje mniejszość rosyjską. Jest kierowana przez polityka, która odniósł największy sukces spośród polityków rosyjskojęzycznych w krajach bałtyckich: Niła Uszakowa. Jego partia Zgoda jest popierana głównie przez mniejszość rosyjską, ale jak mówi burmistrz Rygi, „jesteśmy lojalni wobec Łotwy, NATO i wobec Unii Europejskiej”.

39-latek jest pełni swoją funkcję od sześciu lat i zachowuje się dość konserwatywnie, ale ze swym doskonałym angielskim wydaje się być człowiekiem, który ma swoje aspiracje i raczej nie zostanie na zawsze na stanowisku burmistrza. Uszakow to prototyp zintegrowanego Rosjanina: opowiada się za demokracją, jest proeuropejski i nie jest otwarty na rosyjskie pokusy nacjonalistyczne.

Jego partia opiera się na zasadach centrolewicowych i socjaldemokratycznych. Przez lata socjaldemokraci w regionie głosowali tylko na Rosjan. To jednak pomogło Zgodzie zostać największą partią w parlamencie. Fakt, że etniczni Łotysze w zeszłorocznych wyborach w jednej piątej głosowali na jego partię, Uszakow uważa za swój największy sukces. Wie także, że będzie musiał budować mosty między Rosjanami a Łotyszami, jeśli kiedyś zechce zostać premierem.

Uszakow wybrał Łotwę i Zachód kiedy miał zaledwie 25 lat. Badanie przeprowadzone w zeszłym roku skonstatowało, że młodsza generacja Rosjan częściej identyfikuje się z krajami bałtyckimi niż z Rosją. Chociaż ci młodzi ludzie wykazują kulturalne pokrewieństwo z Rosją, nie uważają jej za swój dom. Inaczej niż starsze pokolenie. Wielu z nich nie nauczyło się nigdy łotewskiego, litewskiego czy estońskiego, ponieważ wcześniej to rosyjski był językiem urzędowym. Ich język.

Burmistrz z ratusza ma widok na Muzeum Okupacji Łotwy – pozbawiony okien sześcian, przykład post-sowieckiej architektury. Lata „1940 do 1991” są widoczne na fasadzie, to okres 51 lat. Daty oznaczają okres okupacji, którą Łotysze musieli znosić – najpierw niemieckiej, później sowieckiej – ale także smutną, wspólną z Litwą i Estonią, historię.

Po pierwszej wojnie światowej wszystkie trzy kraje walczyły o swą niepodległość od bolszewików, słabego sukcesora imperium carskiego. W 1939 roku Hitler i Stalin porozumieli się co do włączenia trzech państw do sowieckiej sfery wpływów. W przeciwieństwie do Polski, Armia Czerwona nie wkroczyła od razu. Zamiast tego Sowieci założyli bazy militarne i rozszerzyli swe wpływy podobnie jak w zeszłym roku na Krymie. Moskiewscy żołnierze i służby specjalne przejęły administrację w Wilnie, Rydze i Tallinnie. Setki tysięcy osób zostały deportowane lub zabite w sposób arbitralny. Łotysze, Litwini i Estończycy nie byli w stanie samodzielnie wyzwolić się od komunizmu aż do 1990 roku. Później kraje te zostały członkami Unii Europejskiej, doświadczyły boomu ekonomicznego i przyjęły euro. Dla większości ludzi w krajach bałtyckich oznaczało to ostateczny powrót na Zachód.

W czasach sowieckich Kreml próbował zaszczepić coś w rodzaju dumy narodowej u Łotyszy, Litwinów i Estończyków. Oprócz innych działań, nad Morzem Bałtyckim osiedlał Rosjan, którzy jednocześnie otrzymywali przywileje w dostępie do stanowisk rządowych. Ich potomkowie, około miliona osób, stanowią obecnie mniejszość rosyjską w krajach bałtyckich. Po tym jak kraje odzyskały niepodległość, członkowie rosyjskiej mniejszości mieli prawo zachować swe szkoły i folklor. Żeby uzyskać obywatelstwo musieli jednak udowodnić znajomość języka państwowego i historii.

Prawie 14% mieszkańców Łotwy – grupa obejmująca 276 tys. osób, albo około połowy rosyjskiej populacji – nie ma obywatelstwa. W Estonii liczba ta wynosi 6%. Ci tzw. nie-obywatele mogą tu żyć, ale przynajmniej na Łotwie, nie mogą głosować ani ubiegać się o stanowiska polityczne.

Na pierwszy rzut oka w życiu codziennym między dwoma społecznościami nie ma podziałów. Jedna trzecia małżeństw w Estonii i na Łotwie jest mieszana. Ale w wielu obszarach rosyjska mniejszość i reszta populacji bałtyckiej żyje w dwóch odrębnych światach i dwóch odrębnych przestrzeniach informacyjnych. Pierwsi czerpią informacje z rosyjskiej telewizji i programów radiowych, z których wszystkie upowszechniają kremlowską propagandę. Druga społeczność, odwrotnie, oglądają narodowe telewizje. Jest także rosyjskojęzyczny nadawca nadający z krajów bałtyckich, ale on raczej proponuje nudne edukacyjne programy i jest mniej atrakcyjny dla widzów niż opery mydlane i programy rozrywkowe produkowane w Moskwie i Sankt Petersburgu.

Pomimo to, przykład burmistrza Uszakowa pokazuje, że moskiewska propaganda nie jest w stanie zniwelować atrakcyjności życia w kraju, który przestrzega zasad prawa i oferuje paszport Unii Europejskiej. Kiedy Putin zaanektował Krym, Uszakow zadeklarował, że integralność terytorialna Ukrainy jest nienaruszalna. „Możliwe, że zapłaciliśmy za to utratą paru głosów”, mówi. Zabezpieczając się, krytykuje także sankcje. „Nie wierzę, że zmienią politykę Rosji”, mówi. „One mogą tylko zaszkodzić zwykłym ludziom. I bałtyckiej gospodarce”.

Sankcje przeciwko Rosji nie spowodowały do tej pory żadnego poważnego uszczerbku dla krajów bałtyckich. Gwałtowny spadek wartości rubla doprowadził do większego problemu. Wielu Rosjan nie może pozwolić sobie na wakacje w eleganckim kurorcie nad Morzem Bałtyckim Jurmali, na Łotwie, czy kupować w butikach w odrestaurowanym ryskim centrum.  Jednak najbogatsi Rosjanie wciąż przyjeżdżają. Strona internetowa Re:Baltica naliczyła 10 tys. nowych obywateli pochodzących z Rosji od czasu, gdy Putin uzyskał reelekcję jako prezydent w 2012 roku. Łotwa stała się schroniskiem dla tych, którzy w imperium Putina nie czują się już jak w domu – w tym dla kilku oligarchów, którzy stoją blisko bossa Kremla. Wielu z nich skorzystało ze specjalnej oferty ze strony Łotwy: jeszcze do niedawna każdy kto zainwestował 70 tys. euro (77,7 tys. dolarów) w kraju, nawet kupując mieszkanie, kwalifikował się do zgody na pięcioletni pobyt. Próg został podniesiony do 250 tys. euro, jednak liczba nowych rezydentów wciąż rośnie.

Przeczytaj także:  Rosyjskojęzyczni na Łotwie a wojna na Ukrainie

Estonia: Narwa, rosyjskie miasto w Europie

Miastem, które na Zachodzie wskazuje się najczęściej, gdy mowa o realizacji scenariusza ukraińskiego w krajach bałtyckich, jest Narwa w Estonii. Miasto na wschodnim brzegu Unii Europejskiej jest także całkowicie rosyjskie. Post-sowiecka ponurość jest tu wciąż obecna: szerokie ulice, wielkopłytowe blokowiska, pięć gigantycznych centrów handlowych. 95% mieszkańców Narwy mówi po rosyjsku. Żyją w rosyjskim świecie. Dla większości Estończyków Narwa pozostaje wciąż czarną plamą na ich własnej mapie, miastem, które jest dla nich obce.

Rzeka, która dała nazwę miastu, przepływa przez wschodnią część Narwy. Środkowa część rzeki tworzy granicę z potężnym sąsiadem. 400-metrowy most łączy Unię Europejską z imperium Putina. Z jednej strony góruje zamek, naprzeciwko stara carska twierdza Iwangorod.

Walerij Czetwiergow, „obcy”, jak nazywani są rosyjscy nie-obywatele w Estonii, mieszka niedaleko. Jest 75-letnim inżynierem. Kiedy sprawował funkcję burmistrza od 1974 do 1985 roku, Narwa była prowincjonalną dziurą na północno-zachodnich peryferiach Związku Sowieckiego. Wtedy mało kto wyobrażał sobie, że kraje bałtyckie kiedyś odzyskają niepodległość. Po upadku żelaznej kurtyny Czetwiergow nagle obudził się w innym kraju. Nigdy nie ubiegał się o paszport i wciąż nie umie mówić po estońsku. Nie podoba mu się w jaki sposób Estończycy traktują Rosjan. Nie dają im obywatelstwa. Rosyjscy weterani, mówi, nie otrzymują wystarczającego wsparcia. Oczywiście, mówi, wielu ludzi w Narwie sympatyzuje z Putinem, wielu uważa, że Kijów jest rządzony przez „faszystów”, a Krym jest częścią Rosji. Ale separatyści, którzy mogliby wesprzeć oddzielenie się Narwy, tutaj nie istnieją i nie ma partii, która reprezentowałaby mniejszość rosyjską, mówi.

Estonia, po odzyskaniu niepodległości, szybko rozwinęła się jako modelowy kraj europejski. Jest pionierem w IT i e-handlu, mieszkańcy głosują elektronicznie.  Kraj cieszy się boomem gospodarczym, ale ludzie z rosyjskim pochodzeniem częściej są bezrobotni i cierpią z powodu ubóstwa. Duża część rosyjskiej populacji mieszka w stołecznym Tallinnie albo w słabej strukturalnie wschodniej części kraju.

„Myślę, że tutejsi Rosjanie raz należą do imperium Putina, innym razem do Unii Europejskiej” – mówi Katri Raik. „Mają podwójną tożsamość”. Raik, która obroniła doktorat na Uniwersytecie w Marburgu w Niemczech, była sekretarzem stanu, a obecnie jest rektorem Uniwersytetu w Narwie [Narewskiego Koledżu Uniwersytetu w Tartu – przyp. tłum.]. Dziesięć lat temu opuściła Tallinn, by objąć swoje stanowisko. Jej zadanie: założyć uniwersytet w Narwie, by Rosjanie nie jeździli studiować do Sankt Petersburga. Budynek uniwersytetu był gotowy już dwa i pół roku temu: cement, stal, jasny dąb i skandynawska przejrzystość. Mógłby być ambasadą nowej Estonii w postsowieckiej Narwie.

Przeczytaj także:  Dlaczego Narwa nie jest następna?

Raik przygotowuje 650 studentów, prawie samych Rosjan, by zostawali tu nauczycielami. Zajęcia odbywają się po rosyjsku, ale od studentów wymaga się płynnego estońskiego na koniec studiów. Po egzaminach wielu ze studentów Raik wyjeżdża z Narwy, by pracować jako nauczyciele języka w Szwecji czy Finlandii. To trend, który Raik postrzega jako sukces. „Moi studenci patrzą w stronę Zachodu„, mówi. Nie chcą należeć do Rosji.

Jest wiele powodów takiej sytuacji. Estonia cieszy się dobrym poziomem świadczeń socjalnych. Emerytury są wyższe niż w Rosji a szpitale lepsze. Uniwersytet, na którym pracuje Raik, został zbudowany ze środków UE, a główne ulice, promenada wzdłuż rzeki i sieć energetyczna były odnowione z subsydiów unijnych.

W krajach bałtyckich Europa wygrała bitwę o Rosjan: coraz więcej z nich przyjeżdża na Zachód. Nawet dawni aparatczycy nie kwestionują zmian wprowadzonych po upadku Żelaznej Kurtyny. A, to co dotyka ludzi najczęściej, to nie mniejszość rosyjska żyjąca tutaj – ale raczej nieprzewidywalny prezydent w Moskwie.

Koniec końców, wydaje się, że bycie Rosjaninem w krajach bałtyckich oznacza mówienie po rosyjsku i oglądanie rosyjskiej telewizji – i ostatecznie chyba niewiele więcej.

Przeczytaj także:  Media mniejszościowe to kwestia bezpieczeństwa - rozmowa z Ainārsem Dimantsem

 

Tekst przetłumaczony dzięki życzliwości Jana Puhla i tygodnika „Der Spiegel”. Tłumaczenie z języka angielskiego Tomasz Otocki.

 

Zdjęcie tytułowe: Tony Bowden / Flickr / CC

Polub nas na Facebooku!