Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Estonia szuka przyjaciół

Program 100 przyjaciół nie dokonał przełomu kopernikańskiego w wiedzy młodych europejskich dziennikarzy o Estonii. Trudno w ciągu tygodnia dowiedzieć się o małym ambitnym kraju europejskim wszystkiego. Pewnie nie wszyscy młodzi dziennikarze, którzy w sierpniu odwiedzili Tallinn, będą regularnie pisać o Estonii, ale rozbudzono w nich zainteresowanie regionem Bałtyku. Jeśli w roku opublikują cztery-pięć materiałów o małej republice nadbałtyckiej, Estonia jest wygrana.

– Na stulecie polskiej wolności w 2018 roku dostaniemy pewnie wielką defiladę, parę przemówień wysokich figur i nic więcej – powiedział mój kolega, gdy rozmawialiśmy, jak kraje regionu Europy Środkowo-Wschodniej przygotowują się do rocznicy zdobycia niepodległości po Wielkiej Wojnie. Tak się składa, że w 1918 roku niezależność od możnych tego kontynentu uzyskała nie tylko Polska, Czechosłowacja czy Węgry, ale także cztery kraje bałtyckie: Litwa, Łotwa, Estonia i Finlandia. Ta trzecia, której niepodległość trafiła się nie tylko dzięki sprzyjającemu stanowi geopolitycznemu po klęsce Imperium Romanowów, ale także dzięki determinacji społeczeństwa, przygotowuje się do setnej rocznicy wolności, ale także pierwszej w swej historii prezydencji unijnej. I z tej okazji Estończycy postanowili zatroszczyć się o klub nowych przyjaciół. Głównie z Europy, choć nie tylko.

Setka dziennikarzy

Program, w którym miałem okazję uczestniczyć w pierwszej dekadzie sierpnia jako przedstawiciel Polski, nazywa się Wizyta Studyjna Młodych Dziennikarzy w Estonii „100 przyjaciół”. W skrócie: „100 friends of Estonia”. Kto i dlaczego to wszystko wymyślił? Kadri Linnas, urzędniczka Ministerstwa Spraw Zagranicznych, które organizuje imprezę, kreśli w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim krótką historię tego pomysłu: „idea rozwinęła się w związku z przygotowaniami do „EV 100″, czyli setnej rocznicy Republiki Estońskiej, oraz prezydencji w Unii Europejskiej (obie przypadły na 2018 r.). Wiele krajów na świecie przygotowuje tego typy programy – to długoterminowa i systematyczna praca, by zapoznać młodych dziennikarzy z całego świata ze swoimi krajami. Najbliższy przykład to Finlandia, która ma podobny program od 1990 roku” – tyle Kadri Linnas, sympatyczna urzędnik estońskiego MSZ, która była z nami przez cały czas trwania programu i dopingowała, by wycisnąć z niego ile się da, by Estonia po tym tygodniu nie miała przed nami żadnych tajemnic.

Kto może pojechać

W programie wzięli udział głównie przedstawiciele krajów europejskich – to nieco zawęża perspektywę i sprawia, że grupa była nieco europocentryczna. Wśród moich kolegów znaleźli się m.in. Portugalka, Szwedka, Finka, Czeszka, a także przedstawiciele Włoch, Rosji, Wielkiej Brytanii, Niemiec, Belgii czy Austrii. Ogółem 24 osoby.

Skąd taka europocentryczność programu? Po prostu młodych dziennikarzy nominują do wyjazdu lokalne ambasady estońskie. Tak się składa, że powstałe po 1990 roku państwo estońskie posiada swe placówki dyplomatyczne głównie w Europie i to jest pewien minus. Może Brazylijczycy, Indonezyjczycy czy Afrykanerzy mieliby swoje spojrzenie na Estonię, odmienne od naszego europejskiego? Ale trzeba przyznać, że przez cały czas trwania programu towarzyszyli nam przedstawiciele Indii, Kanady, Chin czy Japonii. Bo Estonia rozszerza swe zainteresowania międzynarodowe. W 1996 roku otwarta została ambasada w Tokio, w 2002 roku – w Pekinie, zaś całkiem niedawno, dwa lata temu, w New Delhi.

Ja na wyjazd zostałem zakwalifikowany już w kwietniu 2015 roku po odbyciu krótkiej rozmowy w siedzibie ambasady Estonii przy ul. Karwińskiej. Choć nie uważam już siebie za młodą osobę, to jak najbardziej od lat zajmuję się tematyką estońską, najpierw jako założyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet w 2010 roku, później jako wieloletni publicysta Nowej Europy Wschodniej, Wiadomości znad Wilii, Delfi, a ostatnio także – Przeglądu Bałtyckiego. Do Estonii pojechałem, choć nie pierwszy raz, z radością. Bo każda wizyta w Tallinnie to dla mnie oddech świeżym bałtyckim powietrzem i okazja do tego, by czegoś nowego dowiedzieć się o Estończykach. Nie czuję się takim Eesti-ekspertem jak mój kolega Kazimierz Popławski, ale Estonię lubię i cenię.

Czy trzeba być ekspertem

Po prawdzie wielka wiedza na temat państwa nad Zatoką Fińską w trakcie tego programu nie jest wymagana – chodzi o to, by zaczarować młodych dziennikarzy tym pięknym krajem, pokazać jego blaski, ciekawe strony, zabrać do uroczych zakątków, oczarować kuchnią i piękną nadmorską plażą. Zapoznać z wysokimi urzędnikami państwa estońskiego (w tym roku widzieliśmy się z minister spraw zagranicznych Mariną Kaljurand i premierem Taavim Rõivasem). Pokazać E-Estonię. Pobyć przez moment w Narwie na granicy dwóch światów: Europy i Rosji. Bo Estonia nie chce może tworzenia swego cukierkowego wizerunku przez młodych zachwyconych, a po prostu rzetelnej i dość częstej informacji w mediach. Każdy kraj chciałby, by o nim jak najwięcej pisano.

Pierwsze dni

Na program „100 przyjaciół” przyjechałem prosto z Narwy, gdzie spędziłem pierwszą niedzielę sierpnia. Zanim zobaczę Estonię czarowną, jak z folderu reklamowego, chciałem jeszcze raz oswoić się z miastem brzydkim, miastem złym (tak jest czasem malowane, co jest grubą przesadą), miastem granicznym leżącym na kresach krainy dobrobytu. Owocem tego wyjazdu będzie reportaż z Narwy, który Przegląd Bałtycki opublikuje jeszcze we wrześniu. Ominęły mnie zatem zapoznawcze drinki, które moi europejscy koledzy pili na parterze Hotelu Olümpia w samym centrum Tallinna, gdzie nas zakwaterowano. A niech tam!

Przeczytaj także:  Narwa małych mniejszości

Narwa zrekompensowała z naddatkiem. W poniedziałek, który był pierwszym na poważnie spędzonym dniem programu 100 przyjaciół, po krótkiej zbiórce w lobby Olümpii podreptaliśmy do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, znajdującego się parę kroków dalej przy pl. Islandzkim (Islandi väljak), za ś.p. komuny ozdobionym pomnikiem Wodza Rewolucji, dziś nazwanym na cześć pierwszego kraju europejskiego, który uznał niepodległość Estonii. W lobby MSZ poranna kawa i owoce. Potem siadamy przy okrągłym stole i od razu krótkie przedstawienie, każdy mówi, skąd przyjechał i jakie ma oczekiwania wobec programu. Pierwotnie miało nas być 25, okazało się, że kolega z Grecji nie przyjechał. Szkoda, ale już ruszamy z programem. Przedstawiają nam ciekawą charakterystykę Estonii – tutaj głos ma redaktor naczelny pisma „Akadeemia” i doradca premiera Toomas Kiho, później o społeczeństwie estońskim opowie nam nieco Annika Uudelepp.

Wykład minister

Minister Marina Kaljurand. Zdj. Tomasz Otocki

Minister Marina Kaljurand. Zdj. Tomasz Otocki

– Kiedy byłam ambasador w Stanach Zjednoczonych, oskarżano Estonię, że jesteśmy pudlem USA. Że nie mamy własnej polityki. To nieprawda. Wiele razy się ze sobą nie zgadzaliśmy. Ale w najważniejszych sprawach dzielimy wspólne wartości – powiedziała podczas wykładu minister spraw zagranicznych Marina Kaljurand. – Jesteśmy bardzo luterańscy w mentalności, byliśmy pod wpływem Niemców, pracujemy ciężko i uważamy, że jeśli są ustalenia, traktat czy inne obligacje, trzeba to wypełniać. Jeśli jesteś w klubie, zachowuj się jak członek klubu. Zatem solidarność. Nie wszyscy w Europie to rozumieją. Minister podkreśliła wagę spraw cybernetycznych dla Estonii. Estonia to już trochę taki cyber-champion, w związku z tym, że parę lat temu uruchomiono tu Centrum Doskonalenia Cyberobrony NATO. Z innej beczki. Tak długo jak kraje takie jak Ukraina, Gruzja, Mołdawia, kontynuują drogę w kierunku Europy, demokratyzacji, nowoczesności, jako Estończycy popieramy je – to z kolei parę zdań na temat polityki Estonii w regionie, która jest bardzo nakierunkowana na Partnerstwo Wschodnie. Zapytana przez naszą duńską koleżankę o to, co jest priorytetem w polityce zagranicznej Estonii, minister odpowiedziała: bezpieczeństwo (w kontekście Krymu, podkreśliła także to, że Estończycy jako jeden z nielicznych krajów wydają 2% PKB na obronę), trzymanie Europy razem, solidarność w regionie. Co jest ważnego obecnie? Migracja. O to pytali włoscy koledzy. Minister podkreśliła jeszcze raz estoński dystans wobec przymusowych kwot.

Zakamarki starego Tallinna

Po prelekcji wygłoszonej przez minister Kaljurand udajemy się na krótkie zwiedzanie starówki tallińskiej. Dzielimy się na paroosobowe grupy i idziemy. Dla niektórych w nieznane, dla niektórych – do dobrze znanego Starego Miasta, ale po prawdzie: Tallinn zaskakuje także swoich stałych bywalców. Jest popołudnie i ostatni moment, by napić się espresso. Mamy w grupie Włocha! Razem z Gianlucą Ruggirello, pracownikiem włoskiej telewizji RAI, idziemy do staromiejskiej Reval Café. On zamawia espresso, ja – kawę po estońsku. Grupa musi na nas trochę poczekać, ale trudno… Po drodze mijamy Valli Baar, klimaty jak na warszawskiej Pradze. Chcę koniecznie zrobić zdjęcie wnętrz, ale pan, którego nazywam na potrzeby tego reportażu ochroniarzem kawiarni, pokazuje ręką, że powinienem z baru się wycofać. Podobno podają tu specyficzny i nie przez wszystkich lubiany drink talliński – meduzę (millimallikas). W środku parę osób przysnęło już nad setką czegoś-tam. Może Saaremaa albo Viru Valge. Nasze przewodniczki z MSZ pokazują nam jeszcze kultowy bar Must Puudel („Czarny pudel”), a mnie – siedzibę polskiej ambasady na samiusieńkiej starówce. Kiedyś byłem już po drugiej stronie w siedzibie Związku Polaków w Estonii „Polonia”. Kolegę z Włoch zaciekawia podziemny parking pod Vabaduse väljak (placem Wolności). Samochody parkują w historycznych ruinach jakiejś starej budowli. Podobno w Rzymie budowniczy takiego parkingu w życiu nie uzyskaliby zgody na otwarcie. Ale to jest Estonia.

Idziemy dalej

Drepczemy później przez ulicę Harju – ofiarę bombardowań sowieckich w 1944 roku. Przewodniczki pokazują nam dom pisarzy, całkiem współczesny, zbudowany po wojnie, gdzie mieszkali zasłużeni dla ESRS twórcy. Rzucamy okiem na ciekawy mural-kopię zdjęcia rządu estońskiego i idziemy w stronę nadmorskiego krańca starówki (przechodząc obok tablicy upamiętniającej polskiego Orła, który w 1939 roku uciekł z portu w Tallinnie, co stało się przyczyną sowieckiego ultimatum dla Estonii).

Idziemy w stronę dzielnicy Kalamaja. Przechodzimy przez ulice Soo, Vana Kalamaja, Kütia. Piękna drewniana zabudowa, jakiej nie znajdziecie w innych stolicach. Może poza Rygą. Były ambasador w Warszawie, Taavi Toom tłumaczy mi, że dobrze zrobili ci, którzy kupili tu domy, bo kiedyś można było za bezcen, dziś dzielnica nabrała charakterystycznego hipsterskiego klimatu. Warto!

Z urzędnikiem kancelarii rządu estońskiego Jormą Sarvem przed Muzeum Morskim w Tallinnie. Zdj. Tomasz Otocki

Z urzędnikiem kancelarii rządu estońskiego Jormą Sarvem przed Muzeum Morskim w Tallinnie. Zdj. Tomasz Otocki

Tego samego dnia, po tym jak zwiedzimy już Muzeum Morskie przy Vesilennuki, pójdziemy przez Kalamaję jeszcze dalej – do rewiru Telliskivi. W tej dawnej przemysłowej dzielnicy zaroiło się ostatnio od kultowych lokali, restauracyjek. My w trakcie programu 100 przyjaciół odwiedziliśmy dwie: F-Hoone i Foody Allen. W tej ostatniej serwowali świetne kanapki z rybą i buraczkami, a także lany ser kozi.

Bo trzeba wiedzieć jedno – program 100 przyjaciół to okazja nie tylko do poznania czołowych postaci życia politycznego Estonii, zwiedzenia ciekawych miejsc, ale także próbowania smaków kulinarnych. I o to chodzi!

Wtorek w Tallinnie

Wtorek minął nam pod znakiem gospodarki (wizyta w pięknym skądinąd budynku Eesti Pank, Banku Estońskiego) oraz start-upów, e-rezydencji – e-votingu. Chodziło o to, by pokazać Estonię nowoczesną, nie bojącą się wyzwań. Możemy się dowiedzieć, że e-voting to żadna bujda, tylko starannie i z głową opracowany program. I nikt nie boi się fałszerstw, bo Estonia to z jednej strony parę centymetrów nowoczesności więcej niż w Polsce, ale też więcej zaufania społecznego. Parę danych statystycznych: w 2005 r. tylko niecałe 2% Estończyków głosowało online, w wyborach z tego roku już jedna trzecia. Od Kadri Linnas dowiaduję się ciekawej sprawy: e-głosować można nawet paręnaście razy, i tak liczy się ostatni głos. Dla często zmieniających zdanie – bezcenne.

Sowiecki poczęstunek w Muzeum w Viimsi. Zdj. Tomasz Otocki

Sowiecki poczęstunek w Muzeum w Viimsi. Zdj. Tomasz Otocki

Wieczorem, by nieco odpocząć od nowoczesności, udajemy się do skansenu w Viimsi. Odwiedzimy najpierw małe muzeum, w którym dowiemy się, jak wyglądało rybołówstwo w czasie Estonii Sowieckiej, dlaczego wówczas nie wolno było wieczorami przebywać na plażach, a także skosztujemy czegoś, co smakowało mi (nie tylko mi!) podczas wyjazdu najbardziej: tartinek ze śledziem i jajkiem oraz setki estońskiej czystej. Prosta potrawa ma przypominać o kulinarnych zwyczajach epoki sowieckiej, ale nam daje wystarczająco poweru, by później pchać zabytkowy autobus, który zabierze nas do skansenu.

Po łyku Viru Valge mamy siłę pchać autobus. Zdj. Tomasz Otocki

Po łyku Viru Valge mamy siłę pchać autobus. Zdj. Tomasz Otocki

W skansenie podziwiamy to, jak mieszkali przed wiekami estońscy wieśniacy, dowiadujemy się także od niezmiernie sympatycznej pani przewodnik, że nie byli oni tacy święci. Uczestniczyli w przemycie alkoholu do Finlandii, gdy tam zapanowała prohibicja. O tym opowiada książka prof. Raimo Pullata „Morze wódki”.

Środa z premierem

Środa mija pod znakiem wizyty w Stenbocki maja (siedzibie rządu w centrum tallińskiej starówki). Spotykamy się z premierem Estonii Taavim Rõivasem. Tu pierwsze duże rozczarowanie. Nie można nagrywać. Przygotowany dyktafon trzeba zostawić w plecaku. W sumie bez sensu, bo premier nie powiedział niczego kontrowersyjnego. Pytany był m.in. o problem uchodźców (kolega z Włoch Antonio Di Bartolomeo był ciekaw), a także o takie sprawy jak równouprawnienie kobiet. – Żadnej z pań minister nie nominowałem ze względu na płeć, tylko na kompetencje – odpowiedział lider Partii Reform na pytanie naszej duńskiej koleżanki Tinne Hjersing Knudsen. No tak, liberalne podejście.

Po południu idziemy do gmachu telewizji ERR przy ulicy Narva. Tutaj oglądamy ciekawy filmik „Król Estonii”. Na nasze pytania odpowiada Indrek Treufeldt, dziennikarz. Mnie ciekawi uruchamiany pod koniec września kanał rosyjski…

Wycieczka

Estońskie przyśpiewki w skansenie. Zdj. Tomasz Otocki

Estońskie przyśpiewki w skansenie. Zdj. Tomasz Otocki

W tym roku program 100 przyjaciół został nieco zmodyfikowany w porównaniu do edycji 2014 i zamiast dwóch krótkich wypadów poza Tallinn, zaproponowano nam dwudniowy wyjazd. Chodziło o to, by z jednej strony pokazać Narwę (poprzednio młodych dziennikarzy ciekawiło to miasto, bo tyle pisano w 2014 r. o możliwym scenariuszu ukraińskim w Estonii), z drugiej spędzić noc w czarownej posiadłości Mooste w południowo-wschodniej Estonii. W trakcie naszej wycieczki pierwszy przystanek to Saka Mõis położona nad samym morzem. Podziwiamy wielki klif i schodzimy na plażę, by o dziesiątej rano wznieść toast lokalnym gazowanym cydrem za Estonię. Terviseks!

Dalej Narwa. Pokazują nam nie tylko starówkę, której nie ma (ja w międzyczasie w autokarze piszę na karteluszku krótki wiersz na ten temat), koledż oraz zamek i przejście graniczne. Podziwiamy nowe bulwary nad rzeką Narwą.

Rosjanka Maria Osipowski w koledżu tłumaczy zawiłości Narwy. Zdj. Tomasz Otocki

Rosjanka Maria Osipowski w koledżu tłumaczy zawiłości Narwy. Zdj. Tomasz Otocki

W Narwie półtorej godziny spędzamy z lokalną dziewczyną Marią Osipowski. To młoda Rosjanka, córka znanych w mieście działaczy antynarkotykowych, opowiada nam co to znaczy być Rosjanką w Narwie. Dużo informacji o tożsamości, Maria odpowiada na banalne pytanie z grupy, czy czuje się bardziej Estonką czy Rosjanką, ale także o tym, co znaczył dla niej rok 2007, gdy w Tallinnie usuwano brązowego żołnierza Aloszę. Jeden zgrzyt (dla mnie przynajmniej), gdy słyszymy, że zajęcie Krymu to nie taki wielki problem, skoro od lat była to ziemia rosyjska. A Władimir Putin to lepszy dla Rosjan prezydent niż chwiejący się na nogach Jelcyn. Ale po prawdzie przesłanie Osipowskiej jest inne: w Narwie nie będzie drugiej Ukrainy, bo ludzie są tu po prostu inni i nikt nie chwyci za broń. Rosjanie czasem psioczą na Estonię, ale uważają ją za swój dom, inaczej niż ludność na Krymie Ukrainę. Tego Osipowska jest pewna.

Przed makietą starej Narwy w ratuszu. Zdj. Tomasz Otocki

Przed makietą starej Narwy w ratuszu. Zdj. Tomasz Otocki

Wieczorem posiadłość Mooste. Ale tu jest wspaniale! Dobra kolacja i ciekawy wykład na temat NGO i akcji Let’s do it! Chodzi o ideę wielkiego sprzątania kraju, którą Estończycy zarazili już Litwinów, Mołdawian, Łotyszy… Polski wciąż brakuje na tej liście, przypomina mi działaczka ruchu ekologicznego Meelika Hirmo, która udziela wywiadu Programowi Bałtyckiemu Radia Wnet. Czy nadrobimy?

Zwiedzamy monastyr Kuremäe. Zdj. Tomasz Otocki

Zwiedzamy monastyr Kuremäe. Zdj. Tomasz Otocki

Następnego dnia po pięknej nocy w Mooste Mõis, ruszamy do Tartu. Zwiedzamy starówkę i dowiadujemy się, że miasto było również niezmiernie zniszczone w czasie wojny, ale było więcej determinacji, by je odbudować. Pamiętając o litewskiej debacie o sowieckich postaciach na Zielonym Moście fotografuję detal na tartuskiej kamienicy na rynku – sierp i młot (ocalał!). Ileż to już lat minęło?

Beza Pawłowa z estońskimi borówkami w Põhjaka Mõis. Zdj. Katharina Semke

Beza Pawłowa z estońskimi borówkami w Põhjaka Mõis. Zdj. Katharina Semke

W piątek wieczorem lądujemy w kolejnej posiadłości, tym razem już tylko na kolację. Põhjaka Mõis. Wspaniały węgorz marynowany z marynowaną cebulką, estońskie kiełbaski, jajka z domowej fermy i na deser: beza Pawłowa. Z pięknymi estońskimi borówkami (patrz foto). Wszystko w tej knajpie jest z domowego gospodarstwa, wytwarzane ekologicznie, na miejscu. Eko-Estonia. Taka także istnieje, co udowodniło i Põhjaka, i czwartkowy wykład o Let’s do it!

Podsumowanie

Program 100 przyjaciół nie dokonał przełomu kopernikańskiego w wiedzy młodych europejskich dziennikarzy o Estonii. Trudno w ciągu tygodnia dowiedzieć się o małym ambitnym kraju europejskim wszystkiego. Zwłaszcza, że tyle do poznania: kultura, historia, gospodarka, informatyka. A przecież są wakacje i każdy chciałby jeszcze na wieczorne piwo.

Dzięki takim programom Estończycy, zamiast siedzieć z założonymi rękami i narzekać, że są małym i nieznanym krajem w Europie Wschodniej (my tak potrafimy!), udowadniają, że myślą strategicznie. Pewnie nie wszyscy młodzi dziennikarze, którzy w sierpniu odwiedzili Tallinn, będą regularnie pisać o Estonii, ale rozbudzono w nich zainteresowanie regionem Bałtyku. Jeśli w roku opublikują cztery-pięć materiałów o małej republice nadbałtyckiej, Estonia jest wygrana. A może zarażą est-uzjazmem swoich kolegów po fachu?

Sowiecki detal w Tartu. Zdj. Tomasz Otocki

Sowiecki detal w Tartu. Zdj. Tomasz Otocki

Wiele zostało nam dane w trakcie tego sierpniowego tygodnia. Poznaliśmy ponad dwudziestu nowych kolegów, wymieniliśmy doświadczenia, nawiązaliśmy przyjaźnie. Skosztowaliśmy estońskiej kuchni (ryby, kiełbaski, sery, słodycze – do dziś mam w ustach smak wędzonych sardynek w skansenie w Viimsi oraz cudownej kamy), poznaliśmy nowe estońskie marki (świetny Jaanihanso siider, którym nas częstowano), miejsca (NO99, Telliskivi, Kalamaja, ziemskie posiadłości rozsiane po całej Estonii) i knajpy (Foody Allen, F-hoone, Café Katherinenthal), zobaczyliśmy Estonię nie-estońską (Narwa, klasztor prawosławny w Kuremäe, wioski staroobrzędowców nad jeziorem Pejpus). Trzech urzędników estońskiego MSZ i kancelarii rządu: Jorma Sarv, Kadri Linnas, Taavi Toom, poświęciło nam swój cenny czas, by w trakcie tego tygodnia być z nami, rozmawiać, przekonywać do dalszych poszukiwań związanych z Estonią. Dopingować.

Po stokroć było warto i teraz słowa Kadri Linnas na koniec, jak program będzie wyglądał w przyszłości: „z pewnością będą pewne zmiany, np. chcemy zapewnić naukę podstaw estońskiego, więcej opcjonalnych warsztatów i wykładów, dlatego, że zainteresowania ludzi są bardzo różne”. Kościec programu pozostanie jednak niezmieniony. Bo chodzi o pokazanie Estonii w pigułce: jej historii, polityki zagranicznej i bezpieczeństwa (tego w tym roku trochę brakowało, np. warto byłoby porozmawiać nieco o sprawach militarnych, skoro w Tallinnie jest cyber-centrum NATO, a Estonia wydaje 2% na obronę), kultury, oświaty, społeczeństwa, nauki.

W 2018 roku Estonia przygotowuje jeszcze coś większego – zaprosi się do Tallinna gości ze wszystkich czterech edycji (od 2014 do 2017 r.), a więc wspomnianych w tytule 100 przyjaciół Estonii.

Wypijemy wtedy toast za stulecie tego kraju smacznym estońskim cydrem i będziemy życzyć kolejnej setki w zdrowiu i szczęściu! Pöialt hoidma!

My, przyjaciele Estonii…

 

Zdjęcie tytułowe: Toomas Tuul / VisitEstonia.com

Polub nas na Facebooku!