Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Narwa małych mniejszości

Narwa to najbardziej zrusyfikowane miasto Unii Europejskiej. Ludność rosyjskojęzyczna stanowi tutaj 95%, Estończyków jest zaledwie 5%. O Narwie pisze się ostatnio w kontekście scenariusza ukraińskiego. Że lokalni Rosjanie mieliby poprzeć aneksję miasta albo wywołanie konfliktu à la Donieck. Na razie taki scenariusz jest mało realny. Mało kto jednak wie, że w Narwie mieszkają także „małe” mniejszości narodowe: Polacy, Białorusini, Żydzi, Tatarzy, Uzbecy… Tak jak w każdym posowieckim mieście jest tutaj tygiel narodowości. I po pierestrojce każda z narodowości zażyczyła sobie założyć własne towarzystwo.

Natalia Biełocerkowskaja

Natalija Biełocerkowskaja, zdj. Tomasz Otocki

Natalija Biełocerkowskaja, zdj. Tomasz Otocki

Spotykamy się w lokalnym centrum handlowym „Fama”. Siadamy w knajpie „Pieczki-ławoczki” i rozmawiamy. Pani Natalia pochodzi z polskiej rodziny mieszkającej w Leningradzie, represjonowanej w czasach Stalina, po śmierci Kirowa. Jej dziadek był wojskowym, babcia wykładała języki obce w szkole Armii Czerwonej. Dziadek został rozstrzelany na Syberii, a babcia i jej córki zostały zesłane do Kazachstanu. Mama pani Natalii była ochrzczona w kościele katolickim, jednak podczas pobytu w łagrze przeszła na prawosławie. Ukończyła Uniwersytet w Ałmaty, po śmierci Stalina nie mogła wrócić do Leningradu, bo była to tzw. wieczna zsyłka (bez prawa powrotu). W obwodzie okalającym Leningrad została dyrektorem domu dziecka. Tak się ciekawie złożyło, że zamieszkała w rejonie Kingisepp, w którym służył jej ojciec-wojskowy. Potem przyszła Narwa. Do Narwy pani Natalia przyjechała już po ukończeniu studiów w Moskwie w 1980 roku.

Po 1991 roku zwróciły się do niej osoby polskiego pochodzenia mieszkające w Narwie, które zauważyły, że aż do wybuchu II wojny światowej funkcjonował w mieście kościół katolicki. Został zniszczony w czasie działań wojennych, ale pozostał po nim dom. Przedstawicielem Watykanu w Estonii był wówczas ksiądz pochodzący z dawnej francuskiej kolonii w Afryce. „Z tej racji, że znam język francuski napisałam do niego. Udało się odzyskać dom i po pewnym czasie przyjechała tu grupa z Polski: ksiądz, siostry” – opowiada pani Natalia. Narewscy katolicy zaczęli przychodzić do kościoła.

Towarzystwo polskie (Нарвское польское общество) pani Natalii powstało w 2001 roku, wcześniej w Narwie działała jeszcze inna polska organizacja „Stos”, skupiona wokół kościoła. Liczbę osób z polskimi korzeniami w Narwie Białocerkiewska ocenia na 2%. Trochę chyba za dużo, bo w oficjalnym spisie estońskim do polskości przyznaje się jednak niecała setka mieszkańców. Organizacja pani Natalii nie robi żadnej selekcji. – Nie zwracamy uwagi, czy wszyscy nasi członkowie mają papier, że są Polakami. Ani na to, czy znają język polski. Tu jest miasto rosyjskojęzyczne. Tak samo nie istotne jest dla nas, czy są katolikami czy prawosławnymi – podkreśla Natalia. Inkluzjonizm posunięty do granic możliwości. Cel towarzystwa polskiego w Narwie: badanie polskiej historii, popularyzacja polskiej kultury. Nie każdy musi mówić po polsku. Z Natalią rozmawiamy wyłącznie po rosyjsku. Deklaruje z uśmiechem, że polski rozumie, ale jako osoba znająca wiele języków, nie chce go kaleczyć.

Przeczytaj także:  Bałtycki front: gdzie imperium Putina spotyka się z Unią Europejską

Polacy w Narwie

Miasto Narwa ma sporo związków z Polską, o czym nie każdy u nas wie. Andrzej Pszenicki, polski architekt pracujący długie lata w Petersburgu, później rektor Politechniki Warszawskiej, zbudował most w Narwie zniszczony przez Niemców w czasie II wojny światowej. Co o Pszenickim mówi polska Wikipedia? Swoją karierę inżynierską związał z Rosją i Petersburgiem przez ponad 20 lat. Pracował w Zarządzie Miejskim Petersburga jako inżynier projektując konstrukcje mostowe w latach 1898-1919. W 1903 objął stanowisko naczelnika biura technicznego, a potem pracował jako naczelny inżynier. Opiekował się kilkuset mostami miasta i uczestniczył w projektowaniu aż 43 różnych mostów (w tym 27 stalowych). Pracował jednocześnie jako konstruktor mostów na całym terytorium Rosji. Podczas lat spędzonych na obczyźnie nie zerwał kontaktów z Polonią, działając m.in. aktywnie w radzie parafialnej przy katolickiej parafii Św. Katarzyny w Petersburgu. Ciekawa biografia. Podobnie jak Mariana Lalewicza, który zaprojektował kurhaus w sąsiednim Narva-Jõesuu. Ale to już podpowiadam pani Nataszy ja.

Dalej: traktat narewski z 1704 roku. Jak informuje internetowa encyklopedia to sojusz zaczepno-odporny zawarty 30 sierpnia 1704 roku pod Narwą pomiędzy królem Augustem II Mocnym i Rzecząpospolitą a Piotrem I. W imieniu Augusta II traktat podpisał wojewoda chełmiński Tomasz Działyński. Rzeczpospolita formalnie wchodziła do III wojny północnej w sojuszu z Carstwem Rosyjskim. Sojusz był wymierzony w Szwecję. Obie strony zobowiązywały się do niezawierania porozumień pokojowych bez porozumienia stron. Car zobowiązywał się zmusić Semena Paleja do zwrotu Rzeczypospolitej zajmowanych przez niego ziem na Ukrainie. Pani Natasza chce wydać publikację poświęconą temu sojuszowi.

Liczba członków towarzystwa Biełocerkowskiej to formalnie 64 osoby. Reszta rozpierzchła się po świecie. Po wszystkich kontynentach. Kiedyś towarzystwo pani Natalii oferowało lekcje języka polskiego, przyjeżdżał nauczyciel z Tartu (udało się napisać projekt), później polskiego uczył Polak – student lokalnego koledżu, na samym końcu lekcji polskiego udzielała sama pani Natalia. Klub Polonez, o którym za chwilę, założyły matka z córką, które brały udział w lekcjach języka polskiego u pani Nataszy.

Natalia zna dobrze estoński, także język kancelaryjny, i status towarzystwa szwedzkiego oraz białoruskiego napisała sama.

Siostra Faustyna

Z Nataszą wychodzimy z narewskiej „Famy” i idziemy w stronę plebanii katolickiej. Dzwonimy do drzwi i przez okno wychyla się ku nam kobieta w średnim wieku w habicie. To siostra Faustyna. Rozmawiamy jedynie chwilę, bo już za moment jestem umówiony w siedzibie innej polskiej organizacji.

– Siostra Faustyna to taki constans. Wszystko może się zmienić, ksiądz nowy do Narwy przyjechać, a siostra Faustyna zostaje – śmieją się spotkani przeze mnie w „Polonezie” działacze (o tej innej polskiej organizacji, niżej). Od innych osób spotkanych w Narwie też dostaję bardzo pozytywne sygnały o polskiej siostrze rodem z Małopolski.

U Malinowskich

Anna Malinowska, prezes towarzystwa "Polonez", zdj. Tomasz Otocki

Anna Malinowska, prezes towarzystwa „Polonez”, zdj. Tomasz Otocki

Towarzystwo „Polonez” różni się tym od Związku Polaków w Narwie, że skupia głównie osoby młode. Tutaj jest jeszcze bardziej liberalnie niż u pani Nataszy: należeć mogą wszystkie osoby, które ciekawią się kulturą polską. W pomieszczeniu klubu obok dwóch Polek, przewodniczącej Anny Malinowskiej i Polki z korzeniami białoruskimi Żanny, spotykam Aloszę – czterdziestolatka, policjanta z Narwy, Rosjanina z pochodzenia.

Klub „Polonez” zaczynał od tego, że organizował dni kultury polskiej w południowej Estonii, tam gdzie polski szlachcic Stanisław Rogoziński wybudował swój dwór, a od jego nazwiska wzięła się nazwa dworu we wsi Ruusmäe – Rogosi. Oprócz interesujących strojów staropolskich „Polonez” zaprezentował kuchnię polską. Żanna przygotowała chłodnik. W listopadzie 2014 r. „Polonez” organizował wieczór na cześć Adama Mickiewicza. A w majątku Rogosi zorganizowali wystawę poświęconą Janowi III Sobieskiemu. Pomógł polski konsul w Tallinnie Wacław Oleksy.

– My bardziej koncentrujemy się na historii i tradycjach historycznych w Polsce, także na kulturze – mówi w rozmowie ze mną Anna Malinowska.

Malinowska ma polskie korzenie. Jej rodzina przyjechała do Estonii – do regionu Peczory – w czasie I wojny światowej z Krakowa. Gdy w 1940 roku Estonię anektowali Sowieci, Malinowskich przemianowali na Malinowych. Po odzyskaniu przez kraj niepodległości część rodziny wróciła do starego nazwiska.

W południowej części kraju była całkiem spora kolonia polska. – Dokładniej zdałam sobie z tego sprawę, gdy jeździliśmy do Setumaa. Tam dowiedziałam się, że w tym regionie całkiem spora grupa Polaków przyjechała z Napoleonem.

Rozmawiamy w siedzibie „Poloneza” następnego dnia po rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. W zeszłym roku towarzystwo odwiedził pracownik Zamku Królewskiego w Warszawie pan Sławomir Kosim. Opowiadał m.in. o tym co się działo w czasie okupacji niemieckiej w Warszawie. Na co dzień „Polonez” nie żyje jednak przeszłością dwudziestowiecznej Polski. Z czego to wynika?

Alosza, narewski policjant, angażuje się w "Polonezie", zdj. Tomasz Otocki

Alosza, narewski policjant, angażuje się w „Polonezie”, zdj. Tomasz Otocki

Jeśli chodzi o politykę, to Narwa jest bardzo złożonym tematem. Niby tu Estonia, ale wciąż nie najlepsze czasy. Dlatego polityka i najnowsza historia to tabu w naszej organizacji – mówi Aleksiej. – My nie zajmujemy się polityką, a kulturą – dopowiada Anna Malinowska. – To były bolesne czasy, rany się jeszcze nie zagoiły – zgodnie odpowiadają Anna i Alosza. – Oglądałam film Wajdy, mam osobiste zdanie na temat sowieckich represji i Powstania Warszawskiego. Dopytuję, jakie? – Ech – wzdycha Anna – koniecznie chce Pan wiedzieć? Tak, to było naprawdę bolesne wydarzenie, kiedy Armia Czerwona stała dwa miesiące na brzegu rzeki i nie pomogła Powstaniu. Ale po co do tego wracać? Co nam z tego przyjdzie? – mówi Anna. – Tutaj dużo Rosjan, jeśli powiedzieć im, że ich armia stała dwa miesiące i nie pomogła powstaniu, to może doprowadzić do niepotrzebnej konfrontacji – tłumaczy Alosza. Był już jeden malczik, który bardzo oburzył się na wyrażane przez działaczy „Poloneza” opinie o Powstaniu Warszawskim. – Antysowiecka propaganda – powiedział.

Gotowanie, kultura, tańce – to bezpieczny krąg, w którym dobrze czuje się „Polonez”. Na co dzień Alosza jest policjantem, zafascynowanym polską kulturą, polskom gonorom, jak podkreśla, do polskości zbliżyło go zainteresowanie polskim legionem stworzonym u boku Napoleona. Pochodzi z miejscowych Rosjan, którzy mają jeszcze korzenie przedwojenne, na odchodne uspokaja mnie, choć wcale o to nie pytałem: – w Narwie nie będzie drugiego Doniecka. Co innego siedzieć przed telewizorem i popierać rebeliantów, a co innego samemu chwycić za broń. Nasza ludność tego nie chce – mówi Alosza, na co dzień kibicujący socjaldemokratom obywatel Narwy. W politykę angażować się nie może, bo jest na służbie, ale swoje zdanie ma.

Przeczytaj także:  Dlaczego Narwa nie jest następna?

Przyszedł Pan na ostatki…

Marija Cykunowa, przewodnicząca organizacji żydowskiej w Narwie, zdj. Tomasz Otocki

Marija Cykunowa, przewodnicząca organizacji żydowskiej w Narwie, zdj. Tomasz Otocki

Z organizacją żydowską Narwy spotykam się w starej poliklinice przy ulicy Haigla 6. Tutaj narewscy Żydzi mają swoją siedzibę. Przekraczam próg i ukazują mi się dwa pokoje. Jeden z nich wypełniony jest pamiątkami z wizyt w Izraelu. Na ścianie wisi wielka mapa państwa żydowskiego, szefowa organizacji Marija Cykunowa pozuje do zdjęcia z flagą izraelską. Marija przyjechała do Narwy w 1963 roku z Leningradu. Ćwierć wieku później zakładała tutaj towarzystwo żydowskie. Przyszła pierestrojka i można już się było organizować.

W skład żydowskiego stowarzyszenia wchodzą 63 osoby. Pani Marija podejrzewa, że Żydów w Narwie jest o wiele więcej. – Wielu Żydów wyjechało do Izraela, do Niemiec, młodzi, zdrowi, perspektywiczni. Nasza organizacja jest organizacją starych ludzi. Przyjechał Pan na ostatki – mówi Marija Cykunowa. – Nasza organizacja skupia ludzi rosyjskojęzycznych. W jidysz może znają dwa-trzy słowa. Estońskiego też dobrze nie znają – dopowiada jej koleżanka.

Organizacja narewska jest filią żydowskiego stowarzyszenia w Tallinnie. – W Tallinnie to jest życie, jest wielka synagoga – wzdychają obie panie. W Narwie bóżnicy nie ma. Była przed wojną. Towarzystwo ma klub dyskusyjny, obchodzi także wszystkie święta żydowskie, w tym Purim. Raz do roku jest wycieczka autokarowa po całej Estonii. Przedstawiciele narwskiej obszcziny jeżdżą także do Vaivara, gdzie znajduje się pomnik ofiar Holocaustu w Estonii. Towarzystwo uczestniczy również w dniach miasta Narwy.

Kiedyś w Narwie była szkoła żydowska. Tradycje, historia narodu żydowskiego, język hebrajski… Teraz tego nie ma. Bo nie ma młodych.

Marija przyjechała do Narwy za mężem. Tutaj pracowała w kreenholmskiej fabryce tekstyliów. Trochę wzdycha za tym, jak potężny był przemysł w czasach Związku Sowieckiego. O tym Kreenholmie jeszcze nie raz w Narwie usłyszę, wszyscy tutaj wracają do tego, jak do jakiegoś punktu odniesienia. – Dobrze było – powie mi spotkana na ulicy kobieta, która tutaj pracowała. – Po pierestrojce wszystko zniszczyli.

Pytam dwie panie z organizacji żydowskiej o marzenia. – A jakie można mieć marzenia w moim wieku! – śmieje się Marija Cykunowa. – Żyjemy tutaj w pokoju, nikt nas nie prześladuje, dyskryminuje, nie ma śladu antysemityzmu w Estonii – opowiada Marija. Społeczeństwo estońskie jest bardzo spokojne.

Przyszłość będzie zła – ze smutkiem mówi Cykunowa. – Decyduje po prostu biologia. Mam 80 lat, ile jeszcze lat mogę przeżyć? Nasz los nie będzie dobry, ale to już od nas nie zależy. Bardziej od tego – pokazuje ręką sufit.

***

Mołodcy, mołodcy – szepcze pani Marija, gdy opowiadam jej, że w Polsce nastąpiło odrodzenie kultury żydowskiej, a na Uniwersytecie Warszawskim można się uczyć jidysz.

Szwedzkiego towarzystwa uże niet

Tamara Barbarina, szefowa towarzystwa szwedzkiego, zdj. Tomasz Otocki

Tamara Barbarina, szefowa towarzystwa szwedzkiego, zdj. Tomasz Otocki

Z Tamarą Barbariną, z zawodu dizajnerem fabryki Kreenholm w Narwie, jestem umówiony pod narewskim koledżem. Nie jest Szwedką, tylko Rosjanką kierującą Towarzystwem Szwedzkim w mieście, jej nazwisko znajduję na liście przewodniczących lokalnych społeczności dostępnej w Internecie. Towarzystwo założył w latach dziewięćdziesiątych pewien Szwed, podobno wojskowy, który odzyskał w Narwie swoje nieruchomości. Później – po paru zmianach przewodniczących – kierownictwo powierzono pani Tamarze.

Mówią, że założyciel stowarzyszenia Szwedów chciał stworzyć w mieście letnią stolicę Szwecji. Nie udało się, dożył 90 lat, umarł. Ale Szwedzi podarowali miastu lwa, który teraz stoi nad rzeką.

Pani Tamara ma korzenie szwedzkie, ale bardzo dalekie. Jej babka Olga Matylda żyła w Petersburgu. Surowo, po szwedzku, wychowywała swoje dzieci. Nigdy jednak rodzina nie identyfikowała się jako Szwedofini. Po prostu byli Rosjanami z korzeniami szwedzkimi.

Szwedzi w Narwie to jednak także temat kontrowersyjny. – Estończycy sprzedali fabrykę kreenholmską Szwedom. I Szwedzi ją zniszczyli, zamknęli –  uśmiecha się Tamara Barbarina.

Działacze szwedzkiego towarzystwa uczyli się języka szwedzkiego, historii, brali udział w wycieczkach do Szwecji. Dziś towarzystwo szwedzkie praktycznie nie prowadzi żadnej działalności. Pani Tamara jest jednak tak miła, że odprowadza mnie do siedziby kolejnego towarzystwa. Białoruskiego.

Pod czujnym okiem baćki

Towarzystwo białoruskie na tle ściahu i baćki, zdj. Tomasz Otocki

Towarzystwo białoruskie na tle ściahu i baćki, zdj. Tomasz Otocki

Wchodząc do siedziby organizacji mniejszości narodowych przy ul. Puszkina 33 można się zabić. W klatce schodowej i na pierwszym dwóch piętrach nie ma światła. Pomaga komórka. Wchodzę do siedziby towarzystwa białoruskiego (oficjalnie w tym budynku urzęduje także organizacja Natalii Biełocerkowskiej), którym kieruje pani Ludmiła Annus i witam się po kolei ze wszystkimi jego członkami, którzy przybyli. Jest niedziela i w towarzystwie święto. – Kawa? herbata? – z miejsca pytają mnie działacze i od razu ustawiają stoły. – To wizyta na trochę dłużej – myślę sobie i już układam plan tego, o co będę pytać.

Towarzystwo „Sjabry” powstało oficjalnie w 1999 roku. Reguły przyjmowania członków są podobnie liberalne jak w przypadku polskich organizacji w Narwie. Krew białoruska, czyli rodzice, dziadkowie lub pradziadkowie Białorusini, mąż-Białorusin albo po prostu identyfikacja z celami towarzystwa zapisanymi w statucie.

Co roku towarzystwo organizuje jedną lub dwie imprezy w skali całego miasta. Organizacja utrzymuje kontakty z ościennymi krajami, 16 sierpnia jego przedstawiciele wyruszają na Białoruś, zobaczyć Borysów i zamki Radziwiłłów w Mirze i Nieświeżu, 16 października wybierają się do Dyneburga. Swoje kolektywy taneczne do Narwy przesyła miasto braterskie Borysów. W ogóle Białoruś dużo pomaga organizacji „Sjabry”, czy to finansowo, czy przesyłając np. stroje dla lokalnego zespołu. Dociera tu także „Gołos Radzimy”. Narewscy Białorusini współpracują z mińskim pełnomocnikiem ds. religii i narodowości Leanidem Hulaką. Na ścianie w pokoju, w którym rozmawiamy wisi wielki portret Aleksandra Grigoriewicza Łukaszenki, zwanego tu pieszczotliwie „baćką” oraz czerwono-zielona flaga Białorusi. O prezydencie działacze wyrażają się w samych superlatywach, trudno stwierdzić, czy rzeczywiście tak myślą czy to tylko gra, którą trzeba odegrać przede mną.

Śpiewamy tylko po białorusku, także wtedy, gdy jeździmy na Białoruś – z dumą podkreśla przewodnicząca „Sjabrów”.

***

Tak wygląda sprawa małych stowarzyszeń działających w Narwie. Nie wszystkie z nich działają rzeczywiście. Na przykład towarzystwo szwedzkie jest już martwe. Są także konflikty.

– Oni nie mają nic wspólnego z nami, jedyną organizacją, która reprezentuje Polaków w Estonii jest organizacja tallińska Związek Polaków w Estonii „Polonia” – mówi o dwóch polskich organizacjach z Narwy spotkana pod kościołem św. św. Piotra i Pawła w Tallinnie prezes ZPE „Polonia” Halina Kisłacz.

Wacław Oleksy, polski konsul w Estonii: W kwestii pomocy Polakom w Narwie chciałbym podkreślić, iż ich ilość znikoma, raczej są to osoby o dalekich polskich korzeniach, które w minionym okresie dawnego systemu przesiedliły się z terenów Białorusi. Ich związki z Ojczyzną swoich przodków są natury sentymentalnej, choć niektóre z nich posiadają jeszcze reprezentantów swoich rodzin w Polsce. W sytuacjach tego wymagających, polski konsul wspomaga te osoby zarówno pod względem utrzymania związków kulturowych i językowych z macierzą, jak i materialnym w ramach posiadanych możliwości i potrzeb. Dużą pomoc okazuje polskie duchowieństwo, niosąc opiekę nie tylko w zakresie wiary, ale też nieocenione codzienne wsparcie przez funkcjonujący w Narwie zakon Sióstr Felicjanek. Polski konsul utrzymuje stałe kontakty z polskimi księżmi i siostrami z tego regionu, przekazujemy niezbędną pomoc, w tym w wymiarze edukacyjnym. Wspomniane przez Pana Redaktora dwie organizacje nie są organizacjami polonijnymi, nie są też ani organizacyjnie ani statutowo powiązane z ZPE, chociaż swego czasu zostały prze władze estońskie zarejestrowane jako organizacje działające na rzecz promocji polskiej kultury. Nie skupiały one też w swoich szeregach przedstawicieli Polonii, choć takie osoby z tymi organizacjami współpracowały.

Natalija Biełocerkowskaja: były próby zjednoczenia polskich organizacji w Estonii, na to nalegała polska ambasada. Ale prezes polskiej organizacji w Kohtla-Järve Wiktor Kolesień przekonująco udowodnił, że Ida-Virumaa to odrębny region, ze swoimi ludźmi, którego potrzeby wymagają osobnych organizacji w Kohtla-Järve i Narwie. Czas pokazał, że Wiktor Kolesień i ja mieliśmy rację, to znaczy znaliśmy dokładniej sytuację i troszczyliśmy się o jakość naszej pracy, a nie o wygodę. Obie nasze organizacje pracują, dostojnie działają na rzecz zachowania kulturalnego dziedzictwa Polski, wspierają, łączą i edukują ludzi. Przy czym nasze organizacje w Ida-Virumaa nie otrzymują wsparcia, a często i nawet zaproszeń czy formalnych życzeń od obecnej ambasady polskiej w Tallinnie i od pani Kisłacz. Zakładam, że to dlatego, że dla tallińczyków my – prowincja, która powinna grać drugą, trzecią rolę. A tutaj jeszcze bliskość do ambasady, jak bonus wyjątkowości. Na to lepiej patrzeć z zabawnej strony: jak mówiła moja krakowska prababka „każda parówka myśli, że jest krakowską kiełbasą”.

Nie jest rolą „Przeglądu Bałtyckiego” wchodzić w ten konflikt między Tallinnem a Narwą. W obecnym artykule bardziej chodziło o pokazanie złożonej mozaiki Narwy jako miasta, w którym działają różne organizacje mniejszościowe. Jedne z powodzeniem, drugie tylko markują działalność. Bo Narwa nie jest tylko ruskojazycznym gorodem. Tutaj naprawdę bije także serce Białorusinów, Ukraińców czy Żydów. Są także Polacy, choć o dalekich polskich korzeniach, nie tak jak w Tallinnie, gdzie w polskiej organizacji po prostu mówi się po polsku, a nie po rosyjsku. Taki był los tego miasta w dwudziestym wieku. Obecna mozaika jest bezpośrednim następstwem wędrówki narodów w czasie Związku Sowieckiego. I co teraz jest ważne? By ta działalność nie zamarła, by stowarzyszenia były aktywne. – Nasza przyszłość będzie zła – powiedziała w rozmowie ze mną Marija Cykunowa. Niech ta przepowiednia się nie spełni, niech rozkwitają nowe towarzystwa, a stare nie zamierają. Narwa wielu kwiatów!

Warszawa, 12 października 2015 r.

Zdjęcie tytułowe: Po lewej Narwa, po prawej Iwangorod. Zdj. Kazimierz Popławski

Polub nas na Facebooku!