Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Hen. Na północy Norwegii – recenzja książki Ilony Wiśniewskiej

Norwegia nie kończy się na Oslo. Ani nawet na Trondheim. Za tym drugim miastem, stanowiącym umowną granicę między północą a południem, wzdłuż drogi na północ, rozciąga się kraina mało znana nawet dla samych Norwegów. Na jej północnych kresach, już za kołem podbiegunowym, znajduje się Finnmark – norweskie brzydkie kaczątko – które oswaja i przybliża polskiemu czytelnikowi Ilona Wiśniewska w swojej drugiej książce „Hen. Na północy Norwegii” (Wydawnictwo Czarne, 2016).

Hen. Na północy Norwegii, Ilona Wiśniewska

Hen. Na północy Norwegii, Ilona Wiśniewska

Ostatni akt II wojny światowej to dla Finnmarku najdramatyczniejsza karta w historii. Biedna i zapomniana przez świat południowców kraina padła ofiarą niemieckiej taktyki spalonej ziemi. Chociaż wojna była już niemal rozstrzygnięta to nazistowscy żołnierze postanowili zniszczyć zabudowania, wszystko co potencjalnie mogło pomóc nadchodzącemu wrogowi, a ludność wygnać. Przywykła do zmagań z surową naturą miejscowa ludność przetrwała w lasach, pod przewróconymi łodziami lub wróciła tu z uchodźstwa wewnętrznego, by odbudować swoje dawne skromne domy. Wojna, jak natura, nigdy nie złamała mieszkańców Finnmarku.

Region „otula” Nordkapp, Przylądek Północy, choć to może być zbyt ciepłe słowo dla tej surowej krainy. To za sprawą tej surowości na region składa się „garstka ludzi, ryby i renifery, kamień na kamieniu, bezwzględne morze, zimne lato, surowa zima i wiatr, który mąci świadomość”. To ona powodowała biedę, ale kształtowała również niezłomny charakter tutejszej ludności. Dawała w kość, ale pozwalała również przetrwać najtrudniejsze lata. Zachodziła za skórę, ale trafiała do serca nie pozwalając zapomnieć, że przyroda to integralna część tożsamości tutejszych mieszkańców.

Jak pisze autorka „w Finnmarku wierzy się w morze, w pracę i w siebie”. Być może dlatego, że Północ na Południu przez dekady stanowiła synonim biedy, prostolinijności a nawet prymitywizmu. Także elementu obcego – trochę nieodkrytego, a trochę budzącego niechęć a nawet odrazę. Norwegia, choć obecnie próbuje stanowić sumienie świata,  ma swoje grzechy. Sumienie Norwegii dręczy właśnie Północ, dręczy Finnmark, dręczą Samowie. Rządy w Oslo i społeczeństwo Południa długo dyskryminowały mieszkańców Północy przyjeżdżających po edukację i pracę na Południe, zmuszali do wyrzeczenia się swojej tożsamości, swoich korzeni, kultury i wierzeń. Mieszkańcy Północy ulegali (może dlatego, że „w naturze człowiek jest cicho” – jak mówi jedna z bohaterek książki) polityce norwegizacji, uczyli się norweskiego i historii znanej na Południu. Zapomniani przez innych, pod presją narzuconej norwegizacji zapominali o własnych językach i dialektach, strojach i śpiewach.

Przeczytaj także:  SlinCraze rapuje po samsku

Finnmark to tygiel: mieszkają tu Norwegowie, Samowie, Kwenowie, Finowie, Szwedzi, Pomorcy, kolscy Norwedzy, którzy wrócili z kolonizacji rosyjskiej strony granicy. Nazwa Finnmark wzięła się od norweskiego określenia Samów – finn. Norweskie finn, czy szwedzkie lapp niosą ze sobą negatywne konotacje. Rdzenna ludność tych ziem długo była postrzegana jako grupa zawieszona gdzieś między ludźmi a zwierzętami. W drugiej połowie XIX wieku postrzegana była jak podkategoria ludzi. Margines kresów. Ten margines od końca XIX wieku rząd w Christianii starał się zapisywać po norwesku: zamienić niezrozumiały język nomadów Północy na norweski, a szamanizm i joik na bezwzględne chrześcijaństwo i psalmy.

Przebudzenie ludności Północy zajęło dekady. Tak jak w czasie pustoszenia Finnmarku przez Niemców, tak i na początku lat 70. XX wieku natura pozwoliła uchronić się lokalnej społeczności przed niszczycielską polityką narzuconą z zewnątrz. Protesty przeciwko planowanemu przez rząd spiętrzeniu rzeki Alta i budowy na niej elektrowni wodnej stały się iskrą, która obudziła w miejscowych poczucie dumy, wywołała protesty w Masi i otrzęsła nordlendinger z (przynajmniej części) kompleksów odczuwanych wobec Południa. Choć w czasie protestu przez megafon wykrzykiwano m.in. „La elva leve!”, czyli „Dajcie rzece żyć!”, to z akcji ekologów przerodził się w długą walkę o pełnię praw dla ludności Północy i mniejszości samskiej. Wydarzenia te wywarły też wpływ na rząd norweski, który ruszyło sumienie. Później w latach 90. król Harald V przeprosił w Sametinget (Samskim Parlamencie w miejscowości Karasjok) za norwegizację. Mimo to, Samowie do dziś są najbardziej dyskryminowaną grupą w kraju, a ich prawa są zagrożone ze względu na zasoby kryjące się w ich ziemi.

W Finnmarku mieszkają również Kwenowie, którzy uznawani są za potomków Finów. Imigranci ze Szwecji, Finlandii i Rosji przybywali na wybrzeża Morza Barentsa w XVIII i XIX wieku. Kwenowie, podobnie jak Samowie, posługują się językiem ugrofińskim, więc równie niemożliwe dla Norwegów było ich zrozumienie. Na Kwenów podejrzliwie patrzono także w czasie zimnej wojny obawiając się, że mogą sympatyzować ze Związkiem Sowieckim. Za niewiedzą idzie strach, co przełożyło się na jeszcze silniejszą norwegizację niż w przypadku Samów, za którą jednak dotychczas nie poszły przeprosiny.

O ile wojna jest historią, a dyskryminacja została w dużej mierze wyeliminowana, częściowo zamieciona pod dywan i trochę jeszcze pozostało do zrobienia, to największym wyzwaniem dla Finnamarku – być może większym niż wymienione plagi – stała się starość. Jeden z bohaterów, Ibert, mówi, że „niektórzy moi koledzy przez lata żałowali, że ich dzieci zdobyły wykształcenie, bo potem już nikt nie chciał wracać do domu”, by dalej skonstatować: „Nikt nie wróci. Myśmy tu budowali warsztaty i miejsca pracy, ale ci zdolni nigdy nie wracali. Ta cała powojenna odbudowa była na nic. Przegraliśmy”. Opuszczone domy i porzucone maszyny. Bezludne ulice i swobodnie hulający wiatr. Kiedy na młodych i wykształconych życie czeka i pochłania w Oslo i innych bogatych miastach Południa kraju, mało kto chce tu mieszkać.

Książka Ilony Wiśniewskiej przybliża burzliwą historię, przedstawia życie i pokazuje surowość natury odległej Północy. Autorka posługując się często głosem mieszkańców Finnamarku buduje obraz tej niezwykłej części kraju. Wiśniewska wyjaśnia w książce, że słowo „hen”, podobnie jak w języku polskim, w norweskim również odnosi się do odległości. Z tą różnicą, że to północne hen jest bardzo elastyczne i może być parę kroków dalej, a może być po drugiej stronie świata. Jeśli spojrzeć z Południa, nawet samej Norwegii, to jej książkowe „hen” jest na samym końcu drogi. Jeśli spojrzeć z Północy jest za rogiem. O ile z Południa to odległa i niepoznana kraina, o tyle na Północy życie jest może porównywalnie inne, ale zwyczajne jak dla wszystkich mieszkańców ich własnych małych ojczyzn, jest  niespieszne i może surowe, ale swoje. I co najważniejsze: już wolne od kompleksów i akceptowane przez świat zewnętrzny.

 

Zdjęcie tytułowe: Półwysep Selvågklubben, Nordkapp, Finnmark. Zdj. Mild Delirium / Flickr / CC

Polub nas na Facebooku!