Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Co nas czeka w nowej Europie bez granic?

Kto jedzie do Nadbałtyki nie nastawia się na wypoczynek. Tour de Force przez Estonię, Łotwę i Litwę jest czymś idealnym dla żądnych wiedzy podróżnych. Czeka na nich ekstremalne doświadczenie.

Chodząc między ceglanymi murami świeżo odnowionej starówki w Tallinnie, z jej kosmopolitycznym klimatem, można się poczuć jak w Skandynawii. Podróż promem do Helsinek zabiera tylko dwie godziny, a do Sztokholmu statki odpływają codziennie. Natomiast dwie, trzy godziny jazdy autem na wschód od Tallinna wciąż jesteśmy co prawda w Estonii, w Unii Europejskiej, w eurolandzie, ale można się już tutaj poczuć jak w Rosji. Ludzie mówią po rosyjsku, jedzą rosyjskie potrawy, mieszkają w sowieckich blokowiskach.

Bo północny wschód Estonii wraz z miastem granicznym Narwą jest zamieszkany w większości przez Rosjan. Łącznie rosyjska mniejszość stanowi prawie jedną czwartą ludności państwa, także w Łotwie i Litwie żyje wiele osób rosyjskiego pochodzenia. Większość przybyła do Nadbałtyki w czasach sowieckiej okupacji, osiedlani tutaj jako robotnicy w czasach Stalina i jego następców. Gdy przed ćwierćwieczem Estończycy, Łotysze i Litwini ponownie uzyskali niepodległość, większość rosyjskojęzycznych została tutaj.

W ten sposób Unia Europejska ma w Nadbałtyce ponad milion obywateli, których językiem ojczystym jest rosyjski. Sprawa, o której w Europie Środkowej mało kto wie i która czyni z tego wschodniego regionu fascynujący cel podróży dla wszystkich, którzy interesują się historią, polityką i przyszłością Europy. I także dla tych, którzy obawiają się ambicji rosyjskiego prezydenta Władimira Putina.

W Narwie 95% mieszkańców to rosyjskojęzyczni

Jak wygląda sprawa na tej północno-wschodniej rubieży Unii Europejskiej? Jak tam żyją ludzie? Jak się określają – raczej jako Rosjanie czy Europejczycy? Przychylniej wsłuchują się w słowa Putina czy patrzą na Zachód? Od odpowiedzi na te pytania zależy kilka kwestii w Europie. By znaleźć na nie odpowiedzi warto wybrać się z Tallinna przez Narwę i Tartu w Estonii, Rzeżycę i Dyneburg w Łotwie aż do Wilna na Litwie. Podróż taką trudno zakwalifikować jako „czystą przyjemność”, ale mimo to jest przyjemna.

Droga z Tallinna do Narwy prowadzi przez krainę zatok, krajobraz jak z popularnych w Estonii powieści dla dzieci autorstwa Astrid Lindgren. Za bukami, dębami i brzozami wyrasta Bałtyk, wśród onirycznych parków leżą troskliwie odremontowane rezydencje dawnej szlachty bałtyckiej.

Niektóre z dawnych budynków przybrzeżnych miast wyglądają tak, jakby pochodziły z książek dla dzieci szwedzkiej autorki. Ale w rzeczywistości jest inaczej: to te rzeczywiście istniejące domy mogły zainspirować Ilon Wikland – pochodzącą z Haapsalu autorkę ilustracji do „Dzieci z Bullerbyn” i innych prac Astrid Lindgren.

Haapsalu i dalej Morze Bałtyckie. Zdj. Kazimierz Popławski

Haapsalu i dalej Morze Bałtyckie. Zdj. Kazimierz Popławski

Tylko zwartych wsi brakuje. Bo gdy reformy rolne w latach dwudziestych uczyniła z bałtyckich republik najbardziej egalitarne społeczeństwa Europy, chłopi zbudowali sobie pojedyncze zagrody, które wciąż kształtują tutejszy krajobraz.

Narwa jest trzecim co do wielkości miastem Estonii. 95% mieszkańców to rosyjskojęzyczni [a 89% to Rosjanie]. Sankt Petersburg leży bliżej niż Tallinn; Narwę od Rosji i bliźniaczego Iwangorodu oddziela rzeka i przejście graniczne, które przypomina Checkpoint Charlie w Berlinie. Nasz kierowca Aivis, dziecko ery Schengen i rosyjsko-łotewskiej miłości, dziwi się: chociaż przejechał już pół Europy, nie widział nigdy prawdziwej granicy.

Przeczytaj także:  Narwa małych mniejszości

Dzieci wyrastają w wielokulturowości i wielojęzyczności

W Tallinnie wieże banków strzelają do góry, a kawiarnie Starbucksa wyrastają jak grzyby po deszczu. Narwa jest z kolei postsowieckim miastem przemysłowym. Narwianie w porównaniu do tallińczyków robią biedne wrażenie, nawet jeśli – jak wszędzie w Nadbałtyce – jak już ktoś posiada auto to to z najwyższej półki: BMW, Audi, Mercedes albo przynajmniej Volvo.

Gdy wchodzi się do sklepu, pozdrawiają cię po rosyjsku. Ale nigdzie nie widać rosyjskich szyldów ulicznych, reklam czy cenników. Rosyjski w żadnej z republik bałtyckich nie jest językiem urzędowym, nawet ulotki do kupionych tu leków są drukowane tylko „językach państwowych”.

Kto zna sytuację wielojęzyczności w Południowym Tyrolu, Szwajcarii czy Berlin-Neukölln, być może uzna tę monokulturę za dziwną. Ale jeśli się weźmie pod uwagę, że po estońsku mówi niecały milion ludzi, po łotewsku niecałe półtora miliona i jak żartuje się w Litwie, więcej ludzi w Chicago mówi po litewsku niż w stołecznym Wilnie, to wtedy sprawa staje się zrozumiała.

Kristina Kallas prowadzi w Narwie filię Uniwersytetu w Tartu, w której kształci się rosyjskich pedagogów. Rodzice w Narwie mają cztery opcje: mogą posłać dzieci do normalnej szkoły estońskiej albo do rosyjskiej (w której od dziewiątej klasy dochodzą także przedmioty po estońsku), do szkoły dwujęzycznej albo do „language immersion school”, w której dzieci „zagłębiają się” wyłącznie w język estoński.

Chodzi o eksperyment, mówi Kallas, który jest ważny dla całej Europy, by z dzieci monokulturowych i jednojęzycznych rodziców uczynić dorosłych, którzy będą multikulturowi i wielojęzyczni. I to w sytuacji, gdy większość Estończyków woli uczyć się angielskiego niż rosyjskiego, a wielu Rosjan angielskiego niż estońskiego. I właśnie to Wielka Brytania, a nie ich ojczyzna, jest dla wielu nadbałtyckich Rosjan krajem marzeń.

Moi rodzice zawsze się wstydzą

Szczególnie starsi Rosjanie, twierdzi Kallas, postrzegali kulturę Estończyków, Łotyszy i Litwinów jako „chłopską” i niższą od rosyjskiej kultury wysokiej. „Ale Sowieci zniszczyli rosyjską kulturę. Nie ma żadnej współczesnej kultury rosyjskiej, tylko nostalgia z jednej strony i śmieciowa popkultura z drugiej. I kiedy przegrywają Eurowizję są zupełnie zaskoczeni”. Kallas twierdzi, że rozpoznaje u wielu Rosjan „syndrom sieroty”: matuszka Rossija umarła i zostawiła ich złym macochom Estonii, Łotwie czy Litwie. A zmarłą wynosi się pod niebiosa niczym świętą. Przy czym nawet starsi Rosjanie wiedzą, że ich dzieci mają w Europie lepszą przyszłość niż w Rosji.

Tak długo jak są „nie-obywatelami”, Rosjanie mogą jeździć do dawnej ojczyzny bez wiz. „Moi rodzice za każdym razem się wstydzą” – mówi Anton Jołkin, który z dziecka rosyjskich robotników został wicemenedżerem hotelu Telegraaf na tallińskiej starówce. „Dlatego, że po tamtej stronie jest bałagan i syf. Czy nie mogliby chociaż pomalować swych domów?”.

My Rosjanie nie jesteśmy imigrantami

Z Narwy jedziemy przez brzozowe lasy, wzdłuż brzegu wielkiego jeziora Pejpus w kierunku południowym. Na zamarzniętej powierzchni jeziora, rosyjski bohater narodowy Aleksander Newski powstrzymał w 1242 roku wyprawę krzyżową Zakonu Niemieckiego i w ten sposób niemiecką ekspansję na Wschód. Reżyser Siergiej Eisenstein świętował zwycięstwo Newskiego w swoim dziele sowieckiej sztuki filmowej („Aleksander Newski” z 1938 roku – przyp. Przegląd Bałtycki).

Obecnie na jeziorze przebiega granica między Unią Europejską a Rosją. Na jego brzegach od wieków żyją staroobrzędowcy, których przodkowie, w połowie XVII wieku, nie chcieli uznać reformy wyznania wiary patriarchy Nikona. Prześladowani przez carów i komunistów, w swych odizolowanych od świata wioskach i świątyniach, które teraz otwierają dla zwiedzających, trzymali się swych rytuałów i języka rosyjskiego.

Anna Smertina ze strony matki pochodzi z takiej właśnie rodziny. Studiuje na Uniwersytecie w Tartu – wcześniej Dorpat – genetykę i bioinformatykę. Spotykamy ją w jednej z kafejek studenckich w Tartu, które podczas czerwcowych białych nocy nigdy się nie zamykają, w których obsługa bez wysiłku przeskakuje pomiędzy estońskim, rosyjskim a angielskim, w których turysta z Berlina nie czuje się tak całkiem obco, bo widzi parę ciemnych twarzy i kolorowych chust.

Podobnie jak Anton Jołkin, Anna wykorzystała szansę, którą oferuje jej nowa Estonia. Ale złości ją to, że Estończycy wymagają teraz od Rosjan dopasowania się. „Nikt z Estończyków nie myśli, że także muszą się zmienić. Estonia nie chce przyjmować uchodźców z Syrii, bo rzekomo mają tutaj wielu rosyjskich imigrantów. Ale my Rosjanie nie jesteśmy imigrantami. To także nasz kraj”.

Jednakże bałtyccy Rosjanie (w Estonii i na Łotwie – przyp. Przegląd Bałtycki) nie mają automatycznie prawa do obywatelstwa ich ojczystych republik (dotyczy to Rosjan, którzy przybyli do Estonii i Łotwy po 15 czerwca 1940 roku i ich potomków. Staroobrzędowcy w zdecydowanej większości posiadają obywatelstwa wskazanych krajów – przyp. Przegląd Bałtycki). Muszą o nie wnioskować, zdać test językowy i udowodnić, że znają konstytucję. Nie wszyscy chcą lub mogą to uczynić.

Kultura żydowska nie odgrywa w Nadbałtyce już żadnej większej roli

Z Tartu jedziemy dalej na południe. W estońsko-łotewskim mieście granicznym Valga/Valka przechodzimy przez estońsko-łotewską granicę, nawet tego nie zauważając. Wszystkie trzy republiki bałtyckie są dumnymi członkami strefy Schengen i eurolandu.

Oczywiście między republikami jest wiele sąsiedzkich docinków, a między narodami – zwykłych uprzedzeń. Estonia uważa siebie za bardziej nowoczesną od Łotwy i Litwy, Łotysze i Estończycy podkreślają swoją „niemieckość” i kręcą nosem na Litwinów z ich „polską” nonszalancją. „Kiedy w szeregu zaparkowanych aut jedno stoi krzywo, nie muszę nawet patrzeć na tablicę rejestracyjną” – tak łotewski policjant przeklina litewskich turystów.

Z kolei w Wilnie katolicki ksiądz twierdzi, że Łotysze i Estończycy są tak samo bezbożni jak wschodni Niemcy, co rzekomo wśród protestantów nie dziwi. Jako katolicy, Litwini – podobnie jak Polacy – trzymali się Boga. Gdy mówimy o Bogu: kultura żydowska nie odgrywa w Nadbałtyce już większej roli. W bezkresnych lasach Łotwy niemiecka Einsatzgruppe A podczas II wojny światowej skrupulatnie przeprowadziła mord na Żydach. W Rzeżycy, małym miasteczku położonym wzdłuż linii kolejowej Ryga-Sankt Petersburg, przed wojną Żydzi stanowili 70% ludności. Obecnie nie ma tu nawet garstki ludzi żydowskiej wiary. Za to ponad 45% mieszkańców to Rosjanie, którzy po 1945 roku przybyli do przestrzeni „judenrein”. „Co mnie to obchodzi?” – odpowiada rosyjska sprzedawczyni na pytanie o pomnik pomordowanych Żydów. „Przecież pokonaliśmy faszyzm”.

W informacji turystycznej łotewscy pracownicy wskazują na wielki pomnik ofiar stalinizmu i na świeżo wyremontowaną synagogę. W końcu ktoś przypomina sobie o „małej tablicy”. Ona znajduje się na końcu piaszczystej drogi, kilkaset metrów od rynku, tam, gdzie rzeżyccy Żydzi zostali rozstrzelani.

Przemilczana przeszłość

W Rzeżycy ludzie mają bardziej pilne troski niż mierzenie się z przeszłością. W centrum rozrywkowym „Zeimuls”, perle postmodernistycznej architektury, wychowawczyni Dana, której rodzina ma polsko-łotewskie korzenie, organizuje kreatywne zajęcia poobiednie i wakacyjne dla łotewskich i rosyjskich dzieci i młodzieży: malowanie, majsterkowanie, muzyka, taniec.

Grupy są zawsze mieszane i „dzieci znajdują wspólny język”, mówi Dana. Z sukcesem. Tylko 12% Rosjan w Rzeżycy ma „fioletowy paszport”, który wskazuje na to, że nie są obywatelami. Przemilczanie przeszłości robi jednak wrażenie. W Daugavpils, wcześniej Dünaburgu, miejscu urodzenia amerykańskiego malarza Marka Rothko, gdzie przed wojną 44% ludności było żydowskiego pochodzenia, a obecnie 53,6% mieszkańców to Rosjanie, zaś tylko 19,8% – Łotysze, nasze pytanie o miejsce położenia słynnego getta trafia na wzruszenie ramion. Przy czym chyba każdemu w mieście znana jest dawna fabryka, bo obecnie służy jako więzienie.

Masowe groby Żydów rozstrzelanych w pobliskich lasach są obecnie pomnikiem „ofiar faszyzmu”; tam gdzie wcześniej królował sierp i młot, obecnie stoi na straży krzyż, nigdzie nie uświadczysz jednak gwiazdy Dawida.

Tchnienie Południa w Wilnie

Także w Wilnie, ruchliwej stolicy Litwy, raczej dyskretnie wspomina się żydowską przeszłość miasta, które kiedyś ze względu na liczne szkoły talmudyczne i uczonych było uznawane za „Jerozolimę Europy”. Tam, gdzie Niemcy zorganizowali wielkie i małe getto, zanim zamordowali ich mieszkańców, dziś toczy się nocne życie – rosyjscy nowobogaccy z suvów i blondyny spotykają tu pijanych Brytyjczyków z obscenicznymi T-shirtami i niemieckich podróżnych z bedekarami.

Panorama wileńskiego Starego Miasta. Zdj. Kazimierz Popławski

Panorama wileńskiego Starego Miasta. Zdj. Kazimierz Popławski

Kiedyś wspólne królestwo Polski i Litwy rozciągało się od Krymu aż do Bałtyku. W Wilnie spotykają się katolickie i prawosławne kościoły, gotyk i barok, autobusy polskich pielgrzymów zmierzają do Ostrej Bramy z cudowną ikoną Madonny, podczas gdy – cud z punktu widzenia historii – ortodoksyjni żydzi biegną w piątek przez bramę w kierunku synagogi chóralnej.

Przeczytaj także:  Dlaczego Narwa nie jest następna?

Tchnienie Południa w Wilnie przypomina o tym, że Europa zawsze była multikulturowa, to złe duchy nacjonalizmu, separacji i nienawiści rasowej ją zniszczyły. Zupełnie blisko, na Ukrainie, Rosja Władimira Putina próbuje ożywić te złe duchy i wykorzystać, by ponownie zniszczyć Europę. Ale nadbałtyccy Rosjanie, którzy zwracają się coraz bardziej w stronę Zachodu, a odwracają od etnicznego nacjonalizmu, są – podobnie jak te niedokończone jeszcze republiki w północno-wschodnim kącie Unii Europejskiej – znakiem tego, że jest inaczej niż w rosyjskich planach. Kto wraca z Nadbałtyki, ma jasność, co się dzieje w nowej Europie bez granic.

 

Artykuł opublikowany dzięki uprzejmości autora i dziennika „Die Welt”, gdzie ukazał się pierwotnie. Tłumaczenie z języka niemieckiego Tomasz Otocki.

 

Zdjęcie tytułowe: Po lewej stronie Narwa, po prawej rosyjski Iwangorod. Zdj. Kazimierz Popławski.

  • Kamil

    Dodam tylko tyle, że słuchałem kiedyś relacji chłopaka, który przejeżdżał przez granicę łotewsko-ros i opowiadał, że po rosyjskiej stronie była pełna infrastruktura, toalety itp., a po łotewskiej sam las…

    • Ten sam las to nic złego. Im dalej na północ, tym tego lasu więcej i więcej. Niemniej, wschodnia Łotwa rzeczywiście nie należy do najbogatszych, ale po drugiej stronie granicy obwód pskowski należy do najbiedniejszych w Rosji i jest znacznie biedniejszy od Łotwy.

      • Kamil

        Chętnie zwiedziłbym całą Łotwę, niestety nie znam nic z rosyjskiego i prawie nic z łotewskiego…

        • Ola

          Ale kto powiedział, że trzeba znać oba te języki? Angielski też wystarcza. Rozmówki też są 😉 polecam nie przejmować się językiem i jechać!

          • Dokładnie – angielski wystarczy, żeby komunikować się na Łotwie.

          • Kamil

            Łotysze znają w miarę angielski ?

Polub nas na Facebooku!