Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

W cieniu Prory i Świętowita albo co słychać na Rugii

O tej podróży marzyłem już od dawna. Gdy znajomi planowali wypoczynek nad dalekim Adriatykiem albo Morzem Śródziemnym, ja myślałem o białym piasku Pomorza Przedniego. Nie jest to popularna destynacja, choć tendencja jest raczej pozytywna. W XIX wieku bywali tu Ignacy Józef Kraszewski, Aleksander Wielopolski, Wincenty Pol, Ferdynand Ruszczyc czy Deotyma z ojcem. Wielu Polaków pod zaborami fascynowała słowiańska przeszłość wyspy. Później w dwudziestoleciu międzywojennym było tu sporo polskich robotników rolnych, którymi opiekował się polski konsulat w Szczecinie. W XX wieku Rugia straciła popularność wśród Polaków. Ostatnio coś jakby drgnęło. Choćby w magazynie podróżniczym „Poznaj świat” ukazał się obszerny artykuł o wyspie. Coraz więcej osób, nie tylko ze Szczecina, przyjeżdża na Rugię.

Jak podróżowali tu Polacy w XIX wieku?

 Magrabia Aleksander Wielopolski wyjechał po wybuchu Powstania Styczniowego na Rugię. Zdj. Karol Beyer, Wikimedia Commons / CC

Magrabia Aleksander Wielopolski wyjechał po wybuchu Powstania Styczniowego na Rugię. Zdj. Karol Beyer, Wikimedia Commons / CC

„Statek niesiony leniwym nurtem rzeki odbił od kei. Na pokładzie wysoki mężczyzna w czarnej pelerynie. Patrzy na oddalające się miasto. Krótka to podróż. Na Rugię. Krótka? Czy jedna mila dalej od klęski to uspokojenie?  Jeśli południowy wiatr nie będzie zbyt silny, popłyną tuż przy klifowych, urwistych brzegach wyspy. A jeśli będzie sztorm? Jeśli będzie sztorm, znajdzie chwilę wytchnienia w prośbach do Boga o sprawiedliwą karę. A jeśli cisza? Jeśli cisza, to będzie ona pierwsza w życiu margrabiego Aleksandra. Jest rok 1863. Powstanie styczniowe upada. Naczelnik cywilnego rządu po klęsce politycznej ucieka z Warszawy. Oficjalnie, by zachować pozory, udaje się z rodziną na Rugię dla podratowania zdrowia. Którędy wjeżdżał do Szczecina, co wiedział, o czym myślał?”

(Zbigniew Kosiorowski, „Mój ocean prawdziwy”, Szczecin 1985, s. 147)

Jadwiga Łuszczewska, Deotyma. Portret autorstwa Józefa Simmlera

Jadwiga Łuszczewska, Deotyma. Portret autorstwa Józefa Simmlera

W taki sposób szczeciński dziennikarz wyobrażał sobie w latach osiemdziesiątych podróż Aleksandra Wielopolskiego na Rugię. Margrabia zatrzymał się w Putbus, ówczesnej siedzibie dynastii rządzącej Rugią, by poddać się kuracji poprzez picie wody marienbadzkiej i zimne kąpiele morskie. Na Rugię w XIX wieku jeździli jednak także inni Polacy. Wincenty Pol napisał o Rugii tekst „Na wyspie” – fragment swoich szkiców krajoznawczych „Obrazy życia i natury”. „Rugia jest jednym wielkim gabinetem starożytności słowiańskich i jedną wielką galerią najokazalszych pomników przeszłości. To, na co badacz starożytności słowiańskich natrafia na całej przestrzeni od ujścia Odry i Wisły aż do ujścia Dniestru i Dniepru, to leży tutaj zgromadzone na przestrzeni kilkunastu mil kwadratowych”. Pol miał na myśli starodawne mogiły, wały, gródki i uroczyska, cmentarzyska, święte jeziora i gaje… A więc wspaniała przeszłość słowiańszczyzny!

W 1857 roku wyspę odwiedziła z ojcem Jadwiga Łuszczewska („Deotyma”). Rugia była jej „tysiącletnim celem marzeń”. W kilku numerach „Gazety Warszawskiej” zamieściła swą korespondencję z Pomorza Przedniego. Jak twierdzi badacz Andrzej Zieliński opis Deotymy był w gruncie rzeczy pierwszą polską dokładną relacją z odwiedzin Rugii. Autorka podróżowała z ojcem, jej listy zaś były przeznaczone dla matki. Pobyt pisarki był krótki, acz treściwy. Podążała Deotyma śladami legend, badała sprawę Wandy i Rytygiera – zakochany w Wandzie Rytygier był księciem przybyłym z Rugii. Zwiedzając mityczną Arkonę, Deotyma wpisała do księgi pamiątkowej w latarni morskiej wierszyk:

Witaj, o Rugio, gdy Polak zdumiony
Z rzewnym badaniem wpatruje się w ciebie,
Gdy ujrzy z dali na wałach Arkony
Cień Światowida drżący w mgle stuleci,
Uzna radośnie, że i na tym niebie
Polskie wspomnienie święta gwiazdą świeci.

Rugii nie mógł pominąć w swych peregrynacjach niemcoznawca Józef Ignacy Kraszewski. Wcielił się on bardziej w rolę historyka niż literata. Temat wyspy pojawia się już w „Sztuce u Słowian, szczególnej w Polsce i Litwie przedchrześcijańskiej” (1860). „Ostatnie świadki przeszłości – nazwy miejsc, nawet poprzekręcane, zostały tak uderzająco słowiańskie, iż dziwić się potrzeba sile, z jaką przylgnęły do tej ziemi” – pisze twórca. Podróżując po Rugii, narzekał Kraszewski, że częstują tu tylko śledziami z kartoflami lub… kartoflami ze śledziami. Umiarkowanie ocenił także lokalne krajobrazy. „Widoki są posępne, lecz nie bez wdzięku, szczególnie lasy bukowe około kredziastych obrywów nad morzem”. Zarazem jest to „morze bez barwy, bez woni i głosu”.

Rugią jako ostrowem bożym zafascynował się Ignacy Matuszewski. Publicysta „Przeglądu Tygodniowego” pojechał tam także obserwować pamiątki po starosłowiańskim plemieniu.

„Jak podkreśla podróżnik, u współczesnych mieszkańców ostrowu Bożego nie ujawniają się cechy słowiańskie. Pozostały jedynie nazwy miejscowe, w 70% utrzymujące ślady słowiańskiego pochodzenia. Legend i bajek zachowało się sporo, mało oryginalna jest tutejsza demonologia. Szerzej zajął się Matuszewski znakami zastępującymi dawniej herby, dołączył nawet tablicę z ich podobiznami. Idąc za Polem, podkreśla, że najwięcej różnic – w mowie, obyczaju i stroju – w porównaniu z resztą mieszkańców wyspy wykazują rybacy z północno-wschodniej partii Rugii. Na wyspie uważani są za »Wendów czystej krwi«, a ich gwara za wendyjską, czyli słowiańską. Jednak ich odrębność stopniowo się zaciera. Wiek bieżący wyrwał ich z »błogiego odrętwienia, rzucając na kark całe gromady wyblakłych i osłabionych przybłędów« – kuracjuszy przybywających do modnych badów” – pisze znawca tematu prof.  Andrzej Zieliński.

Także współcześni podróżują na Rugię

Wyspa nie fascynowała może tak bardzo w dwudziestym stuleciu. Wyjątkiem jest może Józef Kisielewski, autor publikacji „Ziemia gromadzi prochy” wydanej w 1939 roku. W czasach NRD Polacy nie spędzali tu tłumnie wakacji, woleli plaże Morza Czarnego. Wyspa zrobiła się za to modna wśród Polaków parę lat temu, gdy po zniesieniu granic można bardzo szybko tu trafić ze Szczecina. – Czytałem kiedyś książkę „Mściciel przybywa z Rugii” i zainteresowałem się historią Pomorza Zachodniego – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu dr Łukasz Jasina, znawca tematyki ukraińskiej i publicysta „Kultury Liberalnej”, który w tym roku odbył podróż po Pomorzu Przednim (Vorpommern), w tym Rugii. Zobaczył nazistowską Prorę, Sassnitz, skąd odpływają statki do Szwecji, a także owiany legendami przylądek Arkona. – Jest to rejon bliski, ale jednocześnie daleki. Przyroda wygląda podobnie jak na polskim Pomorzu, ale panuje odmienna atmosfera. Miejsce to wygląda tak, jak wyglądałoby polskie Pomorze, gdyby nie trafiło pod naszą kuratelę w 1945 roku – mówi Łukasz Jasina.

Na Rugię podróżował w zeszłym roku także gdański socjolog, absolwent studiów wschodnich na Uniwersytecie Warszawskim, deklarujący się jako Kaszuba, Pioter Pałkòwsczi-Cëra.

– Powodów było wiele. Przede wszystkim, jest to miejsce znane z pięknej przyrody oraz jedna z większych i zarazem chyba najciekawsza, z uwagi na linię brzegową, wyspa na Bałtyku. Rugia dla Kaszuby to jak Dzikie Pola dla Polaka. Mityczna kraina, Urheimat. Nie tylko z racji przynależności wyspy, w pewnych okresach historycznych, do udzielnych ziem książąt pomorskich, pieczętujących się znakiem gryfa. Części spośród Kaszubów, zwłaszcza Gochom – szczepowi,  z którego się wywodzę, przypisywane jest połabskie pochodzenie. Tak czy inaczej, mnogość nazw miejscowych na Rugii z rdzeniem, od którego prawdopodobnie pochodzi nazwisko mojego rodu, skłania do snucia mitopeicznych fantazji. Poza tym, Rugia, a zwłaszcza Arkona, jest ważnym symbolem w literaturze kaszubskiej, odwołuje do wyobrażonej świetlanej przyszłości i prowokuje nadzieje na chwile chwały, które jeszcze mają nadejść. Königstuhl, a właściwie Stubbenkammer to po naszemu Stopny Kam, który wyznacza zachodnie krańce kaszubszczyzny (historycznej, mitologicznej i symbolicznej) równolegle z biegiem rzeki Reknitz (swoją drogą na drugim krańcu Kaszub, nieopodal miejsca, z którego teraz piszę, płynie druga Reknica, siostrzana rzeka, niczym zwierciadlane odbicie) i bramami Rostocku, co znajduje odzwierciedlenie w kaszubskim hymnie autorstwa Jana Trepczyka (Zemiarodnô, pëszny Kaszëbsczi kraju, òd Gduńska tù jaż do Roztoczi bróm). Wziąwszy to wszystko pod uwagę, dla każdego świadomego Pomorzanina Rugia jest niemal obowiązkowym przystankiem na drodze światowych wędrówek, czy to modnych, czy sentymentalnych – w ten sposób skomentował dla Przeglądu Bałtyckiego przyczyna swego pobytu na wyspie Pioter Pałkòwsczi-Cëra.

Nadbałtycki flair

Binz oczarowuje swoją bielą. Zdj. Tomasz Otocki

Binz oczarowuje swoją bielą. Zdj. Tomasz Otocki

Rugia oferuje wspaniały pobyt zarówno tym, którzy lubią plażować, jak i tym, ciekawym podróży po pełnym zabytków interiorze wyspy. Piękne plaże rozciągają się na całym wschodnim wybrzeżu wyspy, poprzez Prorę, Binz, Sellin, Baabe, Göhren. Miejscowości te przyciągają malowanymi na biało pensjonatami i urokliwymi willami z przełomu XIX i XX wieku – to właśnie wtedy te uzdrowiska zaczęły się rozwijać. Spacer Wilhelmstrasse w Ostseebad Sellin albo Hauptstrasse w Binz to możliwość podziwiania pięknych wakacyjnych widoków właśnie w tej urokliwej bieli, która już przyprawia o Schwindelgefühle. Zawrót głowy. Uroki letniej mody à la Ostdeutschland – choć prawie już nie widać podziału na wschodnie i  zachodnie Niemcy – rodziny spacerujący z dzieciakami, pary, które urzekł już rugijski flair, lekki wiatr znad morza. I rechot mew. W Binz i Sellinie można skosztować truskawek ze specjalnego stoiska, które, choć drogie, sprzedawane są już umyte; tym, których urzeka lokalna przyroda, sympatyczny sprzedawca – dopytujący grzecznie: woher kommen Sie? – proponuje lody z rokitnika. Sanddorn, rokitnik zwyczajny, to jest prawie roślina rodowa Rugii. Rugijska odpowiedź na kiwi – tak mówi napis na jednym ze sklepów przy Hauptstrasse w Binz. Z rokitnika wyrabia się właściwie wszystko. Nalewki, soki, herbatę, konfitury, mydło, gumę do żucia, cukierki… Sok koniecznie trzeba posłodzić, bo niesłodzony nie bardzo nadaje się do spożycia. Rokitnik wyróżnia się zawartością witaminy C, obok dzikiej róży ma jej najwięcej spośród wszystkich owoców. Więcej niż cytryna.

Likier i grog z rokitnika w knajpie. Zdj. Tomasz Otocki

Likier i grog z rokitnika w knajpie. Zdj. Tomasz Otocki

W Sellin trzeba być. Nie tylko po to, by przejść się po głównej Wilhelmstrasse, gdzie można usiąść w lokalnej kafejce. W koszu plażowym, bo wykorzystuje się je także w lokalach gastronomicznych. Może to być Böhmisches Gasthaus, czyli Czeska gospoda. Niemcy mają sentyment do czeskiej kuchni, w końcu sporo z Sudetendeutschów znalazło się po 1945 roku w Bundesrepublice. Zamówić tu można knedlíčky, škubánky, jest kielich Becherovki. Kto nie lubi czeskich nalewek prosi o likier z rokitnika. Przy głównej ulicy Ostseebad Sellin działała także kiedyś rosyjska restauracja Tschaikowski. Niestety już geschlossen. Ale kto lubi soliankę, może się udać do jakiejkolwiek knajpy niemieckiej, bo ta ukraińska zupa jest na Rugii niezmiernie popularna. Prawie tak samo jak Fischbrötchen, bułki z łososiem, śledziem, halibutem. Na miejscu z zimnym piwkiem albo na wynos. Prawdziwą dumą Sellin jest molo z piękną restauracją. Zamawiamy piwo i wpatrujemy się w długie, bezkresne schody, prowadzące nas z położonego na wysoczyźnie miasteczka na piękną plażę. Młoda para gejów z Polski robi sobie zdjęcie.

Ciuchcią do Granitz

Rugijskie truskawki. Zdj. Tomasz Otocki

Rugijskie truskawki. Zdj. Tomasz Otocki

Gdy już znudzi nam się selliński flair, spacery pomiędzy willami i hotelikami, a wiele z nich ma fantazyjne kształty, fikuśne balkoniki, werandy i wieżyczki, niejeden zachwyci się ich piękną snycerką, warto udać się na molo w Binz. Zbudowane zostało dopiero w 1994 roku, ale roztacza się z niego widok na piękny brzeg wyspy. A także na gigantyczny kurhaus, który stoi, niczym sopocki Grand, nad samym morzem. By zamówić sobie tam wakacyjne miejsce, trzeba słono zapłacić. No cóż, nie tylko woda w Bałtyku jest słona, także rugijskie ceny. Obiad kosztuje tutaj prawie dwa razy tyle ile w Szczecinie. Kawa i piwo w knajpie tyle samo, ale to dobra wiadomość tylko na rugijski poranek. Ale przynajmniej jesteśmy w Binzu… Na molu starsi Niemcy przeplatają się z głośnawą niemiecką młodzieżą. Kto chce, idzie na plażę, wypożyczyć jeden z wielu strandkorbów. Koszy plażowych. Wynalezionych w 1883 roku w pobliskim Rostocku. Do dziś będących wizytówką Rugii. Kto lubi wycieczki i akurat jest przy wejściu na molo, może wrzucić maszyniście 5 euro do kieszeni, i już jedzie ciuchcią do osławionej, położonej w ciemnym lesie miejscowości Granitz.

Książę Wilhelm Malte I zu Putbus. Zdj. Tomasz Otocki

Książę Wilhelm Malte I zu Putbus. Zdj. Tomasz Otocki

W Granitz znajduje się cudowny jagdschlösschen, zameczek myśliwski rodziny von Putbus rządzącej Rugią. Co roku przyjeżdża tu 250 tys. turystów. Najczęściej odwiedzany zamek w Meklemburgii-Pomorzu Przednim – podpowiada niemiecki Internet. Po zapłaceniu w kasie, zwiedzamy. Wdrapujemy się na wysoką wieżę, z której podziwiamy piękne widoki na wyspę Rugię. Zameczek wzniesiono w latach 1838-1846. Zarządzenie wydał książę Wilhelm Malte I zu Putbus. Budowa przeciągała się osiem lat, bo książę był skąpy i wydzielił rocznie jedynie 6 tys. talarów na budowę zamku. Architekt Johann Gottfried Steinmeyer nadał mu kształt północnowłoskiego renesansu.  Kto z europejskich prominentów tu nie bywał…

Zamek do 1944 roku znajdował się w posiadaniu rodziny von Putbus. Później przeszedł pod władanie narodowych socjalistów, a następnie stał się ofiarą wschodnioniemieckiej reformy rolnej. Do dziś znajduje się w rękach państwa, w ostatnich latach Niemieckiej Republiki Demokratycznej przeszedł gruntowną restaurację.

Zamawiam piwo w przyzamkowej gospodzie i już za chwilę ładuję się do ciuchci, która za wspomniane 5 euro odwiezie mnie na molo w Binz.

Rugijskie legendy przyciągają Pomorzanina

– Spośród miejsc, które udało mi się odwiedzić wymienię przede wszystkim Arkonę, jako że to święte miejsce i można powiedzieć, że był to cel swoistej pielgrzymki. Niestety, od kilku lat na samo grodzisko nie można się dostać w sposób cywilizowany (z biletem, folderem czy przewodnikiem), formalnie jest to teren zamknięty z uwagi na ryzyko oberwania się klifu wraz z całą pozostałością dawnej świątyni i grodu. Mimo to, miejsce nadal posiada magiczny charakter. Po drodze do Arkony warto zatrzymać się w Altenkirchen. W ścianę bocznej kaplicy kościoła (na prawo od ołtarza) wmurowany jest ułożony poziomo kamień z wizerunkiem postaci trzymającej róg, domniemuje się że to posąg Rujewita/Rugiewita albo innego bóstwa, ewentualnie kamień nagrobny lokalnego możnowładcy z czasów słowiańskich. Pokłoniłem się mu, tak jak domniemanemu Jaromarowi wmurowanemu w fasadę katedry w Bergen. Przy ołtarzu kościoła w Altenkirchen, zdaje się że nawet centralnie umieszczona, stoi chrzcielnica z czterema głowami, będącymi podobno symbolami czterech rajskich rzek… – opowiada Przeglądowi Bałtyckiemu Pioter Pałkòwsczi-Cëra.

Będąc na Rugii, absolutnym musem jest wizyta w Parku Narodowym Jasmund. Park powstał w 1990 roku i jest najmniejszym parkiem narodowym na terenie Niemiec. Obejmuje najwyższe wzniesienie Rugii – Piekberg (161 m n.p.m.), kredowe wybrzeże klifowe, północą dzielnicę Sassnitz, a także las bukowy rosnący na wzgórzach Stubnitz. Jest i Królewski Tron (Königsstuhl), z którego roztacza się wspaniały widok na kredowe skały. – Königsstuhl to kolejny cel sam w sobie. Hasło – Rugia, odzew – skały kredowe i jednocześnie przed oczami pojawia się obraz Caspara Davida Friedricha. Strzałki są już chyba na autostradzie A20, a na pewno można je zobaczyć w Stralsundzie (Strzałowie). Przegapić grzech. Rozlokowałem się na campingu w Nipmerow, z kilometr od miejsca, gdzie dojeżdżają autobusy albo samochody. Po drodze bajeczne Herthasee z Herthaburgiem (kolejne grodzisko), kamień ofiarny (wszystko słowiańskie pozostałości, chociaż w Herthaburgu później rozrządzili się Niemcy). Z rzeczy przyziemnych – całkiem przyzwoita restauracja z różnymi pomorskimi specjałami, w śród których na deser znany mi z domu gris z sokã, modnie podany w weku wielkości małej szklanki.

Skały. Wiatr. Woda. Na sam Königsstuhl i sąsiedni Victoria-Sicht chodziłem kilka razy, o różnych porach dnia. Wiało chyba o każdej porze. Wianuszek drzew na szczycie skały czyni to miejsce swojskim i niewinnym, ale wystarczy spojrzeć przez barierkę… Na Victoria-Sicht zamontowano mały balkonik wystający w otchłań, dla osoby z lękiem wysokości (jak ja) wrażenie niezapomniane. Oglądając skały z dołu zamoczyłem teleobiektyw (myślałem że zdążę przebiec przed falą, w jedną stronę mi się udało), którego nie dosuszyłem do dzisiaj. Na Stopnym Kamie (Stubbenkammer to kilkusetmetrowy odcinek klifu, ale Königsstuhl nad nim króluje) byłem 18 sierpnia z kaszubską stanicą.  Skały kredowe ciągną się aż do Sassnitz, warto wybrać się na piechotę i, gdzie schody nie są zamknięte, zejść na plażę. Należy uważać przy silnych wiatrach, zdarzają się wypadki. Gdy szedłem z Sassnitz w stronę Wissower Klinken, a było pod wieczór i byłem chyba ostatni na szlaku, to miałem trochę pietra, wiało niemiłosiernie. Mimo to, magia przyrody przeważyła i w kilku miejscach nie mogłem sobie odmówić podejścia prawie na sam skraj urwiska. – kontynuuje Pioter Pałkòwsczi-Cëra.

Interior Rugii

Pędzący Roland. Zdj. Tomasz Otocki

Pędzący Roland. Zdj. Tomasz Otocki

Gdy już widzieliśmy wyspiarskie skały kredowe i przejechaliśmy przez nadmorskie uzdrowiska, Binz i Sellin, a jeszcze trzeba wspomnieć o bardziej zacisznych Baabe i Göhren, to udajemy się do rugijskiego interioru. Putbus i dawna stolica Rugii Bergen auf Rügen to nasze kolejne cele. Do Putbus dojechać z nadmorskiego Binz łatwo. Wsiadamy w kolejkę wąskotorową, nazywaną tutaj ironicznie Rasender Roland.  Pędzący Roland. Głośny gwizd i ruszamy.

Putbus jest siedzibą dynastii, która kiedyś rządziła Rugią. Jest to zarazem najmłodsze miasto wyspy, powstało wtedy, gdy w Polsce istniało Księstwo Warszawskie. Jednak nazwa notowana jest już w XIV wieku jako Podbórz, przynajmniej w ten sposób zrekonstruowali ją polscy badacze. Książę Malte zu Putbus zarządził na początku XIX wieku budowę zamku i ogrodów, teatru, stajni książęcej, a także oranżerii. W latach 1816-1818 zbudowano tutaj także pierwsze kurorty. W latach 1827-1832 stanął w Putbus zamek zbudowany w stylu klasycystycznym, na miejscu dawnego słowiańskiego grodziska, później w latach czterdziestych zbudowano kościół. Między 1815 a 1860 rokiem zabudowano circus, okrągły plac w centrum miasta. W 1889 roku Putbus połączono koleją ze stolicą powiatu rugijskiego Bergen, zaś w 1895 roku powstał odcinek Pędzącego Rolanda do uzdrowiska Binz.

Nad brzegiem w Binz. Zdj. Tomasz Otocki

Nad brzegiem w Binz. Zdj. Tomasz Otocki

Po Powstaniu Styczniowym przebywał tu margrabia Aleksander Wielopolski. I miał przygody.

„Potbus, von 24 august 1863. Do Naczelnego Prezydencja Policji Prowincji Pomorskiej w Szczecinie. Uprzejmie donoszę, że margrabia Wielopolski przebywa w Potbus na Rugii. Ponieważ są wiadomości, że zaplanowano na niego zamach, przydzielono mu ochronę urzędnika śledczego Winetzkiego. Podczas obserwacji terenu Winetzki wylegitymował kręcącego się w pobliżu margrabiego człowieka o nazwisku Grzegorz Karpiński, ale nie dostrzegłszy żadnych podejrzanych uchybień zwolnił Karpińskiego. Po dwóch dniach tenże Karpiński znów pojawił się w pobliżu margrabiego Wielopolskiego. Na wezwanie Winetzkiego podejrzany uciekł do pobliskiego lasu i tam zaginął. Informuję również, że 18 września 1863 roku margrabia ma zamiar opuścić Rugię i udać się via Szczecin do Berlina, prawdopodobnie z jakąś tajną misją”.

(Zbigniew Kosiorowski, „Mój ocean prawdziwy”, Szczecin 1985, s. 148)

Dziś miasto urzeka jak dawniej, nazywane miastem róż. Rosną wszędzie, obrastają zarówno leżący w centrum circus, jak i otaczają pozostałe domy w Putbus. Tylko zamku już nie ma. Pod koniec II wojny światowej został splądrowany. Rozpoczęło się rozbieranie na cegłę, rozłożony na lata upadek. Jeszcze w latach pięćdziesiątych proponowano odbudowę. W 1957 roku zamek padł ofiarą niewystarczających środków oraz ideologii państwowej NRD. W 1962 roku wysadzono budynek, następnie przez dwa lata rozbierano, to co zostało.

Nie ma już zamku w Putbus…

Chwała żołnierzom sowieckim w Bergen. Zdj. Tomasz Otocki

Chwała żołnierzom sowieckim w Bergen. Zdj. Tomasz Otocki

Udajemy się teraz do Bergen auf Rügen. Słowiańska Góra. Urocze miasto – w czasach wschodnioniemieckich – powiatowe, położone na wzniesieniu. Tutaj dopada mnie sentyment do Enerde. W lokalnej kawiarni proponują mi Eisbecher à la DDR. Wschodnioniemiecki puchar lodowy. Albo lemoniadę w butelkach jak za socjalistycznych czasów. Jedną z głównych ulic Bergen jest ulica Gorkiego, zaś tuż przy dworcu kolejowym znajduje się cmentarz żołnierzy sowieckich z pomnikiem, na którym widać wielką czerwoną gwiazdę.

Bergen auf Rügen znane jest jednak ze starszych zabytków. Kościół mariacki z XII wieku. Kościół św. Bonifacego, ośrodek katolicyzmu na wyspie. Domy mieszczańskie, pięknie zachowane drzwi, na przykład przy ulicy Mühlenstraße 4 czy Markttorstraße 16… Miasteczko robi bardzo schludne wrażenie. Siadam w knajpie i zamawiam szparagi z sosem holenderskim. Do tego ciemne lokalne piwo. Jestem chyba jedynym gościem na rynku. Cicho tu i spokojnie. Sennie. Nie to co w głośnym Binz.

Po 1945 roku miasto stało się ośrodkiem przemysłu. Powstała mleczarnia, piekarnia, zakłady mięsne i rzeźnia. Po upadku Enerde wyrok padł także na przemysł. Liczba ludności spadła o jedną czwartą. Odebrano Bergen status miasta powiatowego. Historyczne centrum poddano jednak sanacji.

Sassnitz i Hiddensee

Sassnitz, po słowiańsku Sośnica, to miejscowość położona w północnej części wyspy, skąd odpływają promy do Danii i Szwecji. – Przypomina trochę Sopot, ale jest o wiele spokojniejsza. Ma w sobie coś z sennych miejscowości środkowo- i zachodniopomorskiego pobrzeża, ale to całkiem na miejscu, jako że Rugia to nadal Pomorze właśnie. Do muzeum rybołówstwa nie zdążyłem (czego żałuję), podobnie jak obejrzeć angielski okręt podwodny z lat 60-tych (klasy Oberon). Fabryka znanych konserw rybnych jest dużo mniejszym zakładem, niż można by pomyśleć. Terminal promowy zdaje się spać, ale to na pewno złudzenie – zaczyna swą opowieść o Sassnitz Pioter Pałkòwsczi-Cëra. – Podążając szlakiem grodzisk trafiłem na jedno szczególnie interesujące. Położone jest mniej więcej w połowie drogi między Königsstuhl a Sassnitz, kilkadziesiąt metrów, może trochę więcej, w bok od asfaltowej drogi. Można się do niego dostać obchodząc senne budynki prawie wymarłej leśnej osady. Grodzisko jest większe niż Arkona, dużo większe niż Herthaburg, zdecydowanie większe niż grodziska znane mi z Pomorza Gdańskiego. Położone jest na szczycie dość wysokiego wzgórza, którego jeden stok stromo opada kilkadziesiąt metrów w dół, gdzie zbiera się woda albo zalega bagno lub większe oczko wodne. Nie natrafiłem na żadne opracowanie na jego temat (poza wzmiankami, że jest takie i że słowiańskie) a na pewno nie był to ośrodek bez znaczenia, który duńscy zdobywcy mogli przejść mimo. Tysiąc lat temu, gdy zapewne wzgórze było wyczyszczone z drzew, warownia mogła robić wrażenie będącej nie do zdobycia. Dziwne, że tak mało o nim wiadomo – opowiada Pioter.

Hiddensee to z kolei długa na siedemnaście kilometrów wyspa na zachód od Rugii. Została odłączona od Rugii na skutek silnych sztormów. We wsi Kloster mieści się Gerhart-Hauptmann-Haus, na lokalnym cmentarzu pochowany jest niemiecki dramaturg Gerhart Hauptmann, który ukochał Hiddensee i osławił je w swojej twórczości. – Wyspa znana z czytanek do niemieckiego. Ruchu kołowo-spalinowego faktycznie brak, ciekaw jestem czy samochody elektryczne nie zniszczą uroku wyspy, zakaz obejmuje spalinowe, a i to z wyłączeniem służb publicznych. Woda w Morzu Bałtyckim niewiarygodnie zimna, aż kłuje. Plażowicze oddają się FKK bez skrępowania, nawet mimo braku stosownych tablic. Zadając kłam stereotypowi o starych ludziach z brzydkimi ciałami muszę zaznaczyć, że widziałem (ale bez natrętnego wpatrywania się, co oczywiste, chociaż tak po męsku żal) kilka młodych i bardzo atrakcyjnych dziewcząt. Dwie latarnie morskie, z czego jedna jest właściwie większą stawą, wydmy, las sosnowy, domy kryte strzechą. Warto spędzić tam jeden dzień. Droga statkiem, w zależności od wyboru przystani na Rugii, zajmuje od kilku kwadransów do kilku godzin – kontynuuje gdańszczanin.

Upiorna Prora?

Jest jeszcze jedno miejsce na Rugii, które warto bezwzględnie zwiedzić. W latach trzydziestych wyspę upodobali sobie naziści, którzy w miejscowości Prora postanowili wznieść ogromny kompleks wypoczynkowy organizacji Kraft durch Freude (Siła poprzez Radość). Według najbardziej optymistycznych szacunków długi na 4,5 kilometra moloch miał pomieścić 20 tys. turystów. Warto powiedzieć, że podobnie jak w Związku Sowieckim, turystyka w III Rzeszy stała się częścią państwowej ideologii i wygodnym narzędziem indoktrynacji.

Ośrodek nazistowski w Prora. Zdj. Wikimedia Commons / CC

Ośrodek nazistowski w Prora. Zdj. Wikimedia Commons / CC

Prora to miejsce upiorne – w ten sposób mówi mój kolega, który je w ubiegłym roku zwiedził i nie chce o nim więcej mówić. Może to wynik tego, że oglądał to miejsce wieczorem. Ja w Prorze byłem rano i muszę powiedzieć, że urzekła mnie… trwającą właśnie zmianą. Upiorne koszary enerdowskiego wojska zamienia się właśnie powoli w małe, ciche knajpki, powstał już hotel, lada moment będzie otwarty, zaś w centrum znajduje się duża wystawa historyczna, która unaocznia szał nazistowskiej ideologii. Szał i socjal. – Każdy robotnik zasługuje na to, by móc wypocząć nad morzem – głosili narodowi socjaliści. W starych pokojach każdy musiał mieć łóżko, szafkę i umywalkę. Toalety i prysznice były wspólne, na każdym piętrze. Zaplanowano kino, teatr, baseny, halę festiwalową. Z nazistowskich planów wyszły nici, a w czasie II wojny światowej w kompleksie zakwaterowano wojskowych.

Oglądam film w ciemnej salce, powoli dochodzą niemieccy i holenderscy turyści. Później niemiecki przewodnik zaprasza do gabinetu, gdzie znajduje się model przedwojennego ośrodka wczasowego i zaczyna swą opowieść. Po chwili odłączam się od grupy i idę na lokalną plażę. – Tak dziko i tak pięknie – chciałoby się powiedzieć. Głośny szum fal, sympatyczna holenderska para wchodzi na plażę z dziećmi i pieskiem. Cudowna zatoka. Proraer Bucht. Wnętrze kompleksu jest dziś ruiną. Chyba, że trafimy właśnie na te odnowione części. Po 1945 roku Prorę przejęło wojsko sowieckie, po 1956 roku enerdowskie i doprowadziło cały kompleks do ruiny.

Co jeszcze warto zobaczyć?

Gdy już nasycimy się rugijskimi kurortami, gdy odwiedzimy Putbus i Bergen auf Rügen, a także oddamy się podróży do przeszłości w Prorze, gdy już zajrzymy do domu Hauptmanna w Hiddensee, zostają jeszcze Stralsund i Greifswald, miasta położone nie na wyspie, ale całkiem blisko, po przeciwnej stronie. Stralsund to stare średniowieczne miasto, aż do 1938 roku stolica jednej z trzech rejencji składających się na niemieckie Pomorze. Greifswald – uniwersyteckie miasto. W Stralsundzie warto zwiedzić piękną i dużą starówkę, ze Starym i Nowym Rynkiem, placem ratuszowym, kościołem św. Marii i św. Mikołaja, klasztorem św. Jana, bramą miejską. Nad starówką czuwa obywatelski komitet „Rettet die Altstadt Stralsund”. Idąc z dworca na starówkę mijamy urokliwy Hotel Dworcowy, telepiemy się z walizką przez urokliwą uliczkę Jungfernstieg z pięknymi willami i pensjonatami, idziemy drogą przecinającą dwa miejskie stawy, po których płynie domagający się chleba łabędź. I już jesteśmy na staromiejskiej ulicy Heilgeiststrasse (Świętoduska). Tam zatrzymuję się w jednym z hoteli. Łóżko skrzypi, ale już planuję kolejną marszrutę po Rugii.

Kosze w Binz. Zdj. Tomasz Otocki

Kosze w Binz. Zdj. Tomasz Otocki

W Stralsundzie warto się udać do Oceanarium, Muzeum Morskiego, portu… W dzielnicy portowej trzeba zajrzeć do jednej z knajpek na fischbrötchen. Albo kawę z Jägermeister. Koniecznie w pasiastym, biało-czerwonym koszu plażowym. Na obiad zupa szparagowa oraz ryba z lokalnego połowu plus ziemniaczki z cebulą i skwarkami. Na deser lokalny marcepan stralsundzki. Dwadzieścia euro wyfrunęło z kieszeni, ale przecież są wakacje!

W Greifswaldzie jestem w pół godziny drogi od Stralsundu. Jadę Deutsche Bahn, niemiecką koleją. Nikt nie kontroluje biletów. Niedzielny luz. W starym uniwersyteckim mieście fotografuję się pod głównym gmachem uczelni, błądzę po starówce, idę w stronę teatru miejskiego, niestety nie czas na sztukę, może jesienią, jak przyjadę tu drugi raz. Obok teatru próbuję złapać autobus, by udać się do lokalnej mariny. Ale przykuwa mój wzrok ogłoszenie. – Nasza córka zgubiła, idąc do przedszkola, lalkę. Lalka ma dla nas ogromne znaczenie, to rodzinna pamiątka, dziecko jest niezmiernie przywiązane. Znaleźne: 50 euro. – Czy ktoś pomógł? Zaufanie mieszkańców do siebie jest tu wciąż duże, w Meklemburgii wciąż mieszkają sami swoi, mało tu imigrantów.

Zabiera mnie autobus do greifswaldzkiej mariny. Błądzi przez stare enerdowskie osiedle z takimi ciekawymi dla mojego ucha nazwami jak Tallinner Strasse czy Rigaer Strasse. W marinie obiad. I później wieczorem powrót pociągiem na Rugię. Do bielusieńkich domków Binz. W jednej z takich willi Am Klünderberg (willa Krakow) nocuję. Otwieram butelkę z sokiem z rokitnika, wznoszę lokalny rugijski toast. Powietrze jest rześkie, słychać gwar turystów, naprzemienne męskie i kobiece głosy, ktoś jeszcze spieszy na wieczorny spacer po molo, a ktoś jest umówiony na niemieckiego spritzera albo schorle. W telewizji kryzys uchodźczy, wojna w Syrii, jakiś zamach. Jak spokojnie, jak dobrze jest na Rugii w to lato.

Żegnaj, o Rugio, gdy Polak zdumiony…

(14 sierpnia 2016 r.)

Podróż do Rugii odbyłem w czerwcu 2016 roku. Ten reportaż jest jej plonem. W pisaniu tekstu bardzo pomógł mi mój kaszubski kolega Pioter Pałkòwsczi-Cëra, który podróżował po Meklemburgii-Pomorzu Przednim dokładnie rok wcześniej. Zamieściłem w tekście fragmenty jego wypowiedzi zaznaczone kursywą. Historię związków Polaków z Rugią udało się przedstawić dzięki:

  • Andrzej Zieliński, „Odwiedziny Rugii przez Polaków w XIX wieku”, Czasopismo Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, zeszyt 13, 2002, s. 77-92
  • Zbigniew Kosiorowski, „Mój ocean prawdziwy”, Szczecin 1985, s. 146-150
  • Wojciech Skóra, „Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Szczecinie w latach 1925-1939. Powstanie i działalność”, Słupsk 2001, s. 78-79, 108-109
  • Zbigniew Stankiewicz, „Dzieje wielkości i upadku Aleksandra Wielkopolskiego”, Warszawa 1967, s. 236
  • Janisław Osięgłowski, „Wyspa słowiańskich bogów”, Warszawa 1971, s. 282-308

Wskazówki

Jak dojechać: Na Rugię z Warszawy można dojechać w 13 godzin pociągiem, jeśli natrafimy na sprzyjający rozkład jazdy. Kupujemy bilet PKP do Szczecina (często z przesiadką w Poznaniu), później ze Szczecina całodniowy Mecklenburger Ticket za 25 euro, który zawiezie nas do Pasewalk, następnie przesiadka do pociągu jadącego z Berlina do Stralsundu, później trasa Stralsund-Binz. Ostatni odcinek trwa około godziny. Samochodem na Rugię trafimy odpowiednio szybciej. Kiedyś do Heringsdorf na wyspie Uznam latały samoloty, obecnie nie ma już takiej możliwości.

Zameczek w Granitz. Zdj. Wikimedia Commons / CC

Zameczek w Granitz. Zdj. Wikimedia Commons / CC

Ceny: wynajem kwatery na Rugii w sezonie to ok. 60-70 euro ze śniadaniem. W hotelach odpowiednio drożej (ok. 100 euro). Ceny w sklepach podobne jak w Polsce, choć nieco wyższe. Kawa czy piwo w kawiarni w takiej samej cenie jak w Szczecinie, obiady droższe o ok. 50%. Komunikacja droższa niż w Polsce, ale warto korzystać z promocji. Np. Bernsteinticket, kupowany w pociągu, kosztuje 16 euro i uprawnia do całodniowej komunikacji po Rugii (pociąg i autobusy), a także na terenie Stralsundu. Ciuchcia z molo w Binz do Granitz kosztuje 5 euro w obie strony. Rasender Roland w zależności od odległości – z Binz do Putbus 4 euro, z Göhren do Putbus – 10 euro. Są zniżki na bilety rodzinne (Familienkarte). Rugia reklamuje się hasłem: Eine Insel mit viel Bergen und prima Busverbindungen dazu (Wyspa z wieloma górami i dodatkowo super-połączeniami autobusowymi). Jest to prawda, między Sassnitz a Göhren autobusy kursują często i do późna wieczorem.

Jedzenie: europejskie i międzynarodowe. Albo trafiamy na tradycyjną kuchnię pomorską czy meklemburską (zupy, różnego rodzaje ryby, sznycle, pieczeń na miodzie z suszonymi owocami, sałatka kartoflana) albo na światową (kebab, chińszczyzna). W Sellin jest dobra knajpa czeska. Na każdym kroku na wiosnę były truskawki i szparagi. Koniecznie spróbować trzeba fischbrötchen. Jedna bułka, z rybami, sałatą i cebulką, kosztuje ok. 2,50-3,00 euro. Dwie bułki są sycące i spokojnie starczą na mały obiad lub kolację.

Zakupy: można robić w supermarketach albo małych sklepach na wyspie. Uwaga: o ile na polskim Pomorzu na każdym kroku natrafiamy na spożywczak czynny do 23:00, to  sklepy na Rugii otwarte są maksymalnie do godz. 20:00. W sobotę i niedzielę odpowiednio krócej. Może być tak, że już wieczorem nie nabędziemy nawet wody mineralnej, o którą trzeba się będzie dopytywać w restauracji lub kawiarni. Zresztą wiele knajp, nawet w często odwiedzanym Binz, zamyka się stosunkowo wcześniej.

Pamiątki: Oprócz muszelek i tradycyjnych dla Pomorza bibelotów, pocztówek, koniecznie trzeba przywieźć Sanddornlikör, czyli likier z rokitnika. Można podawać na zimno albo na gorąco (Sanddorngrog). Cena 5-10 euro, w zależności od butelki. Oprócz tego herbatki z rokitnika, cukierki, mydło. W Stralsundzie kupimy marcepan stralsundzki (główna kwatera: Hotel am Jungfernstieg). W parku narodowym Jasmund na Königsstuhl można nabyć wyroby z kredy (kosmetyki).

 

Zdjęcie tytułowe: 

Polub nas na Facebooku!