Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Marsz Pamięci w Malatach

Setki ludzi z różnych stron nie tylko Litwy, ale i świata. W tłumie mieszają się języki: słychać litewski, angielski, rosyjski, polski, hebrajski… Wiele osób niesie flagi Izraela, ale są też flagi litewskie i polskie. Przed siedzibą miejscowych władz dumnie powiewa flaga Państwa Izrael obok trójkolorowej flagi litewskiej oraz flag Unii Europejskiej i rejonu. Malaty chyba nie widziały do tej pory tylu gości z kraju i zagranicy. Jakie święto przyciągnęło tak wielkie tłumy?

Okazja do zgromadzenia nie jest radosna. 75 lat temu w tym samym mieście, w Malatach (lit. Molėtai, jid. Malat) koło Uciany, wymordowano niemal wszystkich miejscowych Żydów. Był 29 sierpnia 1941 roku. Litwa od ponad dwóch miesięcy była okupowana przez hitlerowskie Niemcy. Mord zaplanowany przez okupantów, będący tylko niewielkim elementem w ogromnej machinie tzw. „ostatecznego rozwiązania” wykonali miejscowi litewscy kolaboranci.

Żydzi w Malatach

Jaki dokładnie był przebieg tamtych wydarzeń? W internecie od paru lat działa projekt „Atlas Holocaustu na Litwie”, zainicjowany przez Państwowe Muzeum Żydowskie im. Gaona Wileńskiego oraz Austriacką Służbę Pamięci (Gedenkdienst). Można tam zapoznać się ze szczegółowymi informacjami na temat poszczególnych miejsc kaźni litewskich Żydów. Oto co podaje strona projektu na temat zbrodni malackiej: 

Naczelnik policji Valiukonis polecił ok. 40 ludziom przyjechać na miejsce w noc przed masowym mordem. Ludzie ci zostali zaprowadzeni ok. kilometra poza miasto na pole zlokalizowane między dwiema drogami prowadzącymi z Malatów do Giedrojciów i do Widziniszek. Naczelnik policji rozkazał im wykopać rów długi na 50 metrów, szeroki na 3-4 metry i głęboki na 4 metry. Nadzorowali ich miejscowi milicjanci (w oryginale „białe opaski” – znakiem rozpoznawczym litewskich formacji kolaboracyjnych były białe opaski na ramionach – przyp. aut.). W dniu zbrodni, 29 sierpnia 1941 roku, oddziałowi milicji rozkazano stawić się w komendzie. Zgłosiło się ok. 20. Niemiecki oficer, za pośrednictwem tłumacza, poinformował ich, że tego samego dnia rozstrzelają Żydów. Milicjanci udali się do synagog. Najpierw zabrano mężczyzn od 16 do 45 roku życia. Zostali ustawieni w kolumnę (ok. 180 osób). Pomaszerowali do rowu, gdzie rozkazano im rozebrać się do bielizny i wejść do rowu. Kazano im położyć się, a milicjanci zastrzelili ich na rozkaz niemieckiego oficera. Według grupy świadków na miejsce zbrodni sprowadzono trzy kolumny ludzi, inna grupa mówi o czterech lub pięciu kolumnach. Masakra Żydów trwała cztery lub pięć godzin. Dokładna liczba zabitych nie jest znana. Raport Jägera (raport dowódcy Einsatzkommando 3 Karla Jägera z 1 grudnia 1941 roku z wykonanych likwidacji ludności żydowskiej na terenie Litwy – przyp. aut.) mówi o 3 982 Żydów zamordowanych 29 sierpnia 1941 roku w Malatach i Ucianie, nie precyzuje jednak liczby ofiar w poszczególnych miastach. Według relacji naocznych świadków w Malatach zamordowano od 700 do 1 200 żydowskich mężczyzn, kobiet i dzieci. 

W dniu uroczystości w mediach można znaleźć dokładniejsze dane: ponad 2 tysiące zamordowanych – 700 dorosłych i 1469 dzieci. Niemal cała żydowska społeczność Malatów zniknęła w ciągu jednego dnia, w ciągu zaledwie kilku godzin…

Znikły resztki ostatnie, żydowskie łachmany,

Krew piaskiem przysypano, ślady uprzątnięto

I wapnem sinym czysto wybielono ściany

Jak po zarazie jakiejś lub na wielkie święto. 

Historia żydowskiej społeczności w Malatach sięga XVIII wieku, a już pod koniec kolejnego stulecia Żydzi stanowili 80 proc. mieszkańców miasteczka. Także pod koniec XIX wieku malaccy Żydzi zaczęli emigrować: do Ameryki, Afryki Południowej, do Palestyny. Emigranci i ich potomkowie wspierali swych rodaków, którzy pozostali w Malatach. W czasach niepodległej Litwy (1918-1940) w miasteczku żydowskie życie kwitło, Żydzi trudnili się krawiectwem, piekarstwem, rzeźnictwem, działały żydowskie szkoły, organizacje społeczne, kluby sportowe… Według litewskiego spisu powszechnego z 1923 roku na ponad 1 700 mieszkańców Malatów ok. 1 300 było Żydami.

Wojna i okupacja przyniosła kres żydowskiej historii Malatów, tak jak stało się w innych miasteczkach Litwy. I tak jak dokonało się to w całej okupowanej przez Niemców Europie. Niewielu spośród malackich Żydów udało się uratować. Dla litewskich Żydów wybawieniem okazało się to, co było największą narodową tragedią dla Litwinów – masowe wywózki, które Sowieci zdążyli przeprowadzić tuż przed wkroczeniem Niemców w czerwcu 1941 roku. Wojnę przeżyli ci Żydzi, którzy zostali wywiezieni na Sybir (choć wielu zmarło z głodu i wycieńczenia także tam), ci którzy uciekali z gett do leśnych oddziałów partyzanckich, ci którzy walczyli w szeregach Armii Czerwonej.

Mówi się, że człowiek umiera dwa razy: pierwszy raz – w chwili śmierci, drugi – gdy ginie o nim pamięć. O pomordowanych w Malatach pamięć nie zginęła, bo zachowali ją ci, którym udało się ocaleć, ich bliscy, krewni i potomkowie. Jeden z organizatorów dzisiejszego marszu, Tzvi Kritzer, którego rodzina także została zamordowana, przypominał w czasie uroczystości, że każdego roku, w rocznicę zbrodni, z Wilna wyruszał do Malatów mały autobus z rodzinami ofiar.

Marius Ivaškevičius

Marius Ivaškevičius

Tablica pamiątkowa wystawiona w miejscu mordu przez lata niszczała. Obok miejsca, w którym przelana została krew malackich Żydów działało przedsiębiorstwo budowlane, lądował tu złom i śmieci, przesiadywali pijacy. Nie było chętnych, by zatroszczyć się, by utrzymać to miejsce w ładzie i czystości, tak by godnie świadczyło o dokonanej tu rzezi. Ten smutny widok wstrząsnął sumieniem jednego z najbardziej znanych dziś na Litwie malacian – pisarza i dramaturga Mariusa Ivaškevičiusa.

„Widziałem mnóstwo podobnych miejsc na rosyjskiej i ukraińskiej prowincji, ale tam i całe tło jest podobne: upadek, rozpad, zniszczenie” – pisał Ivaškevičius w opublikowanym w maju tego roku na portalu „Delfi” eseju pt. „Żydzi. Przekleństwo Litwy”. – „Ale Malatów nie można w żadnym razie nazwać pozostałościami sowieckiej zgnilizny, miasto z każdym rokiem pięknieje, europeizuje się, układa się ścieżki rowerowe, szlaki turystyczne wokół jezior, pojawiają się korty tenisowe, nowe supermarkety i tylko tam, gdzie leżą Żydzi panuje martwa cisza”.

Być może rocznicowe uroczystości wyglądałyby podobnie jak wiele wcześniejszych, gdyby nie apel pisarza. Poruszony zbiorową litewską amnezją Ivaškevičius wezwał wszystkich nieobojętnych, aby w rocznicę zbrodni przyjechali do Malatów i wspólnie z rodzinami ofiar przeszli tą samą drogą, którą 75 lat wcześniej szli zamordowani – około półtora kilometra od miejsca, w którym stała niegdyś synagoga, w dół ulicy Wileńskiej, na przedmieścia, do wspólnej, zbiorowej mogiły. „Niczego innego nie trzeba robić, tylko iść, razem z naszymi Żydami” – pisał Ivaškevičius.

Nasi

Ilekroć na Litwie wraca temat Zagłady i współuczestnictwa w niej mieszkańców Litwy, otwierają się bolesne rany. Dla Litwinów, którzy wskutek nazistowskich i sowieckich prześladowań czują się ofiarami obu totalitaryzmów nadal nie jest łatwo pogodzić się z tym, że byli także sprawcami. Czy – inaczej mówiąc – że WŚRÓD NICH byli również sprawcy. Powiedzieć jednak, że Litwa całkowicie zatraciła o tym pamięć byłoby niesprawiedliwe.

Mało kto dziś pamięta, że nieżyjący już prezydent Algirdas Brazauskas jeszcze w 1995 roku w przemówieniu w Knessecie przepraszał za rolę, jaką w Holocauście odegrali jego rodacy. Nie wszystkich ten gest zadowolił – środowiska żydowskie podkreślały, że to za mało, że trzeba przestać honorować tych, którzy mordowali, nawet jeśli w innym momencie walczyli o wolność Litwy. Nie wszystkim się też spodobał – na Litwie nie brak i takich, którzy uważają, że nie ma za co przepraszać, nie ma za co się kajać.

Rozliczanie się z przeszłością jest dla Litwinów tym trudniejsze, że nieraz cień zbrodni pada na ludzi otoczonych nimbem bohaterstwa. W czasie II wojny światowej (i wkrótce po niej) Litwini dwukrotnie podnosili broń przeciwko Sowietom: w czerwcu 1941 roku – już po niemieckim ataku na ZSRS – i po ponownym wkroczeniu Armii Czerwonej trzy lata później. Zbrojny opór trwał do lat 50. Uczestnicy tamtych walk weszli do narodowej mitologii jako niezłomni obrońcy niepodległości.

Litwini chcieliby wierzyć, że wszyscy powstańcy z czerwca 1941 roku i późniejsi partyzanci „zachowali się, jak trzeba”. Ale jest faktem, że wśród nich byli także ci, którzy w czasie niemieckiej okupacji założyli białe opaski, pilnowali transportów, czy tak jak w Malatach – byli bezpośrednimi wykonawcami. Byli też politycy, działacze, którzy kierowali ruchem konspiracyjnym, ale nie stronili przy tym od antysemickich haseł. Czy oni także powinni być dziś w panteonie bohaterów?

Apel Ivaškevičiusa wygłoszony został w szczególnym momencie: na Litwie trwała gorąca dyskusja wokół wydanej z początkiem roku książki „Mūsiškiai” autorstwa dziennikarki Rūty Vanagaitė. Autorka przekopała archiwa, zjeździła Litwę poszukując miejsc kaźni Żydów, poszukując świadków, ale i uczestników. „Mūsiškiai” to znaczy „nasi”, czyli sprawcy zbrodni. „Nasi” – nie obcy, tylko nasi sąsiedzi, krewni, znajomi.

W pracy nad książką towarzyszył Vanagaitė Efraim Zuroff, dyrektor jerozolimskiego biura Centrum Szymona Wiesenthala, zajmującego się m.in. poszukiwaniem żyjących sprawców zbrodni nazistowskich. Niektórzy nazywają Zuroffa „najbardziej znienawidzonym człowiekiem na Litwie”. Przesadzają. Ale to, że Zuroff nieustannie wzywa Litwinów do rozliczeń, do wskazywania winnych i do zaprzestania czczenia sprawców, nie wszystkim się podoba.

„Efraim miał nieco przegięte pojęcie o mordach, uważał, że naprawdę wszyscy Litwini mordowali Żydów albo nie mieli nic przeciwko zbrodni” – tłumaczyła Vanagaitė w wywiadzie, jakiego udzieliła niedawno Marcinowi Kąckiemu z „Gazety Wyborczej”. – „Podczas pracy nad książką zrozumiał, że wśród nas byli porządni ludzie, nabrał do nas szacunku, choć Litwa to dla niego trauma osobista: jego rodzina została zamordowana w Ponarach”.

My

Wśród Litwinów byli porządni ludzie. To prawda. Litewskim Sprawiedliwym Wśród Narodów Świata, którzy z narażeniem życia swego i swoich rodzin ratowali Żydów należna jest pamięć tak samo, jak ofiarom Zagłady. Instytut Yad Vashem zna nazwiska prawie 900 mieszkańców Litwy, którzy w czasie wojny ratowali Żydów. Jak na nieliczny litewski naród to naprawdę wiele.

Wielu – także mnie – poruszył tekst Mariusa Ivaškevičiusa. Wielu – tak jak ja – pomyślało: „Powinienem, muszę tam być”. Niektórzy jednak wątpili, inni pytali, o co temu Ivaškevičiusowi chodzi – może sam jest Żydem? „Nie jestem Żydem” – odpowiedział w kolejnym tekście – „Jestem Litwinem i wiem, że my możemy to zrobić – pokazać swą siłę i jedność. Przyznać się do błędów, a nawet zbrodni – to właśnie jest przejawem siły, a nie słabości”.

W artykule na portalu Delfi, który ukazał się na kilka dni przed rocznicą, Ivaškevičius zachęcał ostatnich niezdecydowanych: „Pójdziemy do tych, którzy czekają na nas trzy czwarte wieku. Wierzę, że umierając wiedzieli jednak, że przyjdzie taki dzień i Litwa zwróci się ku nim. I wtedy oni wrócą do niej. Bowiem Litwa – to był ich dom, jedyny dom i innego nie mieli”.

Marsz pamięci

Malaty, 29 sierpnia, dochodzi godzina 16. W miejscu, gdzie stały kiedyś synagogi, skąd 75 lat temu wyruszył marsz śmierci, a dziś ruszy marsz życia, gęstnieje tłum. Rozpoznaję twarze znane z mediów, ale i znajomych. Są Polacy z Polskiego Klubu Dyskusyjnego z Wilna z biało-czerwonym flagami. Dostrzegam Rūtę Vanagaitė i Efraima Zuroffa. Zatrzymuję się, by zamienić parę słów z Mariusem Ivaškevičiusem. Muszę mu podziękować – nie było by mnie tu, gdyby nie jego tekst.

Uroczystość prowadzi Arkadijus Vinokuras, litewski Żyd, aktor, dziennikarz, emigrant polityczny, przed laty uciekał z Litwy przed prześladowaniami ze strony sowieckich władz, mieszkał w Izraelu i Szwecji. Jego rodzina także zginęła w Zagładzie. „Niech ci, którym trudno jest stać, usiądą na krzesłach” – zachęca. Przed sceną, z której za chwilę wygłaszane będą przemówienia stoi parę rzędów krzeseł. Siadają na nich najstarsi uczestnicy uroczystości. Niektórzy z nich pamiętają jeszcze tamte Malaty i tamtą – żydowską Litwę.

Jako pierwszy zabiera głos mer Malatów, Stasys Žvinys. To, że dziś ci wszyscy ludzie zebrali się w tym miejscu, jest w jakimś stopniu również jego zasługą. Padają ważne słowa: mer mówi o historii miasteczka i o udziale w niej jej żydowskich mieszkańców. Mówi o tym, że zbrodnia 29 sierpnia 1941 roku została dokonana rękoma Litwinów. Ale zaraz potem mer zaznacza, że wśród Litwinów wielu było też takich, którzy ratowali swych żydowskich braci i współobywateli. Przypomina o litewskich Sprawiedliwych.

„Z powodu tej zbrodni winniśmy błagać o przebaczenie cienie zmarłych i ich rodziny. Dlatego też dzisiaj, (…), przepraszam” – Te słowa nie padły jednak w Malatach. Wypowiedział je w 2001 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski w Jedwabnem. Czy powinny paść tutaj? W czasie przemówienia mera gdzieś w tłumie słychać kąśliwe komentarze („Wystarczyłoby po prostu powiedzieć: przepraszam”). Ale nie czas na rozliczenia. Wystąpienie mera zostaje przyjęte oklaskami.

Miejsce mera na scenie zajmuje teraz jeden z organizatorów – Tzvi Kritzer. W jamie na obrzeżach miasta leżą prochy jego krewnych. Z całej rodziny z Zagłady uratował się jedynie jego ojciec. „Kiedy półtora roku temu postanowiliśmy zorganizować ten marsz, myśleliśmy że będzie nas tutaj ledwie garstka. A dziś – spójrzmy jak wielu nas jest. Nasi bliscy nie zostali zapomniani” – mówi Kritzer. Dziś nie jest to już, jak dawniej, jeden mały autobus z Wilna, ale ludzie z różnych stron świata, różnych narodowości, różnych wyznań. Na zakończenie Kritzer wymienia nazwiska litewskich Sprawiedliwych.

Do mikrofonu pochodzi Faina Kukliansky, przewodnicząca Litewskiej Wspólnoty Żydów. Cytuje także obecną na uroczystości, ocaloną z kowieńskiego getta, znaną i cenioną historyk literatury, Irenę Veisaitė: „Dzisiejszy dzień jest dla mnie wielkim świętem: tragedia narodu żydowskiego została uznana za tragedię całego narodu litewskiego”. Kukliansky każe słuchającym pomyśleć o tym, jak mogłaby wyglądać Litwa, gdyby nie Zagłada. Przypomina, że to nie tylko Malaty, że takich miast i miasteczek było wiele, wiele więcej.

Jako ostatni zabiera głos ambasador Izraela Amir Maimon: „Stoimy w miejscu, które przed wojną było pełne życia, żydowskiego życia…” Przypomina dawne Malaty, sprzed Zagłady, rozkwitające życiem lokalnej żydowskiej społeczności. „Jest naszym wspólnym moralnym obowiązkiem, aby nazwiska pomordowanych pozostały nie tylko na cmentarzu. Niech to dziedzictwo powróci do centrum miasta” – takim apelem kończy swoje wystąpienie.

Kończą się oficjalne przemowy. Ulicą Wileńską, główną ulicą Malatów, w stronę miejsca zbrodni rusza nieprzebrany tłum ludzi. Ilu nas jest? Urząd miasta poda później liczbę dwóch tysięcy. Są starzy i młodzi, kobiety, dzieci, to rodziny, krewni, bliscy pomordowanych. Przyjechali z całego świata, z Rosji, USA, RPA, Izraela. Przyjechali pokłonić się swoim ojcom, matkom, dziadkom, babciom… Ale słychać też język litewski, Litwinów w tłumie są setki. Są mieszkańcy Malatów i przybyli z innych stron kraju, politycy z lewicy i prawicy, jest prof. Vytautas Landsbergis, pierwszy przewodniczący Sejmu niepodległej Litwy, są znani dziennikarze, twórcy i intelektualiści, ale i zwykli ludzie, którym sumienie kazało być dziś w tym miejscu, są katoliccy duchowni…

Wśród maszerujących dostrzegam także pastora litewskiego kościoła reformowanego Tomasa Šernasa. On jednak nie może iść o własnych siłach, jest sparaliżowany, porusza się na wózku inwalidzkim. 25 lat temu pracował jako celnik, został postrzelony przez sowiecki OMON w ataku na litewski posterunek graniczny. Jest jedynym, który ocalał żywy z tego napadu. Jego obecność tutaj – obecność litewskiej ofiary sowieckiego terroru – to coś więcej niż symbol.

Polana w cieniu drzew

Leonas Kaplanas

Leonas Kaplanas

Dochodzimy wreszcie do celu naszego pochodu. Polana w cieniu drzew, w tym miejscu, w tym dole rozegrała się ta tragedia. A dziś w tym miejscu odsłonięty zostanie nowy pomnik upamiętniający tę tragedię. Milkną rozmowy, zapada cisza. Głos zabiera pianista i przedsiębiorca Leonas Kaplanas. Tu spoczywa stu jego krewnych. Tu jest mniej oficjalnie niż we wcześniejszych przemówieniach. Tu są żywe emocje. Leonas Kaplanas nie kryje łez.

„Czego chcą tutaj ci Żydzi? Jaki mają tutaj interes?” – Kaplanas cytuje pytania tych, którzy nadal nie rozumieją sensu dzisiejszego wydarzenia. I odpowiada: „Chciałbym mieć dziadków, babcie, wujków, ciocie, kuzynów, oglądać ich zdjęcia w rodzinnym albumie, słuchać jak śpiewają piosenki i opowiadają żarty, dawać i dostawać prezenty, chciałbym przeczytać spalone książki. Czy to tak wiele?”

W imieniu całej społeczności malackich Żydów, w imieniu tych zamordowanych Kaplanas apeluje: nie chcemy, aby ulice nosiły imiona morderców, chcemy aby w ich miejsce pojawiły się imiona Sprawiedliwych, tych którzy nie tylko ratowali ludzkie życie, ale ratowali sumienie litewskiego narodu. Chcemy aby Litwa była dla innych przykładem, jak rozliczać się ze swojej przeszłości. Niech powstanie pomnik Sprawiedliwych, abyśmy mogli złożyć tam kwiaty i zapalić znicze. „Chcę, aby już nie było »naszych« i »waszych«, ale abyśmy byli »my« – mówi na koniec Kaplanas.

Brzmi śpiew kantora, po nim naczelny rabin Wilna Kalev Krelin odmawia kadisz. Leonas Kaplanas rozsypuje przed pomnikiem ziemię przywiezioną z Izraela. Zebrani, przy dźwiękach skrzypiec intonują hymn Państwa Izrael: Hatikvah czyli „nadzieja”:

Nadzieja nasza nie zginie,

Wszak dwa tysiące lat przetrwała

Takich miast i miasteczek jest na Litwie wiele. Ale nie jest tak, że o innych się nie pamięta. Dzień po marszu w Malatach podobna uroczystość miała miejsce w Szadowie na Żmudzi. Tam, także pod koniec sierpnia 1941 roku, wymordowano prawie 700 Żydów. Sprawcami także byli litewscy kolaboranci. W 75. rocznicę mordu hołd ofiarom oddał premier Litwy Algirdas Butkevičius. I tutaj razem były rodziny, oficjalne delegacje i zwykli ludzie dobrej woli.

Uroczystości powoli dobiegają końca. Poszczególne grupy rozchodzą się, na parkingu czekają autokary, przewodnicy zwołują podopiecznych. Na pomniku pojawiają się kolejne kamienie, jest izraelska flaga. Rodziny robią sobie zdjęcia. W cieniu drzew modli się wraz z rabinem grupa starszych Żydów. Jeszcze chwilę temu były łzy, było poczucie ogromnej straty, której w żaden sposób nie da się wypełnić. „Tak bardzo chce się wierzyć, że będzie to jasny, słoneczny dzień pod koniec lata. 29 sierpnia. Dzień, w którym dokonało się pojednanie” – pisał przed paroma miesiącami Marius Ivaškevičius.

Czy się mylił?

 

Malaty, 29 sierpnia 2016 roku

 

 

Organizatorem Marszu Pamięci w Malatach była Malat Memory Foundation, której założycielami są potomkowie malackich Żydów: Tzvi Kritzer i Leonas Kaplanas. W dniu Marszu hołd pomordowanym w oddzielnej ceremonii oddała prezydent Litwy Dalia Grybauskaitė.

W tekście wykorzystałem informacje zawarte na stronach Holocaustatlasas.lt (wspólny projekt Państwowego Muzeum Żydowskiego im. Gaona Wileńskiego oraz Austriackiej Służby Pamięci), Moletaiproject.com (oficjalna strona Marszu Pamięci 29 sierpnia), fragment wiersza „Elegia miasteczek żydowskich” Antoniego Słonimskiego oraz hymnu Państwa Izrael „Hatikvah” w tłumaczeniu Szoszany Raczyńskiej.

 

Autorem wszystkich zdjęć jest Dominik Wilczewski.

Polub nas na Facebooku!