Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Nie z Akcji, ale w akcji. Polacy na listach partii litewskich

Artur Płokszto, Medard Czobot czy Aleksander Popławski. Nazwiska tych polityków wiele mówiły polskiemu elektoratowi w latach dziewięćdziesiątych. Gdy Akcja Wyborcza Polaków na Litwie jeszcze nie okrzepła, to właśnie oni reprezentowali społeczność polską w Sejmie. Wybrani z list partii litewskich. Polskich kandydatów było pełno wśród litewskich ugrupowań. Parę lat temu coś się w krajowej polityce jednak zmieniło. Czy nieliczni Polacy na listach partii litewskich mają szansę na elekcję?

Przeczytaj także:  Sakson: nie przypiąłbym wstążeczki georgijewskiej

Polska partia zaczęła w wyborach święcić triumfy, cztery lata temu udało jej się po raz pierwszy przekroczyć obowiązujący na Litwie, także dla mniejszości narodowych, próg wyborczy. I politykom litewskim przestało zależeć na elektoracie polskim. Zarówno w poprzednich, jak i obecnych wyborach parlamentarnych, ciężko na listach litewskich partii znaleźć rosyjskich czy polskich kandydatów. Litewscy politycy oddają to pole walkowerem Waldemarowi Tomaszewskiemu. Siostry Mackiewicz, polska frakcja przy Związku Wolności Litwy albo paru polskich kandydatów na listach partii lewicowych wierzą jednak w swój sukces w wyborczą niedzielę. Na ile w sposób uzasadniony?

Kto był pierwszy

Zygmunt Klonowski. Ta postać nie jest dla litewskich Polaków „no name”. Inżynier, przedsiębiorca, społecznik, wydawca „Kuriera Wileńskiego”, wciąż najpopularniejszej polskiej gazety na Litwie, oraz ojciec znanych w środowisku polskim młodych działaczy w zeszłym roku postanowił przełamać niepisaną od paru lat zasadę w litewskiej polityce, że Polacy raczej działają w Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. W październiku 2015 roku wstąpił do Litewskiego Związku Wolności Artūrasa Zuokasa. Wraz z Romanem Goreckim-Mickiewiczem, potomkiem Wieszcza, i Stanisławem Tarasiewiczem, znanym polskim dziennikarzem, założyli Polską Frakcję przy tej liberalno-chadeckiej partii nawiązującej do dorobku prezydentury Valdasa Adamkusa. – Zdrajca, za ile go kupili? – napisał ten czy inny krewki internauta na forum „Kuriera Wileńskiego”. Internetowi kmicice z oburzeniem ruszyli do ofensywy. Intencja Klonowskiego była jednak jasna. Skoro Tomaszewskiemu od lat głoszącemu potrzebę rozwiązania polskich postulatów takich jak oryginalna pisownia polskich nazwisk, dwujęzyczne tabliczki na Wileńszczyźnie, przychylniejsze Polakom prawo oświatowe, nie udaje się przekonać litewskich partii, co więcej, jakby złośliwie odrzucają one a priori wszystkie inicjatywy zgłoszone przez polską partię, może zatem Polacy powinni wyrąbać swoje okno na świat, przystępując do litewskich partii politycznych?

Klonowski powołał Polską Frakcję przy Związku Wolności Litwy Zuokasa. Akurat ten litewski polityk nie kojarzy się wcale źle Polakom. Za jego rządów w Wilnie polska partia była w koalicji rządzącej, a sam burmistrz Wilna oddał polską oświatę w pacht Akcji Wyborczej Polaków. W drugiej turze wyborów samorządowych w marcu 2015 roku polscy wyborcy postawili krzyżyk raczej przy kandydaturze Zuokasa, a nie obecnego mera Remigijusa Šimašiusa. Zuokas nigdy też nie zasłynął antypolskimi wypowiedziami, jak miało to w zwyczaju paru innych prawicowych polityków. Akurat nie sam Šimašius, ale wielu jego kolegów z kubiliusowej koalicji.

***

Zaraz, coś nie tak. Zaglądam do swoich litewskich notatek. Pierwszy nie był Zygmunt Klonowski, a pewna młoda polska działaczka Renata Underis. Liberałka. To ona zasłynęła w 2014 roku w Internecie ostrymi wypowiedziami pod adresem Waldemara Tomaszewskiego, któremu dostało się za noszenie georgijewskiej wstążeczki i promoskiewskość. Underis znajdowała jednak także gorzkie słowa dla litewskiej klasy politycznej, która gremialnie spisała polską społeczność na Litwie na straty. – Wejście do Ruchu Liberałów to taki spontaniczny odruch, reakcja na zaistniałą niezręczną sytuację polsko-litewską. Moim głównym celem jest zwrócenie uwagi osób młodego pokolenia (i nie tylko) na fakt, że pochodzenie i poglądy polityczne nie zawsze idą w parze. Jak też chciałam pokazać Litwinom inną, małomówną stronę litewskich Polaków, która dzisiaj czuje się dobrze na Litwie, kocha swoją Ojczyznę, szanuje jej prawo, obywateli i symbole, chce zgody obojga narodów i przy tym mówi po polsku, pamięta o swoim pochodzeniu i pielęgnuje tradycje polskie im przekazane – mówiła w lipcu 2014 roku Programowi Bałtyckiemu Radia Wnet.

Przeczytaj także:  Vaisbrodas: Ruch Liberałów musi odzyskać zaufanie wyborców

Underis po nieudanym starcie w wyborach samorządowych szybko wycofała się jednak z polityki. – Duża szkoda, nie powinna była robić tego tak szybko, porażki się zdarzają – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu Julia Mackiewicz, polska następczyni Renaty w Ruchu Liberałów. Teraz wraz z siostrą Edytą, ta była radna Solecznik, w latach 2015-2016 jedyna w gruncie rzeczy przedstawicielka lokalnej opozycji wobec solecznickiej Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, walczy o to, by Ruch Liberałów mienił się nie tylko flagą trikolor, ale także był jakąś opcją dla biało-czerwonych. Dostała 18. miejsce na liście krajowej i okręg Ponary. Sami oceńcie, czy jest to poważna propozycja litewskiej partii dla młodej, ambitnej Polki.

W gościnie u Polskiej Frakcji

Z ulicy Algirdo zabiera mnie samochodem oklejonym partyjną reklamą Związku Wolności Litwy Rajmund Klonowski, najstarszy syn pana Zygmunta. – Nie Algirdo, a Piłsudskiego – poprawia mnie ten młody założyciel Wileńskiej Młodzieży Patriotycznej. Jeszcze przez moment tak żartujemy w samochodzie i już za jakiś czas trafiamy do redakcji „Kuriera Wileńskiego”. Mieści się w tym samym rewirze co warsztat samochodowy należący do inżyniera Klonowskiego. Jednocześnie wydawcy tej polskiej gazety.

Polska Frakcja przy partii LLS. Zdj. Tomasz Otocki

Polska Frakcja przy partii LLS. Zdj. Tomasz Otocki

Pan Zygmunt zebrał na poranną kawę i spotkanie z polskim dziennikarzem prawie wszystkich polskich kandydatów Litewskiego Związku Wolności. Jest obecna Halina Borawska, wieloletnia nauczycielka języka rosyjskiego i działaczka samorządowa, inżynier Stanisław Olszewski, przedsiębiorca Józef Rutkowski. Zabrakło tylko młodego absolwenta Uniwersytetu w Białymstoku (filia Wilno) Mirosława Suckiela. To całe towarzystwo hurtem kandyduje z listy partii Zuokasa w niedzielnych wyborach. Pytam o miejsca, które dostali na listach. – Od 68 do 72-ego na liście krajowej – odpowiada mi Zygmunt Klonowski, który jest także kandydatem w okręgu Nowa Wilejka, najmniej litewskim okręgu w Wilnie. Gdzie z ramienia AWPL kandyduje posłanka Wanda Krawczonok. – Oferowano mi indywidualnie wysokie miejsce na liście Zuokasa, ale woleliśmy startować wszyscy razem po kolei jako przedstawiciele polskiej frakcji – w ten sposób Zygmunt Klonowski odpowie Małgorzacie Kozicz z Radia znad Wilii na pytanie, dlaczego miejsca na liście Zuokasa są tak słabe.

Polska frakcja liczy około 20 członków w Wilnie i rejonie wileńskim. Łączy nas to, że jesteśmy Polakami. Nasze powstanie było odpowiedzią na to, że wyłoniły się różne komitety mniejszości narodowych w innych partiach, a nasze polskie interesy mocno różnią się od problemów rosyjskich czy tatarskich. Zależy nam, by zmienić stosunek litewskiej opinii publicznej do Polaków. Nie każda partia litewska odważyłaby się na taką frakcję – mówi mi Zygmunt Klonowski. – Ze strony Zuokasa to było pewne ryzyko, ale ktoś, kto zetknął się ze środowiskiem polskim, nie boi się już nas – uśmiecha się wydawca „Kuriera Wileńskiego”.

W Polskiej Frakcji słyszę dużo narzekań na Waldemara Tomaszewskiego. – Obie strony są zaciekawione tym, by konflikt trwał wieczność – wykłada mi swoje credo Zygmunt Klonowski. Zuokasa nie może się nachwalić. – Jedyny mer, który miał wizję, opracował strategiczny plan rozwoju, dzięki niemu mamy wieżowce po drugiej stronie rzeki, zasługa Zuokasa to także budowa obwodnicy, inaczej miasto byłoby zatkane – wylicza inżynier Klonowski. O obecnym merze Šimašiusie już tak wiele dobrych słów powiedzieć nie może. – Sympatyczny młody człowiek, dużo obiecuje, ale między Bogiem a prawdą zero kompetencji. Postępuje cynicznie ze szkołą na Antokolu. A teraz ta dziecinada, szoł z powieszeniem jednej polskiej tabliczki przy ul. Warszawskiej. Šimašius miał szansę dużo zmienić w sprawach polskiej mniejszości jako minister sprawiedliwości, nie zrobił nic – mówi lider Polskiej Frakcji, zaraz dodając, że miał zaproszenie do działania w polityce także od Šimašiusa, ale świadomie wybrał Zuokasa.

Dopytuję Klonowskiego dlaczego nie rozważał członkostwa w partii Waldemara Tomaszewskiego. – Kadrowe podejście, obecna AWPL to partia wodzowska, inni nie mają nic do powiedzenia, dla mnie jest to nie do przyjęcia – wykłada swój stosunek do polskiej partii. Zuokas też ma silny autorytet, ale więcej można zrobić w Litewskim Związku Wolności.

Wreszcie trafiamy na konik Zygmunta Klonowskiego. Prorosyjskość. – Rosyjska propaganda jest tu na Litwie bardzo dużym zagrożeniem, robi kaszę z mózgu, zwłaszcza po zajęciu Krymu – mówi. A Tomaszewski jest promoskiewskim politykiem. Ech, żeby tylko to. – Co AWPL zrobiła dla polskiego środowiska przez dwa lata rządów? – teraz to Klonowski dopytuje mnie. Narzeka na brak kompetencji polskich polityków. Ciepłe słowa znajduje za to wobec ministra energetyki Jarosława Niewierowicza, który w 2014 roku został zdymisjonowany z powodu Renaty Cytackiej. Mimo tych wszystkich słów wydawca „Kuriera Wileńskiego” wyobraża sobie po wyborach koalicję z AWPL. Bo partia Zuokasa jest partią pragmatyczną. Nie bardzo za to z partią Šimašiusa.

Jeszcze jednej rzeczy Zygmunt Klonowski jest pewny. Polskie problemy muszą być rozwiązane w Wilnie, a nie w Warszawie. Groźne pomruki z Polski niewiele pomogą. Zwłaszcza, że polska strona chce słuchać jedynie Waldemara Tomaszewskiego. A już zupełnie nie do przyjęcia są takie wypowiedzi, że na Białorusi Polakom jest lepiej niż na Litwie.

Do Polski Zygmunt Klonowski ma pewien żal. W zeszłym roku Polska Frakcja przy Związku Wolności Litwy próbowała nowym polskim władzom z PiS zwrócić uwagę na parę ważnych kwestii. W ostatniej chwili czynniki decyzyjne w Warszawie odwołały spotkanie.

***

Zygmunt Klonowski (68. na liście) to mózg Frakcji Polskiej. Wyraźny lider. Wielu z członków Litewskiego Związku Wolności otwarcie przyznaje. – Działamy w partii dzięki niemu. Co ciekawego mają do powiedzenia inni kandydaci z list partii Zuokasa?

Halina Borawska (71. na liście), polska nauczycielka języka rosyjskiego, działaczka samorządowa, zwraca mi uwagę na jeden fakt. – Jak zaczęłam pracować w starostwie Strzelczuki to zainteresowałam się tematem starego cmentarza przy ul. Grigaičių, na którym pochowano pięciu żołnierzy polskich z 1939 roku. Zwracałam się w tej sprawie do Waldemara Tomaszewskiego i szefa Związku Polaków na Litwie Michała Mackiewicza, ale żaden z nich nie pomógł. Nawet Edward Trusewicz, wiceminister kultury z ramienia Akcji Wyborczej Polaków – żali się Halina Borawska. To zraziło ją do polskich organizacji na Litwie. Przestała płacić składki do Związku Polaków. Zwłaszcza, że ten nie chciał nawet pomóc jej zespołowi „Melodia”. Uporządkować cmentarz pomogła za to rodzina Klonowskich.

Halinie Borawskiej chyba tak samo jak rodzina Klonowskich imponuje były burmistrz Zuokas. – Poczytałam program Zuokasa. Jako starosta byłam na zebraniu z okazji 8 maja parę lat temu, zaimponowało mi, że Zuokas przyszedł do starych ludzi, weteranów II wojny światowej, powiedział, zdrastwujte, ja pozdrawlaju was s dniem pobiedy. Miał odwagę – dodaje polska nauczycielka. Tematyka rosyjska jest jej bliska. Kiedyś, dawno temu, była obecna w Jarosławiu na 1000-leciu chrztu Rusi. A całkiem niedawno gościł u niej pewien wojskowy z USA, który przyjechał do Wilna uczyć się języka rosyjskiego. – Prawdziwi Rosjanie są normalnymi ludźmi, nie można na Rosję patrzeć przez pryzmat komunizmu – tego Halina Borawska jest pewna.

O polskich problemach Halina Borawska także może dyskutować długo. – Czy te nazwy ulic są tak ważne? Może nie bardzo? Są przecież podwójne napisy w rejonie wileńskim… – zastanawia się głośno. – Jaszuny, Biała Waka, Mickuny – na budynkach samorządowych wiszą przecież podwójne napisy. Co ja powieszę na mojej ulicy Briežu, Łosiówka? – uśmiecha się Halina Borawska. Ważna jest za to edukacja w języku polskim. I oryginalna pisownia nazwisk. W 1993 roku Galina Borawskaja stała się Haliną Borawską. I tak jest dobrze.

Józef Rutkowski (69. na liście), polski rolnik i przedsiębiorca przez szereg lat mieszkający w Wielkiej Brytanii, wstąpi do partii Zuokasa, bo ten jest najbardziej proeuropejski, liberalny z polityków litewskich. Dopytuję, dlaczego nie polska partia. – AWPL buduje swoją politykę na konfrontacji, wtedy Akcja jest na górze, jak się rozwiąże polskie problemy, Akcja straci, logiczne jest więc to, że nie zależy im, by rozwiązywać problemy – mówi Rutkowski. Dwujęzyczne nazwy ulic, oryginalna pisownia nazwisk to dla Rutkowskiego europejska rzeczywistość, której nie ma na Litwie. – Nigdy nie byłem w żadnej partii – deklaruje  z kolei inżynier Stanisław Olszewski, członek Stowarzyszenia Techników i Inżynierów Polskich na Litwie (70. na liście). – Głosowałem na AWPL, rozczarowałem się, była koalicja i ta koalicja niczego nie zrobiła – wyjaśnia. – Powoli powstaje dyktatura AWPL. Oświatą zajmuje się starszy pan, który już w swoim czasie dużo zrobił, ale może powinien odejść na emeryturę. I ta prokremlowskość. Dla Olszewskiego jest jasne. – Kreml dla nas Polaków nie był nigdy wielkim przyjacielem, wspomnijmy naszych zesłańców.

Miroslavas Monkevičius, młody polityk partii Zuokasa, chwali polską frakcję. – Jest ważną częścią naszej partii. Generuje możliwe rozwiązania problemów, które posiadają obywatele reprezentujący mniejszość polską.  Te rozwiązania są częścią programu politycznego naszej organizacji. Frakcja pełni także funkcję edukacyjną, bo poprzez dialog z innymi członkami  partii w sposób formalny oraz nieformalny sprzyja edukacji obydwu stron dialogu – Polaków i Litwinów – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu Monkevičius. To sprzyja łamaniu barier, które przede wszystkim są w naszych głowach – dodaje.

Julia w Ponarach

Julia Mackiewicz, kandydatka liberałów w Ponarach. Zdj. Tomasz Otocki

Julia Mackiewicz, kandydatka liberałów w Ponarach. Zdj. Tomasz Otocki

Przed wojną byli na Wileńszczyźnie bracia Mackiewiczowie, teraz są siostry Mackiewicz. Edyta i Julia – śmieją się w samochodzie ozdobionym reklamą wyborczą Ruchu Liberałów dwie panie. Taki przerywnik w kampanii wyborczej. Stresującej, bo chodzą dom po domu. Julia kandyduje w Ponarach, Edyta w Solecznikach. Ludzie przyjmują różnie, raz życzliwie, z zaciekawieniem, czasem tylko trafi się jakiś nacjonalista. Polski lub litewski. Siostrom Mackiewicz równie daleko do obu z tych postaw.

Jestem liberałką – mówi mi Julia Mackiewicz, z wykształcenia biolog molekularny i biotechnolog, współzałożycielka Centrum Współpracy Młodzieży „Europroject” oraz założycielka Centrum Rozwoju Demokracji Europejskiej w Wilnie. 23 września zabiera mnie na obchody rocznicy Holocaustu na Litwie w Ponarach. Akurat tego dnia nie robi kampanii, nie bardzo wypada, jedzie oddać hołd babci, która w czasie II wojny światowej została tu zabita za pomoc Żydom. – Liberalizm to wolność gospodarcza, ale także wolność decydowania o sobie – o tym jest przekonana Julia Mackiewicz, w latach 2015-2016 radna Solecznik z ramienia Ruchu Liberałów. Akurat zrezygnowała z mandatu, bo kandyduje w Ponarach. – To duży, trudny okręg, zaniedbany – mówi Mackiewicz. Ale w 2015 roku wygrał tu Šimašius. – Nie mogę powiedzieć, że nie mam szansy – uśmiecha się Julia. Choć początkowo miała jednak kandydować z lepszej pozycji. Obecnie jest na 18 miejscu na liście krajowej.

Ochota do członkostwa w AWPL może była dawno, ale zderzyłam się z problemami, że młody człowiek, który skończył litewską szkołę, jest niepotrzebny – objaśnia mi swój stosunek do partii Waldemara Tomaszewskiego, gdy jedziemy samochodem do Ponar. Mackiewicz kształciła się w Szkole Tysiąclecia Litwy w Solecznikach. Choć pochodzi z jednoznacznie polskiej rodziny. Jak to się stało? Babcia uczyła w szkole polskiej w rejonie Dziewieniszek, uczyła Julii polskiego w domu, ale uznała, że powinna pójść do litewskiej szkoły. Litwa właśnie odzyskała niepodległość.

Mackiewicz rozdaje ulotki w trzech językach. – Liberałom niepotrzebna jest polska frakcja – deklaruje kandydatka. Dopytuje mnie, jakie są praktyczne efekty działalności grupy Klonowskiego w partii Zuokasa. Zabawne, ale o to samo pytali mnie sympatycy Litewskiego Związku Wolności w kontekście Mackiewicz. Liberałowie nie mają frakcji, mają za to komitet ds. wspólnot narodowych, na którego czele stoi Polka. – Choć to rejon mieszany narodowościowo, jedna osoba pytała mnie o polskie problemy, nazwiska, dwujęzyczne tabliczki, to była jedna kobieta – podkreśla Mackiewicz. Ludzie wolą dyskutować o inwestycjach, większej liczbie miejsc pracy w rejonie. Oświetlenie, drogi, lokalny autobus. To jest ważne w Ponarach. – Aktywnych Polaków w Ruchu Liberałów jest może dziesięciu – mówi Julia. Dlaczego tak mało?

Na to polska działaczka, związana z organizacjami pozarządowymi, nie ma dobrej odpowiedzi. Narzeka na apatię i ogólny brak zaangażowania młodego pokolenia. Choć Mackiewicz nie chce swojego kandydowania sprowadzać do hasła „Polka startuje”, to program dla Polaków ma. – Dwujęzyczne tabliczki, oryginalna pisownia nazwisk, to wszystko jest w programie liberałów. My to załatwimy – tego akurat jest pewna Mackiewicz. Ale wspomina także o swojej innej idée fixe. Specjalny fundusz dla Wileńszczyzny, w ramach którego NGO mogłyby dostać finansowanie dla społecznych idei, fundusz, który zadbałby o młodzież, starszych, kulturę, oświatę czy nieformalną edukację. – Ciężko dostać finansowanie z Polski na jakieś organizacje młodzieżowe – wzdycha Mackiewicz. Kandydatka liberałów marzy o tym, by walczyć z propagandą rosyjską na Wileńszczyźnie. – Wiesz, to naprawdę ogromny problem – mówi. Mógłby powstać wielojęzyczny portal informacyjny dla Wileńszczyzny, dla jej mieszkańców, coś w rodzaju  Delfi PL. Albo gazeta w trzech językach. – Łukaszenka to tutaj bohater – z sarkazmem mówi Julia Mackiewicz o nastrojach w społeczności polskiej.

Mnie Polacy bardzo dobrze przyjmują, chcą mówić po polsku, podoba się, że kandydatka  jest polska. Przy okazji kampanii nie tylko przyjdę agitować, ale pomagam pisać podania po litewsku do samorządu. Może dwie osoby miały pretensję, że nie jestem z AWPL – mówi Mackiewicz.

Dlaczego Mackiewicz nie lubi Waldemara Tomaszewskiego? – AWPL występuje przeciwko Litwie, za dużo tego, oni mówią tak: nas biją. No nie, nie biją Polaków, trzeba być sprytniejszym, trzeba umieć z Litwinami rozmawiać. A Tomaszewski jest cyniczny. W świętych dla Julii Mackiewicz Ponarach wystawił dziennikarkę prokremlowskiego kanału Romualdę Poszewiecką. Dla Julii punktem honoru jest wygrana z polsko-rosyjską kandydatką. Czy podoła w niedzielę?

Do Litwinów kandydatka Ruchu Liberałów także ma żal. – Czemu Litwini oddali ten region AWPL? – pyta retorycznie. Przy okazji wspomina w rozmowie ze mną swoją działalność w radzie Solecznik. Nie najlepiej. Kompletny bojkot ze strony polskiej partii. Nawet o posiedzeniu komitetów Mackiewicz dowiadywała się tego samego dnia, na parę godzin przed spotkaniem. Później gadali, że nie jest pracowitą radną, bo nie przychodzi na posiedzenia.

Odczuwam duże poparcie ze strony Ruchu Liberałów – deklaruje na koniec. Jaki będzie wynik w niedzielę, nie jest do końca pewna. Ale wierzy.

Paksas rozwiąże polskie problemy?

Ryszard Burda, kandydat partii Paksasa. Zdj. Tomasz Otocki

Ryszard Burda, kandydat partii Paksasa. Zdj. Tomasz Otocki

Ryszard Burda jest prawnikiem, dziekanem Wydziału Prawa Uniwersytetu Kazimierasa Simonavičiusa. Po godzinach także sportowcem, członkiem klubu aikido. Spotykamy się w restauracji przy ul. Basanavičiusa, opodal macierzystej uczelni Burdy.

Dlaczego pan kandyduje jako jedyny Polak? – dopytuję. – Nie wiem – uśmiecha się ten prawnik i świeżo upieczony polityk. Nigdy nie należał do żadnej partii. Nagle w jego życiu pojawił się Porządek i Sprawiedliwość byłego prezydenta Rolandasa Paksasa. – Porządek i Sprawiedliwość jest o wiele bardziej konserwatywny niż TS-LKD, stawia na tradycyjne pojęcie rodziny, ma negatywny stosunek do aborcji, badań prenatalnych – wyjaśnia mi Burda. To go przyciągnęło do tego środowiska. Partia Paksasa opowiada się także za kulturalnymi i narodowymi wartościami, w dodatku pozbawiona jest antypolskich i antyrosyjskich uprzedzeń. Burda startuje z 33. miejsca oraz w Nowej Wilejce, gdzie większość stanowią nie-Litwini.

Pytam o stosunek do polskich postulatów. – Nie ma żadnego niebezpieczeństwa w tym, że w paszporcie Polacy czy Turcy napiszą sobie nazwisko w języku oryginalnym – wyjaśnia polski prawnik. Ale ostrożnie. To tylko jego stanowisko, bo partia Paksasa pozycji oficjalnie nie zajmuje. Mimo, że przez szereg lat wspierana była przez Akcję Wyborczą Polaków na Litwie.

Pytam, dlaczego nie AWPL. W końcu partia Tomaszewskiego chyba nawet mocniej opowiada się za tradycyjną rodziną czy przeciwko przerywaniu ciąży. – W AWPL nie ma zgody, w ramach Akcji są dwie, trzy małe partie, które walczą o miejsce pod słońcem – odpowiada mi Burda. A wodzowskość? – Nie, Akcja nie jest partią wodzowską – twierdzi prawnik. Po chwili dodaje. – No cóż, w gruncie rzeczy wszystkie partie na Litwie są partiami jednego człowieka. Partia Paksasa, Kubiliusa, Zuokasa – mówi Burda.

AWPL idzie na konflikt, konfrontację z Litwinami. To także nie podoba się wykładowcy, który cały czas rozmawia ze mną po polsku. Wykłady daje co prawda po litewsku. – Tomaszewski nie potrafi wyjaśnić Litwinom, w czym jest problem – twierdzi Burda. – Polacy muszą być we wszystkich partiach. AWPL w koalicji niczego złego nie zrobiła, ale ustawy o mniejszościach Sejm nie zdążył przyjąć, co wy robiliście do tego czasu, to pytanie do AWPL. – retorycznie pyta Burda.

Doktor Skwarciany

Zdzisław Skwarciany ma 55 lat, centrolewicowe poglądy i jest zatrudniony w Ministerstwie Zdrowia. Na liście socjaldemokracji jest jednym z dwóch Polaków. Kandyduje ze 110. miejsca oraz w okręgu Niemenczyn. Tutaj jego konkurentką z ramienia AWPL jest sama Rita Tamašunienė, liderka listy wyborczej polskiej partii.

Przeczytaj także:  Sysas: Daliśmy ludziom nadzieję, że niesprawiedliwość zostanie naprawiona
Doktor Zdzisław Skwarciany. Zdj. Tomasz Otocki

Doktor Zdzisław Skwarciany. Zdj. Tomasz Otocki

Ciężkie pytanie, dlaczego kandyduję – uśmiecha się doktor, gdy rozmawiamy w restauracji Pan Tadeusz Domu Polskiego w Wilnie. Pierwszy raz jest w polityce, do socjaldemokracji należy zaledwie od paru lat. – To pytanie zadawał mi 10 lat temu Waldemar Tomaszewski, dlaczego nie AWPL, odpowiedź może być taka: u Waldemara wszyscy patrzą bardzo regionalnie na problemy Litwy, a nie całościowo. Ja widzę wszystko bardziej holistycznie.

Dla Skwarcianego głównym problemem Polaków na Litwie jest zaniżona reprezentacja mniejszości polskiej w lokalnych elitach. – Ilu nas jest profesorów, lekarzy, fizyków? – retorycznie pyta. – W Ministerstwie Zdrowia jest tylko jeden Polak, dlaczego? – to chyba pytanie do mnie. Odpowiedzi nie znam, ale nie zna jej także doktor Skwarciany. Dla niego integracja społeczna z Litwinami jest ważna, obecnie Polacy są za mało zintegrowani, a Związek Polaków na Litwie patrzy nie na całą Litwę, a na region.

Pytam, dlaczego tak mało polskich kandydatów na liście socjaldemokracji. Skwarciany rozkłada ręce. Przywołuje postać młodego Polaka Roberta Duchniewicza, pracownika Departamentu Mniejszości Narodowych przy rządzie. Pytanie tylko, dlaczego Duchniewicz nie kandyduje. – Socjaldemokracja powinna była być bardziej aktywna, jeśli chodzi o sprawy polskiej mniejszości, trzeba trochę więcej ryzykować, trochę aktywniej pracować. Choć trzeba przyznać, że Butkevičius doszedł do władzy w bardzo ciężkich czasach. Sam pracowałem w szpitalu, przeżyłem te wszystkie cięcia – mówi Skwarciany. Doszedł do władzy w ciężkich czasach i nie miał już siły na rozwiązanie polskich problemów? – Ciężko było rozmawiać z koalicją, był opór ze strony koalicjantów, szkoda, że nie udało się uchwalić ustawy o mniejszościach narodowych. Teraz trzeba będzie to zrobić – trochę broni premiera kandydat z Niemenczyna.

Według Skwarcianego nie ma sensu dzielenie problemów na polskie i litewskie. – Problemy są mniej więcej podobne, na przykład z dostępem do usług zdrowotnych – deklaruje. – Problem narodowościowy jest sztucznie podtrzymywany, w Puńsku są napisy po litewsku, dlaczego tutaj tak nie może być? – znowu retoryczne pytanie.

Polaków powinno być więcej w nauce, we władzach, o tym jest przekonany Skwarciany. ZPL chce, ma dobre chęci, ale nie ma kontaktu z litewskimi elitami, za mało jest integracji.

Pytany o AWPL, Skwarciany mówi, że wyobraża sobie współpracę po wyborach. Tam jest dużo ludzi rozumnych, którzy chcą coś sensownego zrobić. W samej socjaldemokracji Skwarciany spotyka się z normalnym przyjęciem jako Polak. Ma ulotki po polsku.

Nie popiera pomysłu Ryszarda Burdy i AWPL, by zakazać na Litwie aborcji. – Jako lekarz patrzę bardziej ze strony nauki. Jasne, że trzeba edukacji. To nie jest problem, który można rozwiązać jednym rozporządzeniem. Ludzie będą jeździć do innych krajów. I wszystko będzie tak samo – podsumowuje.

Jaki ciąg dalszy

Kandydatów polskich na listach litewskich partii jest więcej. Wspomnieliśmy o najważniejszych z nich. Jednak żaden z nich nie ma zagwarantowanego dobrego miejsca. Gdyby nie afera korupcyjna w Ruchu Liberałów, „biorące” mogłoby się okazać 18. miejsce Julii Mackiewicz. Ale teraz nie wiadomo nawet, czy liberałowie przekroczą próg wyborczy. Co ciekawe, na kryzysie partii Šimašiusa nie korzysta wcale Zuokas ani jego polska frakcja. Nawet, gdyby były mer Wilna cudem dostał się do Sejmu, to raczej nie znajdzie się w nim Zygmunt Klonowski ani Halina Borawska. Podobne problemy z przekroczeniem progu 5% może mieć partia Paksasa, z którą się związał prawnik Ryszard Burda. 110. miejsce Skwarcianego nawet u silnych socjaldemokratów nie gwarantuje sukcesu.

Miroslavas Monkevičius, komentując polskie postulaty, przyznaje wprost: – Opowiadamy się  za mocną i lojalną wspólnotą polską na Litwie. Nie widzimy żadnych przeszkód, aby nazwiska były pisane oryginalną czcionką, a nazwy ulic po polsku i litewsku. To odważna deklaracja. Otwarte pozostaje jednak pytanie, dlaczego Polska Frakcja wylądowała na tak dalekim miejscu na liście Litewskiego Związku Wolności.

Najbliższe wybory do Sejmu nie będą więc przełomem, gdy mowa o wykreowaniu konkurencyjnych wobec działaczy AWPL polskich polityków na Litwie. Prawdopodobnie Akcja przekroczy próg 5% w ramach swojej nieformalnej polsko-rosyjskiej koalicji i znów uzyska monopol na reprezentację Polaków w ramach swego 8-10-osobowego klubu. – Więc gdy po wyborach usłyszymy narzekania litewskich polityków, że mniejszości znów zagłosowały na Tomaszewskiego, zapytajmy ich: a gdzieście Panowie i Panie byli, gdy układano listy wyborcze waszych partii? Nawet socjaldemokratom o wiele łatwiej jest wprowadzić kwoty dla kobiet i młodzieży niż dla mniejszości – z goryczą pisze na swym blogu publicysta Aleksander Radczenko.

I wypada się z nim zgodzić.

Polub nas na Facebooku!