Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Wybory na Litwie: Rewolucji nie będzie

W niedzielę, 9 października, Litwini po raz 7. od odzyskania niepodległości w 1991 roku będą wybierać parlament. Największe szanse na zwycięstwo w tych wyborach mają trzy ugrupowania: Litewska Partia Socjaldemokratyczna (LSDP), Związek Ojczyzny-Litewscy Chrześcijańscy Demokraci (TS-LKD) oraz Litewski Związek Rolników i Zielonych (LVŽS).

Litewski Sejm (Seimas) liczy 141 posłów, z czego 70 jest wybieranych na podstawie ordynacji proporcjonalnej w jednym, obejmującym cały kraj, okręgu wielomandatowym. Aby uczestniczyć w podziale mandatów konkurujące listy wyborcze muszą przekroczyć próg – 5 proc. dla pojedynczych partii i 7 proc. dla koalicji. Pozostałych 71 posłów wybieranych jest na podstawie ordynacji większościowej w okręgach jednomandatowych. Tu do zdobycia mandatu potrzebne jest uzyskanie większości bezwzględnej. Tam gdzie to się nie uda, za dwa tygodnie zostanie przeprowadzona II tura.

O mandaty w okręgu wielomandatowym rywalizuje czternaście list wyborczych (kolejność zgodnie z wylosowanym numerem listy):

  1. Litewska Partia Socjaldemokratyczna (LSDP)
  2. Związek Ojczyzny-Litewscy Chrześcijańscy Demokraci (TS-LKD)
  3. Litewski Związek Wolności (Liberałowie) (LLS(L))
  4. Koalicja „Przeciw korupcji i nędzy”
  5. Partia Porządek i Sprawiedliwość (TT)
  6. Litewski Związek Rolników i Zielonych (LVŽS)
  7. Ruch Liberałów Republiki Litewskiej (LRLS)
  8. Partia Pracy (DP)
  9. Partia „Droga Odwagi” (DK)
  10. Litewska Partia Ludowa (LLP)
  11. Akcja Wyborcza Polaków na Litwie-Związek Chrześcijańskich Rodzin (AWPL-ZChR)
  12. Litewska Partia Zielonych (LŽP)
  13. Partia „Litewska Lista”
  14. Antykorupcyjna koalicja Puteikisa i Krivickasa

Na dzień przed wyborami wciąż pozostaje wiele niewiadomych. Jedyne co jest pewne, to że wynik głosowania ogłosi ten sam, niezmiennie od 22 lat przewodniczący Głównej Komisji Wyborczej Zenonas Vaigauskas. Stanie się to prawdopodobnie już w powyborczy poniedziałek w godzinach popołudniowych. Poza tym wiele pytań pozostaje otwartych: kto zwycięży? Jaka koalicja powstanie po wyborach? Kto zostanie premierem?

Niemal w 100 proc. pewne jest, że zwycięzcą będzie któraś z trzech wymienionych wcześniej partii. Można również spodziewać się, że premierem zostanie któryś z liderów tych ugrupowań: obecny szef rządu Algirdas Butkevičius (LSDP), Gabrielius Landsbergis (TS-LKD) lub Saulius Skvernelis (LVŽS). Jeszcze do niedawna wyraźnymi liderami sondaży pozostawali socjaldemokraci, jednak w ostatnich tygodniach przed wyborami ich przewaga nad pozostałą dwójką zaczęła topnieć. Ale w ostatnim półroczu nie brakowało i innych spektakularnych spadków popularności.

Cztery lata koalicji

Litewska Partia Socjaldemokratyczna nawiązuje do tradycji przedwojennej litewskiej lewicy, ale dzisiejsza partia w dużo większym stopniu wywodzi się z dawnej partii komunistycznej, a przynajmniej tej jej części, która w 1990 roku opowiedziała się za niepodległością Litwy. Przez wiele lat na jej czele stał Algirdas Brazauskas, prezydent i premier, zmarły w 2010 roku. Socjaldemokraci rządzili w latach 1992-1996 i 2001-2008. Do władzy powrócili w ostatnich wyborach do Sejmu w 2012 roku.

Stanowisko premiera objął wówczas 53-letni inżynier i ekonomista z Wyłkowyszek Algirdas Butkevičius, w poprzednich socjaldemokratycznych rządach sprawujący m.in. funkcje ministra finansów i komunikacji. Do LSDP dołączyły jeszcze trzy ugrupowania: lewicowo-populistyczna Partia Pracy (DP), kierowana przez biznesmena rosyjskiego pochodzenia Wiktora Uspaskicha, narodowo-konserwatywny Porządek i Sprawiedliwość (TT) byłego (odsuniętego od stanowiska) prezydenta Rolandasa Paksasa oraz reprezentująca polską mniejszość Akcja Wyborcza Polaków na Litwie (AWPL) Waldemara Tomaszewskiego.

Butkevičius dotrwał na swoim stanowisku do końca kadencji. Spośród wszystkich premierów niepodległej (po 1991 roku) Litwy ta sztuka udała się tylko bezpośredniemu poprzednikowi Butkevičiusa – Andriusowi Kubiliusowi z TS-LKD. Pełnej kadencji nie przetrwała jednak w niezmienionym składzie rządowa koalicja: pod koniec sierpnia 2014 roku opuściła ją AWPL. Oficjalną przyczyną był spór wokół obsady przez przedstawicielkę tej partii stanowiska wiceministra energetyki.

Przez cztery lata rządów socjaldemokratom udało się zachować pierwsze miejsce w sondażach opinii publicznej, a Algirdas Butkevičius należał do czołówki polityków darzonych najwyższym społecznym zaufaniem. Ustępował jedynie prezydent Dalii Grybauskaitė, a z czasem zaczął ją prześcigać. To różni go od Andriusa Kubiliusa, który w 2012 roku przegrał wybory, płacąc cenę za podejmowane w czasie kryzysu ekonomicznego reformy oszczędnościowe. W jaki sposób udało się Butkevičiusowi i socjaldemokratom zachować popularność?

Socjaldemokraci: Sekret popularności

Przeczytaj także:  Sysas: Daliśmy ludziom nadzieję, że niesprawiedliwość zostanie naprawiona

„Sukces socjaldemokratów polega na tym, że sytuacja gospodarcza i społeczna jest dosyć pozytywna, ludzie nie czują zagrożenia, jest to bardziej wynik ogólnej koniunktury gospodarczej, a nie zasługa samej partii” – wyjaśnia wileński prawnik i publicysta Aleksander Radczenko. A pozytywna koniunktura gospodarcza wpływająca na sytuację Litwinów, to jego zdaniem efekt tendencji międzynarodowych. „Rząd raczej nie wtrącał się do gospodarki” – dodaje Radczenko.

„To prawda, że LSDP pozostaje w tym momencie najpopularniejszą partią na Litwie” – zauważa politolog dr Ieva Petronytė, dyrektor Instytutu Społeczeństwa Obywatelskiego w Wilnie. Jednocześnie przypomina ona jednak, że poparcie dla socjaldemokratów wynosi – według najnowszych sondaży – zaledwie 16 proc. i ich przewaga nad pozostałymi partiami systematycznie się zmniejsza. Petronytė zauważa, że partii udało się zachować poparcie mimo kilku głośnych skandali, w które była zamieszana, natomiast rozczarowani do niej wyborcy nie zdołali znaleźć odpowiedniej alternatywy.

Jakie oprócz tego są mocne strony LSDP? Tu eksperci są zgodni: jest to twardy, lojalny elektorat, głosujący na socjaldemokratów od lat. Lewica jest szczególnie popularna w mniejszych miastach i na terenach wiejskich. „Socjaldemokraci przyciągają ludzi tęskniących za dawnymi czasami” – wyjaśnia redaktor naczelny portalu Bernardinai.lt Donatas Puslys. Ich elektorat to w dużej mierze ludzie, którzy nigdy nie oddaliby głosu na prawicowy Związek Ojczyzny. Zbyt źle im się kojarzy, z trudnościami gospodarczymi w latach 90., a ostatnio – z polityką oszczędności, cięciami wynagrodzeń i świadczeń socjalnych.

„Partia ma długą historię, popularnego lidera, znanego od długiego czasu” – wylicza atuty LSDP Ieva Petronytė – „A także zazwyczaj silnych kandydatów w okręgach jednomandatowych i wreszcie szeroki krąg działaczy: socjaldemokraci są najliczniejszą partią na Litwie pod względem liczby członków”. Na siłę socjaldemokratów jako instytucji zwraca również uwagę Donatas Puslys: LSDP ma silne, dobrze zorganizowane struktury w regionach, dysponuje stanowiskami, na których jej działacze mogą przetrwać trudne czasy.

Rząd socjaldemokratów i ich koalicjantów bez wątpienia ma konkretne osiągnięcia. Redaktor portalu informacyjnego 15min.lt Paulius Gritėnas w przedwyborczym komentarzu dotyczącym LSDP wyliczał: podniesienie płacy minimalnej, wprowadzenie euro, uruchomienie terminalu LNG w Kłajpedzie, budowa połączeń energetycznych z Polską i Szwecją. W dużej mierze nie były to jednak autorskie projekty socjaldemokratów w tej kadencji, ale realizacja decyzji podjętych w poprzednich latach. 

Kto winny? Poprzednicy!

Algirdas Butkevičius, choć nie zawsze umiejętnie dbał o swój wizerunek medialny i nie zawsze radził sobie z kryzysami politycznymi, pozostaje nadal jednym z najpopularniejszych polityków. Cytowany już Paulius Gritėnas zauważył, że wyborcy najwyraźniej wolą opieszale reagującego na kryzysy i często zmieniającego zdanie Butkevičiusa niż przejawiającego inicjatywę, ale ryzykującego reformatora.

Obejmując władzę w 2012 roku LSDP musiała zmierzyć się z niezadowoleniem społeczeństwa z cięć dokonanych przez rząd konserwatystów. Politycy lewicy do dziś powtarzają, że musieli naprawiać winy swoich poprzedników. I to również mogło zaważyć na zachowaniu względnej popularności, przynajmniej wśród tradycyjnego elektoratu. „Ludzie nadal kojarzą własną sytuację z reformami, dokonywanymi w okresie kryzysu, nie kojarzą jej z rządami socjaldemokratów, ale uważają ją za efekt działań poprzedniej ekipy” – tłumaczy Donatas Puslys.

Partia pozornie broni swego wizerunku jako jedynego w tej chwili ugrupowania przywiązanego do wartości lewicowych. Praktyka polityczna wygląda jednak inaczej: socjaldemokratom wytyka się powiązania z wielkim biznesem na Litwie i podejmowanie korzystnych dla niego decyzji. Potwierdzeniem tego ma być na przykład przeprowadzona w ostatnich miesiącach liberalizacja Kodeksu Pracy. Nowelizację zawetowała prezydent Dalia Grybauskaitė, ale w połowie września Sejm odrzucił weto.

Socjaldemokratom – ale i ich partnerom koalicyjnym – mogły zaszkodzić skandale polityczne i afery korupcyjne, których w tej kadencji nie brakowało. Wszczęcie przez służby antykorupcyjne postępowania w sprawie prób wpływania na decyzje rządu – korzystne dla lokalnego biznesu, a dotyczące chronionych terenów uzdrowiskowych – doprowadziło do opuszczenia szeregów LSDP przez jednego z jej lokalnych „baronów”, mera Druskienik Ričardasa Malinauskasa.

Pod koniec sierpnia, a więc tuż przed wyborami, wybuchł z kolei skandal związany z zamówieniami dla wojska. Według informacji urzędu ds. zamówień publicznych resort obrony miał kupować sprzęt kuchenny po znacznie zawyżonych cenach. Ujawnienie tej informacji zachwiało stanowiskiem szefa MON, prominentnego polityka LSDP Juozasa Olekasa. Opozycja próbowała doprowadzić do jego odwołania, ale ostatecznie Olekas zachował stanowisko w głosowaniu nad wotum nieufności pod koniec września.

Liberałowie: Koniec marzeń o władzy

Przeczytaj także:  Vaisbrodas: Ruch Liberałów musi odzyskać zaufanie wyborców

Afery korupcyjne najmocniej dotknęły jednak nie socjaldemokratów, ale opozycyjny Ruch Liberałów (LRLS). Jeszcze pół roku temu byli jedną z najpopularniejszych partii, w sondażach plasowali się tuż za LSDP, a ich lider Eligijus Masiulis był rozważany jako poważny kandydat na przyszłego premiera. Marzenia o władzy rozwiały się tuż przed wakacjami, w maju, wraz z postawieniem Masiulisowi zarzutu przyjęcia łapówki w wysokości 100 tys. euro od właściciela jednego z dużych litewskich koncernów.

Z poziomu 15 proc. poparcia w sondażach Liberałowie spadli w ciągu miesiąca do 6 proc. i poniesionych strat już nie odrobili. Nie pomogła uznana przez komentatorów za fatalną polityka wizerunkowa. Rządy w partii na krótko przejął eurodeputowany Antanas Guoga, który nieprzemyślanymi wypowiedziami i działaniami tylko pogorszył sytuację. Ostatecznie nie tylko Masiulis, ale i Guoga znaleźli się poza szeregami partii. Na pomoc wezwano uważanego za „ojca” litewskiego liberalizmu byłego mera Kłajpedy Eugenijusa Gentvilasa i obecnego mera Wilna Remigijusa Šimašiusa. Panowie podzielili się obowiązkami – Šimašius objął funkcję przewodniczącego partii, a Gentvilas stanął na czele listy wyborczej LRLS.

Wybuch afery u Liberałów spowodował natychmiastowy odpływ elektoratu. Ale w przypadku LSDP czy partii populistycznych ujawnianie kolejnych skandali nie skutkuje już tak drastycznym spadkiem popularności. Dlaczego? „Liberałowie przedstawiali się jako umiarkowana, rozsądna prawica” – wyjaśnia Donatas Puslys. LRLS dystansował się od radykalnych konserwatystów. Siłą partii były osobowości: młodzi, obiecujący, którzy rozwinęli swoje kariery już po odzyskaniu niepodległości, niezwiązani z dawnymi układami – tacy jak Masiulis. „Kiedy więc twoja siła opiera się na osobowościach i jedna z tych osobowości obrywa – od razu powoduje to ogromne straty dla całej partii” – twierdzi Puslys.

Zdaniem Aleksandra Radczenki, Liberałów dobiło nie uderzenie w lidera, ale podważenie głoszonych przez nich wartości: „Ta partia od początku głosiła, że jest inna niż np. Partia Pracy czy Porządek i Sprawiedliwość, czy nawet socjaldemokraci” – wyjaśnia Radczenko. Przypomina, że liberałowie stawiali na młodego wyborcę, nieprzyzwyczajonego do układów: „Dla takiego wyborcy było szokiem, że partia jest zamieszana w skandal taki sam, jaki dotyczył partii, które były dotychczas przez Liberałów krytykowane”.

Ludowcy „czarnym koniem”?

Przeczytaj także:  Tomilinas: Nie mamy żadnych stereotypów antypolskich

Spadkowi poparcia dla Liberałów towarzyszył skokowy wzrost notowań Związku Rolników i Zielonych. To efemeryczne ugrupowanie jest obecne na litewskiej scenie politycznej od paru lat, dotąd jednak nie odnosiło poważniejszych sukcesów. Podobnie jak LSDP nawiązuje do przedwojennych tradycji: agrarystycznego ruchu ludowego, na czele którego stał Kazys Grinius (prezydent w 1926 roku). Współcześni ludowcy powstali po kolejnych przekształceniach ugrupowania kierowanego przez byłą premier Kazimierę Prunskienė. Ta jednak przed paru laty pożegnała się z LVŽS i obecnie partię można uważać wprost za autorski projekt Ramūnasa Karbauskisa.

Karbauskis – nazywany „latyfundystą” – jest jednym z najbogatszych ludzi na Litwie. Nie stronił dotąd od polityki, ale nie zajmował w niej eksponowanych stanowisk (przez kilka lat był posłem), koncentrował się na działalności biznesowej. W tym roku jednak jego partia nabrała rozpędu. Na czele listy wyborczej stanął Saulius Skvernelis, popularny minister spraw wewnętrznych w rządzie Butkevičiusa. Ponieważ związał się z partią formalnie opozycyjną, musiał ustąpić ze stanowiska.

Trudno więcej powiedzieć o tym ugrupowaniu. Na jego liście wyborczej, poza Skvernelisem i Karbauskisem, znalazły się osoby reprezentujące rozmaite środowiska, nie tylko politycy od lewa do prawa – tych wręcz jest mniej – ale przede wszystkim niezaangażowani dotąd politycznie działacze społeczni, eksperci, ekonomiści, lekarze, aktywiści. Reprezentują oni różne poglądy polityczne, a w przypadku niektórych kandydatów ich poglądy są wręcz nieznane.

„W kontekście ciągłych rozczarowań rządzącymi i pozostałymi tradycyjnymi partiami, ludowcom udało się wykorzystać porażki pozostałych ugrupowań, przyciągnąć popularnego lidera i przedstawić samą siebie jako w pewnym sensie nową partię” – wyjaśnia Ieva Petronytė. „Nowa partia” to swego rodzaju litewski fenomen: niemal w każdych wyborach pojawiało się nowe, tworzone ad-hoc ugrupowanie, które szybko zdobywało zaufanie wyborców, osiągało dobry wynik, potem nieraz wchodziło w skład koalicji rządowej, by po paru latach zniknąć ze sceny politycznej lub zostać wchłoniętym przez inne ugrupowanie.

Jak to wyjaśnić? Zdaniem Aleksandra Radczenki w litewskim elektoracie jest ciągłe zapotrzebowanie na takie ugrupowania. Poszukują oni politycznych „zbawicieli”. „Tych wyborców nie interesuje, czy politycy są skuteczni, ale czy występują przeciwko establishmentowi, systemowi, biurokratom, mainstreamowi. Przy każdych wyborach wybierają nową partię, nowego zbawiciela” – tłumaczy Radczenko, który skalę tego elektoratu ocenia nawet na 30-40 proc.

Podobnie widzi to Ieva Petronytė: „Ogólnie rzecz biorąc Litwini są bardzo krytycznie nastawieni do partii politycznych i nierzadko głosują raczej przeciwko komuś niż za kimś”. Także Donatas Puslys twierdzi, że stosunek wielu wyborców to w istocie „głos protestu”, przeciwko tym, którzy są u władzy. „Ci wyborcy tak naprawdę nie mają określonych poglądów politycznych” – dodaje Puslys. „Chcą tylko ukarać tych, którzy nie spełnili w ich ocenie swoich obietnic”. Eksperci zgodnie twierdzą, że w tych wyborach właśnie LVŽS może zebrać głosy takiego elektoratu.

Biorąc pod uwagę skalę poparcia ludowcy mogą namieszać w powyborczym rozdaniu politycznym. Nawet jeśli nie zdobędą wielu miejsc w okręgach jednomandatowych, to dobry wynik w głosowaniu proporcjonalnym powinien wystarczyć, aby liczono się z nimi, jako potencjalnym partnerem koalicyjnym. Tak właśnie widzi to Donatas Puslys: „Nie będzie raczej jednego zdecydowanego zwycięzcy, prawdopodobnie socjaldemokraci będą pierwsi, ale różnica między partiami będzie niewielka, więc to Zieloni i Rolnicy będą decydować”.

Przewidywania redaktora naczelnego Bernardinai.lt potwierdza również Ieva Petronytė. Politolog wskazuje, że trzy partie – już wcześniej wspominane – mają porównywalne poparcie. „W tej sytuacji partia która leży ideologicznie pośrodku między tymi trzema, czyli LVŽS, ma przewagę i może utworzyć koalicję albo z lewicowym, albo prawicowym partnerem”. Pozostaje jedynie do wyjaśnienia, który z tych dwóch scenariuszy zostanie zrealizowany. Petronytė zauważa, że obecnie liderzy ludowców w równym stopniu zabiegają o uwagę socjaldemokratów, jak i konserwatystów.

Konserwatyści: Długi marsz w górę

Przeczytaj także:  Kubilius: Zrozumieliśmy, że sytuacja na Wileńszczyźnie jest naszym słabym punktem

Trzecim pretendentem do objęcia władzy są opozycyjni konserwatyści (TS-LKD). Jeszcze na początku tego roku różnica między nimi a socjaldemokratami wynosiła 10 punktów procentowych. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło. Konserwatyści ruszyli z intensywną kampanią, ostro krytykowali rządzących, omijały ich też skandale korupcyjne (złośliwi twierdzą, że życzliwe konserwatystom media po prostu ich nie ujawniały) i na ostatniej prostej przed wyborami zmniejszyli dystans do niecałych 2 punktów proc.

Rozmówcy Przeglądu Bałtyckiego zgodnie twierdzą, że tak jak LSDP konserwatyści mogą liczyć na swój tradycyjny, twardy, lojalny elektorat. Spór między tymi ugrupowaniami to głównie kwestia historii: LSDP jest partią postkomunistyczną – TS-LKD dźwiga zaś dziedzictwo niepodległościowego Sąjūdisu. Jego historyczny lider, Vytautas Landsbergis, w pierwszych latach niepodległości Litwy pełniący obowiązki głowy państwa, przez wiele lat był także liderem TS-LKD. Obecnie sprawuje funkcję honorowego przewodniczącego, jest tytułowany – przez jednych szczerze, przez drugich z przekąsem – „Patriarchą”.

Lojalność konserwatywnego elektoratu w dużej mierze opiera się na kwestiach symbolicznych. Bliskie są im wartości patriotyczne, narodowe, chrześcijańskie, o które zabiegali działacze Sąjūdisu w początkach lat 90. To jednak było także obciążeniem TS-LKD w ostatnich latach. Partia, opierając się na twardym elektoracie, zaniedbała pracę z pozostałymi wyborcami. „Konserwatyści próbowali być partią dużych miast i ludzi lepiej wykształconych, zapomnieli o peryferiach, które pozostawiono socjaldemokratom i populistom” – tak Donatas Puslys wyjaśnia tę specyfikę litewskiej sceny politycznej.

Redaktor Bernardinai.lt przypomina, że w wielu okręgach jednomandatowych, uznawanych za „czerwone”, zdominowane przez lewicę, konserwatyści odpuszczali sobie kampanię, wystawiali tam słabych, niepopularnych kandydatów, którzy nie mieli niczego do zaoferowania mieszkańcom uboższych regionów. Jednak w tej kampanii coś się zmieniło: konserwatyści zaczęli aktywniej brać udział w spotkaniach z wyborcami, w otwartych debatach. Paulius Gritėnas w komentarzu dla 15min.lt nazwał to „wyjściem ze strefy komfortu”.

Partii pomogła ubiegłoroczna decyzja Kubiliusa o ustąpieniu ze stanowiska – przestał obciążać ją własną niepopularnością. Jego miejsce zajął wnuk Vytautasa Landsbergisa – Gabrielius, młody, 34-letni, eurodeputowany, z doświadczeniem pracy w dyplomacji. Początkowo także niepopularny zaczął wspinać się rankingach społecznego zaufania. Tę wizerunkową zmianę dostrzega Ieva Petronytė: „Konserwatyści poprzednio popierani byli głównie przez starszy elektorat skupiony na czasach Sąjūdisu. Ale ostatnio partia skupia się na młodszych pokoleniach i tworzeniu nowych wizji przyszłości kraju” – wyjaśnia.

Partia odmłodziła zatem swój wizerunek i listę wyborczą: starsi działacze zostali przesunięci na dalsze miejsca, ustępując pola trzydziestolatkom, rówieśnikom Gabrieliusa Landsbergisa, sięgnięto po ludzi ze środowisk eksperckich czy mających doświadczenie w pracy w dyplomacji. Wyzwaniem stojącym przed konserwatystami będzie jednak pogodzenie różnych dynamik i światopoglądów: choć młodsi działacze, w tym sam Landsbergis z życzliwością wypowiadają się na przykład o legalizacji związków osób tej samej płci, w partii nadal silną rolę odgrywają ci, dla których priorytetem pozostaje ochrona tradycyjnych wartości. 

Partia Pracy nad progiem. Koniec Paksasa?

Przeczytaj także:  Gapšys: Dla dobrych stosunków z Rosją nie możemy poświęcić bezpieczeństwa narodowego

Daleko za socjaldemokratami, ludowcami i konserwatystami do wyborów zmierza peleton pozostałych partii. Wydaje się, że miejsce w parlamencie zachowa współrządząca Partia Pracy, choć i jej zaszkodziły afery korupcyjne. Paradoksalnie „labourzystom” mogła pomóc afera w szeregach Liberałów. Tak przynajmniej uważa Donatas Puslys: „Partia Pracy mogła teraz ogłosić: patrzcie, inni są tacy sami, nas atakowano, traktowano jako chorobę, którą trzeba wyleczyć, a inni też okazują się chorzy – pozostali pewnie też, tylko ich jeszcze nie złapano”.

Wygląda więc na to, że elektorat populistów jest dużo bardziej tolerancyjny niż wyborcy Liberałów, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że zostali oszukani. „Jest takie podejście wśród niektórych: prawdopodobnie wszyscy są skorumpowani, więc trzeba się skupić na tym, kto zrobi dla nas więcej. To pewnie dziedzictwo okresu sowieckiego, że ludzie nieszczególnie wierzą w deklaracje, w przemówienia. Wartości? To zbyt abstrakcyjne” – zastanawia się Donatas Puslys.

Podobne wnioski na temat wyborców populistów wysnuwa Aleksander Radczenko: „To widać na przykładzie Porządku i Sprawiedliwości, który od lat boryka się ze skandalami korupcyjnymi”. Publicysta przypomina, że liderowi TT Paksasowi w tym roku postawiono zarzuty pośredniczenia w przekazywaniu łapówki. „Ale to na wyborcy nie robi wrażenia. Notowania co prawda spadają, ale to wynika bardziej ze zmęczenia elektoratu, który szuka nowego zbawiciela”. Nie tylko Paksas, ale i były lider Partii Pracy Wiktor Uspaskich kreowali się na osoby prześladowane przez „system”. „Dlatego też zarzuty ze strony tego systemu nie mają znaczenia dla elektoratu” – konkluduje Radczenko.

Tak jak w przypadku LRLS zarówno Partię Pracy, jak też Porządek i Sprawiedliwość dosięgnęły kryzysy przywództwa. Faktyczni liderzy obu partii: Uspaskich i Paksas zasiadają w Europarlamencie, są coraz mniej aktywni w polityce krajowej. Partia Pracy zmagająca się ze sprawą podwójnej księgowości, obciążającej bezpośrednio Uspaskicha zmuszona była do kilkukrotnych zmian w kierownictwie: obecnie funkcję przewodniczącego sprawuje „importowany” z TT Valentinas Mazuronis, także europoseł, który po wielu latach współpracy rozstał się z Rolandasem Paksasem.

O ile zatem wydaje się, że Partia Pracy zachowa mandaty w kolejnej kadencji, to Porządek i Sprawiedliwość czeka raczej pożegnanie z parlamentem. Z partii odeszła większość rozpoznawalnych polityków, a ci którzy pozostali raczej nie „pociągną” listy. „Porządek i Sprawiedliwość wciągnął na listy chyba już wszystkich, kogo tylko mógł, nawet nacjonalistów” – ironizuje Aleksander Radczenko. Ale to im nie pomoże. Rolandas Paksas może jeszcze cieszyć się mandatem w Parlamencie Europejskim, ale jego partia najprawdopodobniej zniknie z politycznego firmamentu.

Wobec wyzwań międzynarodowych

Mimo licznych skandali, przetasowań w kierownictwach partii, sondażowych wzlotów i upadków, kampania wyborcza, formalnie tocząca się od miesiąca, oceniana była przez ekspertów jako mdła i nieciekawa. „Na miesiąc przed wyborami nie było żadnych debat, partie dopiero zaczęły przedstawiać swoje programy. A z drugiej strony program konserwatystów ma kilkadziesiąt stron, kto to przeczyta?” – ocenia Donatas Puslys. – „Politycy nie rozmawiają z ludźmi. Kampania wyborcza jest naprawdę bezbarwna. Dotyczy to wszystkich partii, brakuje prawdziwej debaty politycznej”.

Debatę podobnie pesymistycznie ocenia Aleksander Radczenko. Zdaniem polskiego publicysty na Litwie nie ma zapotrzebowania na wizję i wizjonerów, bardziej chodzi o rozwiązywanie doraźnych kwestii, związanych z polityką wewnętrzną. „Popiera się tego, kto obieca więcej, kto da więcej, w sensie wynagrodzenia minimalnego, większe zasiłki, dłuższe urlopy. Nie ma zapotrzebowania na jakąś wizję strategiczną rozwoju kraju. Takie pomysły mogą być dyskutowane wewnątrz partii, ale w społeczeństwie nie widzę takiego zapotrzebowania” – stwierdza Radczenko.

To samo dotyczy polityki zagranicznej, która według Radczenki nie interesuje litewskiego wyborcy. Ale także mało kogo interesuje wśród litewskich polityków. A jednak i w Europie, i w niedalekim sąsiedztwie Litwy wiele się dzieje i wydarzenia te mogą mieć pośredni lub bezpośredni wpływ na życie jej mieszkańców. Jak zatem litewscy politycy reagują na wyzwania międzynarodowe?

To, co może dotyczyć przeciętnego Litwina to np. Brexit – w Wielkiej Brytanii mieszka przecież i pracuje prawie 150 tys. obywateli Litwy. „Brexit dotyka Litwinów w dużo większym stopniu, bo dotyka Litwinów, którzy mieszkają tam, ale także ich rodziny tutaj” – mówi Aleksander Radczenko. – „Nie widzę jednak, żeby politycy litewscy mieli coś do zaproponowania w tej sprawie, ten temat przewijał w debacie, natomiast wątpię, żeby miał zdecydowane znaczenie”.

Ale Europa żyje nie tylko tym. Co z kryzysem uchodźczym? To raczej mało kogo na Litwie obchodzi. I nie ma w tym nic dziwnego, na Litwie praktycznie nie ma uchodźców, a imigrantów zarobkowych jest niewielu, Litwa nie jest dla nich atrakcyjna. Co nie znaczy, że nikt tego tematu nie próbował eksploatować. „Próbowała to wykorzystać Partia Pracy” – przypomina Donatas Puslys. – „Głosili, że będą bronić Litwy przed zalewem imigrantów, których tak naprawdę na Litwie nie ma”. Poza nacjonalistami i najbardziej radykalnymi konserwatystami ten wątek na nikim raczej nie zrobił wrażenia.

Donatas Puslys narzeka jednak na brak w debacie publicznej na Litwie jakichkolwiek pomysłów na kształtowanie wspólnej Europy. Jego zdaniem w przestrzeni publicznej Unia występuje albo jako mityczna „Bruksela”, która zmusza do wprowadzania różnego rodzaju regulacji albo jako „dobry wujek z grubym portfelem”. „Łatwo jest zrzucać wszystko na Europę, ale czy my sami mamy wizję Europy? Jakiej Europy chcemy? Nie bardzo widzę to w programach partii i wypowiedziach polityków” – podsumowuje Puslys.

Pozostaje jeszcze kwestia polityki wobec Rosji i wschodnich sąsiadów. Tu jednak panuje konsensus. Wobec zagrożenia ze strony Rosji wszystkie partie zgadzają się, że trzeba zwiększać bezpieczeństwo międzynarodowe. „Tu można tylko licytować się na obietnice, kto da więcej, czy wydatki na obronność są wystarczające, czy trzeba je zwiększyć. Generalnie panuje zgoda, co do tego kierunku, że trzeba się przeciwstawić Rosji i że trzeba zwiększać nakłady finansowe na bezpieczeństwo. Nie sądzę żeby ten temat wpłynął na sympatie wyborców” – stwierdza Aleksander Radczenko.

Mniejszości: Bez przełomu?

Przeczytaj także:  Nie z Akcji, ale w akcji. Polacy na listach partii litewskich
 

Gdzie szukać zatem nowej jakości w litewskiej kampanii wyborczej? Aleksander Radczenko zwraca uwagę na pewne zmiany w podejściu litewskich partii wobec mniejszości narodowych, w tym Polaków. „W tym roku po raz pierwszy w programach Związku Ojczyzny i Ruchu Liberałów znalazły się działy poświęcone problemom mniejszości narodowych, przez 25 lat czegoś takiego nie było w programach partii prawicowych” – wylicza Aleksander Radczenko.

Zdaniem publicysty jest to zmiana, ale już nie spektakularny przełom, bo zasygnalizowane w programach problemy związane z mniejszościami narodowymi są od dawna znane. Brakuje natomiast konkretnych propozycji, jak je rozwiązać. „Nie wiadomo, jak duże jest zainteresowanie w tych partiach rozwiązaniem tych problemów” – zastanawia się Radczenko. A co z pozostałymi partiami? Te raczej nie zauważają mniejszości. Z wyjątkiem LSDP, którzy zawsze mieli propozycje dla mniejszości. Choć tym razem socjaldemokraci wypowiadają się ostrożniej. „To jest naturalne, bo w ciągu 4 lat nie byli w stanie zrealizować 80 proc. obietnic złożonych w 2012 roku” – zauważa Radczenko.

Kilka partii zaoferowało Polakom miejsca na swoich listach i w niektórych okręgach jednomandatowych. Polacy dostali jednak odległe miejsca, bez większych szans na otrzymanie mandatu. Partyjny aparat także nie bardzo angażuje się we wspieranie Polaków jako swoich kandydatów. „Jakiś postęp jest, ale nadal daleko jest od normalności” – konkluduje Radczenko i dodaje: „Założę się, że w nowym Sejmie nie będzie Polaków spoza AWPL”.

Przeczytaj także:  Sakson: nie przypiąłbym wstążeczki georgijewskiej

Jeśli tak się stanie, jak mówi Radczenko, to znów Akcja Wyborcza będzie miała mocny mandat do tego, by występować w roli jedynego reprezentanta interesów Polaków na Litwie i jedynego obrońcy ich praw. Pozycji AWPL nie zagrożą raczej siostry Julia i Edyta Mackiewicz kandydujące z ramienia Ruchu Liberałów czy działająca w ramach Litewskiego Związku Wolności polska frakcja kierowana przez Zygmunta Klonowskiego.

Pozostaje pytanie czy AWPL, jeśli wejdzie do Sejmu, będzie atrakcyjnym kandydatem na partnera koalicyjnego. Cztery lata temu Polacy zostali wciągnięci do koalicji, mimo że ta i tak miała już większość. Jak tłumaczył przed dwoma laty jeden z liderów LSDP Gediminas Kirkilas w jednym z wywiadów: chodziło o gest pod adresem polskiej mniejszości. „Ważne aby politycy mniejszości uczestniczyli w sprawowaniu władzy” – tłumaczył wówczas Kirkilas.

AWPL wystąpiła jednak z koalicji. Kontrowersje budzą wypowiedzi jej lidera Waldemara Tomaszewskiego na temat konfliktu zbrojnego na Ukrainie i aneksji Krymu, wyborcza współpraca z uważanym za prokremlowski Sojuszem (Aliansem) Rosjan. AWPL spotyka się z tego powodu z krytyką ze strony większości ugrupowań. Ale przy nowym rozdaniu politycznym, kiedy głosu kilkorga posłów Akcji mogą okazać się potrzebne, być może te kontrowersje zostaną na jakiś czas zapomniane. Czy pomoże to jednak AWPL w realizacji postulatów polskiej mniejszości?

Zarówno eksperci, jak i niektórzy litewscy politycy twierdzą, że dla rozwiązania problemów Polaków na Litwie potrzebna jest wola polityczna. Bez względu na to, czy AWPL wejdzie, czy nie wejdzie do koalicji. Gdzie szukać tej woli politycznej? Czy jej przejawem jest decyzja Andriusa Kubiliusa, byłego szefa konserwatystów o starcie w wyborach w okręgu jednomandatowym w zdominowanych przez polską ludność Solecznikach?

Jeśli gdzieś można szukać przełomu to zdaniem Aleksandra Radczenki właśnie w tej decyzji. „Wpływy Kubiliusa i jego autorytet znacznie się zmniejszyły, ale mimo wszystko jest to figura ze świecznika” – mówi Radczenko. Podobnie uważa Donatas Puslys: „Kubilius nie jest szeregowym członkiem partii, to były premier. Gdyby zapytać ludzi, kogo uważają za najważniejszego polityka w partii konserwatywnej, na pewno wielu powiedziałoby, że to nie Gabrielius Landsbergis, a właśnie Kubilius”.

Redaktor Bernardinai.lt widzi decyzję Kubiliusa w szerszym wymiarze, jako potwierdzenie, że konserwatyści zmieniają swoje podejście do tradycyjnego elektoratu, że zaczynają szukać poparcia na obszarach, które dotąd lekceważyli: „Teraz wysyłają tam poważniejszych polityków, starają się pokazać, że obchodzi ich nie tylko Wilno i Kowno”. Jednocześnie Puslys podkreśla, że mniejszości narodowe nie czekają na te same co zwykle obietnice, ale na konkretne decyzje, dotyczące pisowni nazwisk czy edukacji.

Obaj rozmówcy Przeglądu Bałtyckiego są jednak zgodni, że to dopiero pierwsza jaskółka. „Chciałbym, żeby w okręgu solecznickim kandydowali ze sobą także wiceprzewodniczący innych partii, może wtedy usłyszelibyśmy jakieś konkretne propozycje dla Wileńszczyzny, których do tej pory nie było” – mówi Radczenko i dodaje: „Może gdyby pojechali oni w teren, do mniejszych miejscowości, to doczekalibyśmy się jakichś konkretnych propozycji i rozwiązania polskich postulatów”.

Donatas Puslys zwraca uwagę na możliwość przełamania monopolu Akcji Wyborczej. Jego zdaniem niekoniecznie musi się to odbywać poprzez wysyłanie litewskich kandydatów do polskich okręgów, ale raczej przez rekrutowanie polskich kandydatów przez litewskie partie. „Polacy nie muszą być zjednoczeni w jednej dużej partii tylko z powodu ich narodowości. Mają przecież różne poglądy, jedni są lewicowi, inni konserwatywni, liberalni czy nawet libertariańscy. Dobrze by było, gdyby zaczęły ich rekrutować różne partie” – podsumowuje redaktor Bernardinai.lt.

„Za zmiany!”

Rozpatrując różne przedwyborcze uwarunkowania i powyborcze scenariusze nie można zapominać o jeszcze jednym, bardzo ważnym aktorze na litewskiej scenie politycznej. Prezydent Dalia Grybauskaitė jest znana ze swej zdecydowanej postawy, zarzuca się jej nawet czasem ciągoty autorytarne. Bez wątpienia rezerwuje ona sobie już teraz prawo do ostatniego słowa w procedurze powoływania nowego rządu.

„Poprzednie wybory pokazały, że prezydent Grybauskaitė zmieniła praktykę poprzednich prezydentów i że jest nie tylko formalnie, ale też praktycznie bardzo silnie zaangażowana w formowanie rządu” – wyjaśnia Ieva Petronytė, która jest pewna, że w tym roku po głowie państwa można spodziewać się podobnego zachowania. W 2012 roku Grybauskaitė dawała wyraz swemu niezadowoleniu z wejścia do rządu przedstawicieli partii populistycznych.

Prezydent przez całą kadencję pozostawała surowym i ostrym krytykiem rządu Butkevičiusa jako całości i poszczególnych ministrów. Przez kilka dni media żyły jej sporem z ówczesnym szefem MSW Sauliusem Skvernelisem. Po najbliższych wyborach Skvernelis może zjawić się w pałacu prezydenckim jako potencjalny kandydat na premiera.

Urzędujący premier potwierdził z kolei na początku września, że od kilku miesięcy komunikuje się z prezydent za pośrednictwem doradców. „Nie ma ani wizyt, ani spotkań” – ujawnił wówczas Algirdas Butkevičius. Bezpośrednia komunikacja między głową państwa a szefem rządu została zerwana w styczniu tego roku po ujawnieniu wspomnianej wcześniej afery z udziałem mera Druskienik Ričardasa Malinauskasa.

Dalia Grybauskaitė wzięła w minionym tygodniu w przedterminowym głosowaniu, przeznaczonym dla osób, które nie mogą zagłosować w niedzielę. Pytana przez dziennikarzy, na kogo głosowała, Grybauskaitė odpowiedziała: „Za zmiany. Za zmiany, które doprowadzą do stabilnego wzrostu dobrobytu”. Jasno dała zatem do zrozumienia, że nie wyobraża sobie współpracy z tą samą koalicją. Pytana czego oczekuje od nowego rządu mówiła: „Powinni myśleć o Litwie i jej mieszkańcach, a nie o swoich kieszeniach. Powinni mniej kraść”.

Pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu powinno odbyć się nie później niż 15 dni po wyborach. Zgodnie z przepisami Konstytucji Litwy po wyborach dymisję powinien złożyć premier, a prezydent powołać nowego szefa rządu, który w ciągu 15 dni przedstawi skład gabinetu i podda nowo wybranemu Sejmowi pod głosowanie program rządu. Kto zajmie stanowisko premiera, kto obsadzi funkcje ministrów i jakie partie będą reprezentować? Odpowiedzi na te pytania powinniśmy poznać w ciągu kilku najbliższych tygodni.

Wszystkie powyższe rozważania prowadzą do wniosku, że w litewskim życiu politycznym nie należy się spodziewać rewolucji. Nikt nie wywróci stolika, a w rządzącej koalicji znajdzie się na pewno co najmniej jedna „tradycyjna” partia, która już wcześniej rządziła. Litewscy wyborcy raczej nie wywołają politycznego trzęsienia ziemi, a i politycy zapewne odwzajemnią się elektoratowi tym samym.

 

Zdjęcie tytułowe: Lietuvos Respublikos Seimas / Sejm Republiki Litewskiej

Polub nas na Facebooku!