Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Kmicicowym szlakiem. Wrześniowy wyjazd na Laudę

Stosunki polsko-litewskie można rozwijać na wiele sposobów. Można zacząć od traktatów, wizyt prezydentów, premierów, przemówień ważnych głów, kontraktów gospodarczych. Można organizować wielkie projekty kulturalne, tak jak robi chociażby Instytut Polski w Wilnie. Paradoksalnie, duży udział w naprawie relacji obu krajów może mieć jednak inicjatywa czy pasja jednego człowieka. W zeszłym roku pisaliśmy o Maju nad Wilią organizowanym przez niestrudzonego Romualda Mieczkowskiego. We wrześniu tego roku redaktor Przeglądu Bałtyckiego miał okazję uczestniczyć w litewskim etapie Roku Henryka Sienkiewicza organizowanym przez dr. Jana Skłodowskiego, fotografika, badacza Kresów, pasjonata Laudy i polskich śladów na Żmudzi.

Przeczytaj także:  Maj nad Wilią 2015: rechot Witkacego i łyk starki

Jak to się zaczęło?

Wizyta parudziesięciu działaczy kulturalnych, naukowców czy dziennikarzy na Litwie odbyła się w dniach 18-22 września z inicjatywy Jana Skłodowskiego, Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, Muzeum Narodowego w Kielcach, Sejneńskiego Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Transport na Litwę zapewniła strona polska, pobyt i wyżywienie – strona litewska, konkretnie samorząd rejonu radziwiliskiego. Nocowaliśmy w szkole w Szczodrobowie – typowym sennym miasteczku położonym na Laudzie. Kościół św. Trójcy, szkoła średnia, biblioteka, poczta, która działa w godzinach 8:00-11:00. Jest jednak także centrum kultury oraz sklep, w którym nabyć można smaczną litewską wędlinę oraz kawę niezbędną przy słuchaniu długich konferencji. A było czego słuchać w tym roku!

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Organizator wyjazdu dr Jan Skłodowski

Organizator wyjazdu dr Jan Skłodowski

Organizację tej imprezy od samego początku wziął na siebie dr Jan Skłodowski – nasz przewodnik po głuchych ścieżkach Litwy Kowieńskiej. Już jakiś czas temu wydreptał sobie dobre kontakty z lokalnymi władzami, na własną rękę. – Relacje te, zarówno z władzami rejonu w Radziwiliszkach, jak i gminy w Szczodrobowie układały się od początku do końca wzorcowo. Pierwszy kontakt z wójtem Szczedrobowa, gminy do której należą Wodokty, odbył się wiosną 2015 roku – było to osobiste spotkanie w Wodoktach – opowiada Przeglądowi Bałtyckiemu Jan Skłodowski. – Wtedy przedstawiłem ramowy projekt obchodów Roku Henryka Sienkiewicza, którego byłem autorem. On zyskał akceptację. Następnie, jesienią 2015 roku odbyło się drugie spotkanie z wójtem w Wodoktach, a następnie, z jego inicjatywy jako wójta tej gminy, miało miejsce wspólne spotkanie w Radziwiliszkach z merem i wicemerem rejonu, którzy nadzwyczaj przychylnie przyjęli tę inicjatywę – tak rodził się litewski etap roku Henryka Sienkiewicza (w tym roku obchodzimy 170-lecie urodzin, 100-lecie śmierci noblisty oraz 130-lecie wydania „Potopu”). – W 2016 roku zaakceptowano projekt i treść tablicy pamiątkowej na kościele św. Agaty w Wodoktach oraz uściślono szczegóły i program uroczystości. Ostatnie robocze spotkanie z wójtem w Szczedrobowie i wicemerem w Radziwiliszkach odbyło sie w sierpniu br. Wtedy też została zamontowana tablica na ścianie kościoła – mówi naszemu portalowi Jan Skłodowski. Litwini bardzo się zaangażowali w rok sienkiewiczowski i naprawdę pomogli. Nie tylko dobrym słowem, ale i czynem. – Wkład rejonu i gminy w organizację i przebieg uroczystości był nie do przecenienia: przygotowanie sali na uroczystości, zapewnienie instrumentu dla naszego pianisty Andrzeja Pileckiego z Wilna, zapewnienie orkiestry z Szadowa, która odegrała hymny obu państw, przygotowanie występów lokalnych zespołów, także młodzieży szkolnej, przygotowanie objazdu historycznego po Laudzie, zainaugurowanie parku przyjaźni polsko-litewskiej i pamięci H. Sienkiewicza, przygotowanie wystawnej kolacji pożegnalnej – wylicza Przeglądowi Bałtyckiemu dr Skłodowski.

Sowiecki walec przejechał przez Laudę

Jadąc na Laudę byliśmy oczywiście przygotowani, że jedziemy do Republiki Litewskiej, że nie koniecznie odnajdziemy tam ducha Kmicica, choćbyśmy się bardzo starali. Uprzedzał nas o tym dr Jan Skłodowski. W Programie Bałtyckim Radia Wnet mówił w lipcu: – Ludzie, którzy po lekturze „Potopu” chcą odtworzyć sobie obraz dawnych czasów, muszą być wyposażeni w wielką umiejętność imaginacyjną. Trzeba sobie wyobrazić jak było. Te ślady, które zostały, nikną z roku na rok, chociaż na początku licentia poetica umieściła tam wiele osób, zdarzeń, budynków, jeśli chodzi o kościoły, dwory… Walec sowiecki przejechał przez te tereny. Nawet to co było dawniej tradycją szlachecką, chociażby te zaścianki, Wołmontowicze, w których rodzili się Butrymowie, jak to pisał Sienkiewicz, „najdłuższe chłopy na całej Laudzie”, Gasztowtowie w Pacunelach, Gościewicze w Gosztunach, to z tych zaścianków nie ma nic… Już nie mówię o dawnym budownictwie. Dla mieszkańców pytanie, gdzie są Wołmontowicze, to jest pusty dźwięk. Trzeba by zapytać o Valmančiai – opowiadał mi w wakacje swoim warszawskim domu dr Jan Skłodowski. Rzeczywiście kmicicową Laudę dobił sowiecki walec, ale także współczesne czasy. Z regionu wyjechało już po 1990 roku wielu mieszkańców. Do Kiejdan, do Kowna, a także nieco dalej. Litewska prowincja pustoszeje. My byliśmy jednak uparci i chcieliśmy dostrzec kmicicowego ducha. Czy nam się udało, ocenicie sami.

Dzień drugi – odsłonięcie tablicy

Kiejdany, zacne jakieś miasto

Kiejdany, zacne jakieś miasto

Cała niedziela 18 września minęła nam na długiej podróży z Warszawy przez Sejny na Laudę. Pierwszy przystanek zrobiliśmy w Sejnach, za czasów Kmicica, prywatnym mieście duchownym powiatu grodzieńskiego województwa trockiego. Podziwialiśmy Bazylikę Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny oraz klasztor dominikański. Zabraliśmy ze sobą paru członków lokalnego Towarzystwa Opieki nad Zabytkami. Później zatrzymywaliśmy się jeszcze po drodze na Litwie, by zobaczyć piękne Kiejdany, z którymi wiąże się akcja „Potopu” Henryka Sienkiewicza.

– Mości panowie, otworzyć oczy, Kiejdany już widać! – zakrzyknął. –  Co, hę? – rzekł Zagłoba. – Kiejdany? Gdzie? – A, ot tam, wieże widać. – Zacne jakieś miasto – rzekł Stanisław Skrzetuski. – Bardzo zacne – odpowiedział Wołodyjowski – i po dniu waszmościowie jeszcze lepiej się o tym przekonacie.

Przekonaliśmy się i my!

Obeszliśmy z wszystkich stron stojący na rynku pomnik księcia Radziwiłła, zastanawiając się nad tym, jak różnie tę samą historię mogą widzieć Litwini i Polacy. Dla pierwszych bohater, dla drugich – zdrajca. Takich niejednoznaczności na Laudzie znajdziemy o wiele więcej. Na Litwie zabraliśmy ze sobą dalszych uczestników wyprawy: działaczy Związku Polaków na Litwie oddział Wędziagoła, Irenę Duchowską, lokalną poetkę z Kiejdan i szefową Związku Polaków „Lauda”, a także wspaniałego pianistę i przewodnika po Wilnie Andrzeja Pileckiego.

Do Szczodrobowa zajechaliśmy w niedzielę wieczorem, przed miejscową szkołą przyjęli nas lokalni samorządowcy, Litwini przebrani w stroje ludowe. Odbyły się przemówienia, a także wciąganie na maszt dwóch flag narodowych przy akompaniamencie hymnów Polski i Litwy. Później wieczorna kolacja, na której można się było zapoznać bliżej z naszymi kompanami.

***

Poniedziałek zaczął się pracowicie. Ważna chwila. Nasi goście ubrali się w garnitury, panie w eleganckie stroje. Lekki stres, pytanie, czy wszystko wyjdzie, tak jak trzeba. Wszak odsłaniamy dziś tablicę. Dwujęzyczną o następującej treści:

Piewcy dziejów Laudy

Henrykowi Sienkiewiczowi

Pisarzowi i nobliście

W setną rocznicę śmierci

Litwini i Polacy

Wodokty 1916-2016

Tablica na cześć Henryka Sienkiewicza na kościele w Wodoktach

Tablica na cześć Henryka Sienkiewicza na kościele w Wodoktach

W kościele św. Agaty, na którym w sierpniu pojawiła się tablica, odprawiono mszę św. w dwóch językach. Zrobili to księża litewscy, a także polscy kapłani: ks. Remigijus Jurevičius, proboszcz parafii Wodokty, ks. kan. Stanisław Staręga, proboszcz parafii w Okrzei oraz ks. kan. Stanisław Draguła, kapelan dolnośląskiego oddziału „Wspólnoty Polskiej”. Na miejscu obecny był także biskup Eugenijus Bartulis, zwierzchnik diecezji szawelskiej, który poświęcił tablicę.

Polskie ślady w kościele w Wodoktach

Polskie ślady w kościele w Wodoktach

Te polsko-litewskie modły to taki symbol. Polskości już tutaj nie za wiele, choć w kościele fundowanym w 1883 roku przez rodzinę Lutkiewiczów znajduje się odpowiednia tablica. Po polsku. Więcej śladów polskości za chwilę, już po mszy świętej, znajdziemy na cmentarzu. Pojawiają się także okoliczne babcie, dla których odsłonięcie polsko-litewskiej tablicy jest nie lada przeżyciem.

Ostatki polskości

Odsłonięcie tablicy na cześć Sienkiewicza

Odsłonięcie tablicy na cześć Sienkiewicza

Podchodzi do mnie Irena Konopińska, w chuście, zaczyna mi opowiadać swoją historię. – Panie, tutaj przed wojną sami Polacy byli, nie było polskiej szkoły, ale wszyscy mówili po polsku – mówi pani Irena. Teraz już nie jest tak dobrze, powojenna repatriacja czy lituanizacja zrobiła swoje. – Teraz nikt, jeszcze nasze dzieci rozumieją, ale wnuki już zupełnie nie mówią – ciągnie swoją opowieść. Po chwili przybiega do nas polska przewodniczka z Kowna Janina Piotrowska-Zalecka. Do Wodoktów na uroczystości przyjechała aż z dalekiej podkowieńskiej Akademii. Z relikwią rodzinną, czyli wydaniem „Potopu” Henryka Sienkiewicza z 1905 roku. Tę pamiątkę przetrzymano w polskim domu przez czasy carskie, smetonowskie, dwie wojny światowe, okres Sowietów. Ale zachowała się! Na lokalnym cmentarzu w Wodoktach pani Janina ma pochowaną swoją rodzinę. Zrobię zdjęcie tego nagrobka i później grzecznościowo wyślę pocztą do Akademii.

Lokalna Polka dzieli się swoją historią

Lokalna Polka dzieli się swoją historią

Po chwili rozmawiam już z drugą panią Ireną, Romanowską, przyjechała do Wodoktów z pobliskiego Poniewieża. Rodzinnie jest jednak stąd. Ma 85 lat, po 1990 roku angażowała się w Związek Polaków na Litwie – oddział Poniewież. Zaczyna wracać do czasów przedwojennych, opowiadać jak Litwini walczyli z językiem polskim w kościele. Szkoły polskiej otworzyć nie chcieli. Ma rodzinę na cmentarzu w Wodoktach, na którym są prawie same polskie nagrobki. Gdy próbuje rozmawiać z wnukami po polsku, to te przechodzą dla przekory na angielski.

Nie będzie tu przyszłości dla polskości, to już ostatki… – myślę sobie.

Na pocieszenie jedna sprawa. Spotkałem na cmentarzu w Wodoktach także panią Reginę Czyricką, Polkę w średnim wieku z Poniewieża. Mówi bezbłędną polszczyzną. – Jak to możliwe – zaczynam się zastanawiać, wiedząc jak trudna była sytuacja Polaków na Kowieńszczyźnie po 1945 roku. – Moja mama chodziła przed wojną do elitarnego gimnazjum polskiego w Poniewieżu – mówi mi pani Regina. Jakie to musiało być dobre gimnazjum, jaka patriotyczna rodzina, skoro w czasach sowieckich przekazała tę polskość osobie urodzonej w latach pięćdziesiątych. Takich pań Regin na Litwie Kowieńskiej już jednak niezmiernie mało.

Dęby będą pamiętać

Litewska orkiestra na Laudzie

Litewska orkiestra na Laudzie

Po ponadgodzinnym zwiedzaniu cmentarza, gdzie każdy z polskiej wycieczki chciał dotknąć choć przez moment tej polskości, która odeszła, pod pomnikiem Witolda Wielkiego, gdzie polska delegacja złożyła kwiaty, odbyły się przemówienia lokalnych samorządowców, a także koncert orkiestry z Szadowa. – Never ending story – nucę sobie melodię, którą zaproponowała nam orkiestra. Czy te stosunki polsko-litewskie, nasze zakochanie, miłość, a później nienawiść i fobia, to nie taka never ending story? Spór o końcówki, literę „w” w paszporcie…

Sadzenie dębów sienkiewiczowskich

Sadzenie dębów sienkiewiczowskich

Za chwilę idziemy sadzić dęby. 100 dębów na pamiątkę stulecia śmierci noblisty Henryka Sienkiewicza. 90 dębów dostarcza strona litewska. 10 drzewek przyjechało z polskich Sejn. Do sadzenia zabierają się wszyscy, starzy i młodzi. Sadzą nasi kapłani, których zabraliśmy z Polski, sadzi nasz przewodnik Jan Skłodowski, pracownicy muzeów Henryka Sienkiewicza z Polski, sadzą lokalni Litwini… Za ileś lat ma być tutaj Park Przyjaźni Polsko-Litewskiej.

Trzeci dzień – chodzimy po Szczodrobowie

W drugim dniu odbyła się jeszcze konferencja sienkiewiczowska w domu kultury w Wodoktach. Naukowcy z Polski zastanawiali się nad paroma tematami. Agnieszka Kowalska-Lasek, dyrektor Muzeum Henryka Sienkiewicza w Oblęgorku opowiedziała nam co nieco o tym miejscu, podobnie jak Maciej Cybulski, dyrektor analogicznej placówki w Woli Okrzejskiej. Prof. Jarosław Komorowski z Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk zabrał nas w podróż po kresach dawnej Rzeczypospolitej, zaś dr Katarzyna Buczek z Uniwersytetu Warszawskiego w referacie Pieczeń z suhaka i suszone wiśnie, czyli „Trylogia” od kuchni zaostrzyła nam nieco apetyt przed zbliżającą się kolacją.

Trzeci dzień zaczęliśmy od kontynuacji konferencji. Strona litewska przybliżyła nam postać ks. Antanasa Valantinasa (1916-2004), patrona ulicy w Wodoktach. Oddajmy głos badaczowi Litwy.

Ksiądz Antanas Valantinas. Litwin, nie mówi po polsku, lecz wszystko rozumie. Jest poetą zakochanym w historii tej ziemi. Nie tępi Sienkiewicza, jak inni Litwini, napisał o nim duży artykuł. Wydrukował go w Australii. Napisał też wiersz o Wodoktach i przetłumaczony na język polski wysłał do papieża Polaka do Watykanu. Wiersz jest rymowaną historią Wodoktów z wątkiem sienkiewiczowskim, z księdzem Mackiewiczem, z opisem czasów stalinowskich. Na polski tłumaczyła pani Szydłowska, ostatnia szlachcianka w Wodoktach.

(Maciej Kledzik, „Litwa Sienkiewicza, Piłsudskiego, Miłosza”, Łomianki 2014, s. 44)

Wysłuchaliśmy także referatów o mężczyznach i kobietach u Sienkiewicza (dr Dawid Maria Osiński), metaliterackich racjach w sporze o historyczność powieści Henryka Sienkiewicza (dr Jan Musiał), o Henryku Sienkiewiczu w Szwajcarii (dr Stanisław Zawodnik) czy o szlakach Sienkiewicza po Ukrainie (Mariusz Olbromski).

***

Kościół w Szczodrobowie

Kościół w Szczodrobowie

Po południu idziemy na spacer po miasteczku Szczodrobowo. Przygotowujemy się już mentalnie do środowej całodniowej wycieczki śladami „Potopu”. Ale Szczodrobowo także ma coś do zaoferowania. Piękny kościół św. Trójcy, po którym oprowadza nas lokalny ksiądz. To chór ze Szczodrobowa śpiewał w poniedziałek podczas mszy świętej w Wodoktach. Ciekawy jest lokalny cmentarz, ale polskich nagrobków już tutaj mało.

Później idziemy zwiedzać miejscową szkołę. Robi wrażenie. Choć jest tutaj głucha litewska prowincja, to sale są bardzo dobrze wyposażone. Pełna komputeryzacja i informatyzacja. Zwiedzamy aż dwa gabinety do nauki języka francuskiego. Kiedyś francuski był tutaj głównym językiem, bo gmina Szczodrobowo ma podpisaną umowę o partnerstwie z jednym z francuskich samorządów. Teraz na czoło wybił się angielski. Kolega Sławomir, uczestnik naszej eskapady, w klasie postanawia zrobić psikus i napisać kredą początek inwokacji na tablicy szkolnej. Po polsku. Czy mieszkańcy Szczodrobowa trafnie odczytają ten żart? Czy nie przestraszy ich ta ostentacyjnie manifestowana polskość? Co w ogóle myślą o Sienkiewiczu? – zastanawiam się.

Szkoła w Szczodrobowie

Szkoła w Szczodrobowie

Widzę na biurku nauczycielki wydruk z internetu. Biografia noblisty spisana po litewsku. A jednak. Widocznie przed naszym przyjazdem była tutaj lekcja na temat „Potopu”, który już dwa razy w historii został przetłumaczony na język litewski, ale nie mówi Litwinom nic.

Wieczorem jesteśmy już w Domu Kultury. Słuchamy pięknej gry pianisty Andrzeja Pileckiego, zafascynowanego Michałem Kleofasem Ogińskim, a także wierszy kiejdańskiej poetki i działaczki na rzecz polskości Ireny Duchowskiej.

Autokarem po Laudzie

Witają nas w Pacunelach

Witają nas w Pacunelach

To chyba najciekawszy moment tej wyprawy. Dotknąć osobiście tych wszystkich miejsc opisanych w „Potopie”. Mało kto z Polaków tu kiedykolwiek był. Docieramy najczęściej do Wilna, Trok, Kowna – Laudę pomijamy. Niesłusznie. Nasza trasa wiedzie przez Pacunele z pięknym drewnianym kościołem św. Jana Chrzciciela i cmentarzem pełnym polskich nagrobków, wita nas tutaj lokalny zespół folklorystyczny. Są serdeczni, częstują świeżo wyciskanymi sokami „pacunelskimi”. Kiedyś Pacunele były znane nie z soków, a „pacunelek” – nieziemsko pięknych kobiet. Tak głosiła wieść gminna na Laudzie.

Gasztowtowie siedzieli w Pacunelach: panny ich słynęły pięknością, tak, iż w końcu wszystkie gładkie dziewczęta w okolicy Krakinowa, Poniewieża i Upity pacunelkami nazywano.

W Pacunelach na cmentarzu spotykamy małżeństwo, które opiekuje się grobami rodziny Adamowiczów. Później jedziemy już do Mitrun.

Wtem panna Aleksandra ujęła się znowu koniuszkami palców za suknię. I znowu dygnęła z nadzwyczajną powagą, a orszańskim zabijakom jakoś nieswojsko było wobec tej dwornej panny. Starali się pokazać jako ludzie grzeczni i nie szło im w ład. Więc poczęli ciągnąć się za wąsy, mruczeć, kłaść ręce na szable, aż Kmicic rzekł: – Przyjechaliśmy tu niby kuligiem w tej myśli, żeby waćpannę zabrać i do Mitrunów przez lasy przewieźć, jako wczoraj była ugoda. Sanna okrutna, a i pogodę Bóg zdarzył mroźną. – Jużem ja ciotkę Kulwiecównę do Mitrunów wysłała, żeby nam posiłek przyrządziła. A teraz maluczko waćpanowie poczekacie, jeno się nieco cieplej przyodzieję.

Tadeusz Bystram z Alfredasem Bumblauskasem w Mitrunach

Tadeusz Bystram z Alfredasem Bumblauskasem w Mitrunach

W runie dworu Sawickich w Mitrunach spotykamy litewskiego historyka Alfredasa Bumblauskasa, który jest właśnie konsultantem kręconego tu przez Tadeusza Bystrama filmu. – Chociaż sam jestem Żmudzinem z Telsz, nigdy nie wiedziałem, gdzie jest granica Księstwa Żmudzkiego – zwierza się Przeglądowi Bałtyckiemu profesor. – Z tym większą przyjemnością przyjąłem zaproszenie autora filmu, by porozmawiać o Sienkiewiczu. Mówię o litewskim spojrzeniu na potop, na unię kiejdańską, na Radziwiłłów – twierdzi Bumblauskas.

Później Tadeusz Bystram, dla którego Mitruny są gniazdem rodowym, wyjaśnia, że spiritus movens tego filmu był litewski ks. Rimantas Gudelis. Kapłan stwierdził, że po prostu warto nakręcić film o Mitrunach, bo w tym dworze bywał Henryk Sienkiewicz. – Jest hipoteza, że właśnie w Mitrunach noblista miał wpaść na pomysł, by część akcji „Potopu” umieścić na Laudzie, na Ziemi Upickiej… –mówi Przeglądowi Bałtyckiemu Tadeusz Bystram. Premiera filmu odbędzie się 26 listopada w Bystrampolu i Poniewieżu.

W trakcie wycieczki zaglądamy także do Muzeum Powstania Styczniowego w Podbrzeziu. Mieści się ono w pięknie odrestaurowanym dworku barona Stanisława Szylinga. Ekspozycja jest dla nas o tyle ciekawa, że w trzech językach: litewskim, angielskim i polskim, co jest ewenementem jak na Litwę. Później będziemy jeszcze na obiedzie w Krakinowie.

– Akurat na jutro rano będziemy w Kiejdanach – rzekł pan Wołodyjowski – a w drodze i na kulbakach można się słodko przedrzemać. We dwie godzin później, podjadłszy i podpiwszy nieco, ruszyli rycerze w podróż i jeszcze przed zachodem słońca stanęli w Krakinowie. Przez drogę opowiadał im pan Michał o okolicy, o sławnej szlachcie laudańskiej, o Kmicicu i o wszystkim, co się od pewnego czasu darzyło.

Nasz kolejny przystanek to Upita.

– Na Boga! cała Upita do nas wali! Już są we wsi, a Babinicz pewnie z nimi!

Dwór w Mitrunach

Dwór w Mitrunach

Upita to niegdyś siedziba posła Władysława Sicińskiego, znanego z tego, że jako pierwszy użył liberum veto podczas jednego z Sejmów. I od tego rozpoczął się upadek Rzeczypospolitej. 20 października 1655 roku Siciński, sojusznik Radziwiłła, podpisał ugodę kiejdańską. Nasza wycieczka żartuje, że widocznie dotknęła nas klątwa Sicińskiego, bo nagle tuż po wyjściu z kościoła św. Karola Boromeusza dopada nas grad.

Siciński za to, że kazał włościanom pracować w niedzielę, był rażony piorunem, a jego dwór zalany został wodą. Teraz zachowała się tylko Góra Zamkowa. Później szlachta, pamiętając o liberum veto, o tym, co uczynił Siciński, wywlekła jego mumię z krypty i ciągnęła tę mumię wokół karczmy. Straszyli pijaną szlachtę. Ksiądz był zrozpaczony, że zwłoki człowieka tak się poniewiera, zamknął je w szafie, bo szlachta sprzeciwiła się pochówkowi – opowiada nam miejską legendę pianista Andrzej Pilecki. To mrozi krew w żyłach.

Burbiszki

Burbiszki

Później jeszcze jedziemy do Burbiszek, by zobaczyć pozostałości majątku Michała Bażeńskiego. Znajduje się tutaj najstarszy na Litwie pomnik Adama Mickiewicza. Pomnik ufundował właściciel majątku, a wyrzeźbił go w 1911 roku Kazimierz Ulański. Podczas jego odsłonięcia obecny był pisarz Kornel Makuszyński, który przed I wojną światową w Burbiszkach pomieszkiwał.

Wieczorem jeszcze akademia w lokalnym Domu Kultury. Proszę lokalnego Litwina, świetnie mówiącego po polsku, Antoniego Norwida, by powiedział parę słów o sobie. – Urodziłem się w 1940 roku niedaleko Wodoktów, mieszkam w Wodoktach. Mój ojciec uważał siebie za Polaka, a mama była Litwinką. Między sobą rodzice rozmawiali po polsku. Przed wojną w kościele w Wodoktach była polska msza. W szkole w czasach sowieckich nie uczyli nas, co to znaczy Lauda – opowiada Przeglądowi Bałtyckiemu. Pan Norwid jest obecnie na emeryturze. W czasach sowieckich służył w marynarce wojennej w Lipawie i w Świnoujściu.

Co nam zostało z tego wyjazdu

Przegląd Bałtycki postanowił zapytać paru uczestników laudańskiej eskapady o wrażenia. – W czasie jazdy autokarem kartograf Piotr Kamiński posługując się dawnymi mapami sztabowymi, pokazywał miejsca, gdzie niegdyś były całe wsie, które zostały wchłonięte przez kołchozy lub się wyludniły i obecnie nie ma po nich śladu. Piotr wskazywał także, jak biegły dawniej drogi, czasem można było zobaczyć obok asfaltu dawny tzw. bity trakt, który nagle skręcał do wsi, której obecnie nie ma. Piotr zwracał naszą uwagę na zalesione starymi drzewami pagórki – to miejsca po dawnych dworach, które najczęściej zostały zrównane do fundamentów, pozostały ślady alei lipowej czy fragmenty sadu. Jabłka z takiego zdziczałego sadu przy dworze Lutkiewiczów w Wodoktach miały niezapomniany smak, nie do doścignięcia przez współczesne odmiany. Co rusz ktoś „urywał się” z naszego sympozjum i biegł do sadu po jabłka, którymi częstował całą grupę – wspomina Dorota Giebułtowicz, członek redakcji kwartalnika „Bunt Młodych”, który sprawował patronat medialny nad naszym wyjazdem.

Przed wyjazdem na Laudę miałam świadomość, że do drugiej wojny światowej zamieszkujący ją Polacy stanowili ponad połowę ogółu mieszkańców, a do tego specyfiką tego obszaru były „okolice” – zaścianki szlacheckie zamieszkiwane przez potomków sienkiewiczowskiej szlachty laudańskiej. Dziś proporcje są diametralnie inne. Podczas wyprawy widoczne było, że pamięć o Henryku Sienkiewiczu czy Czesławie Miłoszu, jest na Laudzie rodzajem ponadczasowego łącznika i nici porozumienia pomiędzy Polakami i Litwinami. To ważne, ponieważ nierzadko odnosi się wrażenie, że Polacy i Litwini w jednym kraju żyją nie razem, a obok siebie. Było to też widoczne, kiedy odwiedzaliśmy małe muzea organizowane przez lokalne społeczności. Z jednej strony niezmiernie budująca była tak widoczna chęć podtrzymywania i promowania tradycji, kultury, gromadzenia pamiątek przeszłości, lokalnych wyrobów rzemieślniczych, dokumentów, książek, wspominanie mieszkańców, którzy odnieśli sukces jako ludzie polityki czy kultury. Z drugiej jednak strony brakowało mi, właśnie na tym lokalnym poziomie, narracji nawiązującej do dawnych – choćby trudnych – dziejów tych miejsc, wspólnej historii, będącej dziś udziałem państw-sukcesorów dawnej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, i wreszcie dziedzictwa tych mieszkańców Laudy, którzy kiedyś stanowili tak znaczącą część jej mieszkańców – dzieli się z nami swoją refleksją dr Dorota Janiszewska-Jakubiak, zastępca dyrektora Departamentu Dziedzictwa Kulturowego za Granicą i Strat Wojennych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Swoje refleksje ma także polonista z Uniwersytetu Warszawskiego dr Dawid Maria Osiński. – W ciągu dwóch miesięcy szlak litewski odwiedziłem dwa razy. W końcu lipca pracowałem naukowo w Wilnie w tamtejszym Litewskim Historycznym Archiwum Państwowym nad lekturą rękopisów zapomnianej nieco na polskim gruncie pisarki, tłumaczki i przyjaciółki Elizy Orzeszkowej, a zwłaszcza Leopolda Méyeta (adwokata autorki Nad Niemnem) – Wilhelminy Zyndram-Kościałkowskiej. Dlatego konfrontacja tych dwóch doświadczeń dała mi również do myślenia. Pobyt w Kiejdanach, Wodoktach, Mitrunach, Pacunelach i Szczedrobowie dał mi dużą satysfakcję poznawczą, o której będę pamiętał. I przechowam ją jako doświadczenie, które utrwaliło różne tryby odkrywania litewsko-polskiego teraz i czytania kodu kulturowego laudańskiej dawności. Jednym z ważnych doświadczeń było, jak to zwykle w takich razach bywa, zwiedzanie muzeów, kościołów, przykościelnych cmentarzy, ruin dworów czy zamków, z których dawnej świetności pozostała bardziej pamięć miejsca – zwłaszcza dla tamtejszych mieszkańców – niż rzeczywisty, artefaktowy ich charakter. Drugim – tym dużo ważniejszym – atmosfera, która sprzyjała spotkaniu ludzi i dyskusjom z tamtejszymi Polakami starszego pokolenia, niepozbawiona nostalgicznej rysy trudnej codzienności. Ale dyskusje te nie miały charakteru martyrologicznego żalu czy rozdrapywania przeszłości, nie miały też charakteru projektowania tego, jak by mogło być „dalej”. Uświadamiały one niezwykłą energię spotkanych ludzi, siłę ich pogodzenia z różnymi okolicznościami życia, ujawniały żywotność myśli i chęć spotkania. Dawały więc nadzieję na kolejne „dalej”.

Czy będzie kontynuacja?

Interesującym pytanie jest jak ta wrześniowa eskapada laudańska przełoży się na stosunki polsko-litewskie. Na pewno Litwini nie odkryją nagle dla siebie Sienkiewicza i całego bogactwa wspólnej tradycji Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Zbyt wiele lat minęło. Za dużo nas rozłączyło w XX wieku. Zrastanie się to jest to proces obliczony na dekady. Na pewno warto przypominać o takich postaciach jak Sienkiewicz, o jego twórczości, a także o tym, że do 1940 roku Laudę współtworzyli mieszkańcy Litwy o polskich korzeniach, o polskim języku. Można by powiedzieć, że byli to Starolitwini.

Takie wyjazdy jak ten wrześniowy nie przekładają się od razu na zmianę w stosunkach między krajami, ale drążą tę skałę wzajemnych relacji. Jest to niewielki kamyczek dodany do naprawy naszych niełatwych stosunków. Skoro nie może nas połączyć polityka czy energetyka, może połączy nas kultura? Może właśnie czasem warto zaczynać nie od spraw wielkich, ale drobnych – zawieszenia tablicy, wspólnej modlitwy, wzajemnego poznania się, zjedzenia z bratem-Litwinem smakowitego sękacza czy wypicia znakomitego litewskiego piwa i wspólnej rozmowy o nas. O dwóch krajach, które kiedyś bardzo wiele łączyło.

Zapytałem Jana Skłodowskiego, jakie są plany na przyszłość. – Oczywiście, takie plany mam. Chciałbym je ziścić w roku 2018, roku 100-lecia uzyskania niepodległości obu naszych krajów. Robocze spotkania w rejonie i gminie planuję na 2017 rok. Chciałbym też doprowadzić do wznowienia „Potopu” po litewsku – najlepiej chyba reprintu z tłumaczenia powieści z lat 1936-1938. O tym będę rozmawiać w rejonie w Radziwiliszkach z lokalnym merem. Ważne jest też zagospodarowanie merytoryczne parku przyjaźni w Wodoktach, jako obiektu edukacyjnego, który łączy pamięć Henryka Sienkiewicza z rocznicą niepodległości Litwy – ustawienie kamienia ze stosownymi napisami, nazwaniem jego alejek – odpowiednie tabliczki – na przykład z tytułami powieści Sienkiewicza itp. Rok 2018 to dobra na to okazja. O tym wszystkim będę rozmawiać z merem w Radziwiliszkach i wójtem w Szczedrobowie, w roku 2018 na pewno, a może nawet i wcześniej, bo jeszcze tej jesieni – dzieli się z nami swoimi planami dr Jan Skłodowski.

Pirmyn!

P.S. Jeśli fragmenty tekstu są zaznaczone kursywą, a nie są podpisane, pochodzą z „Potopu” Henryka Sienkiewicza.

 

Zdjęcie tytułowe: Krajobrazy z Laudy. Autorem wszystkich zdjęć jest Tomasz Otocki.

Polub nas na Facebooku!