Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Kaitseliit cię obroni. Partyzantka po estońsku

Rosyjska wojna na Ukrainie obudziła strachy w krajach bałtyckich. Coraz więcej Estończyków ćwiczy partyzantkę. Simone Brunner towarzyszyła przez trzy dni estońskim mężczyznom i kobietom w treningu obrony partyzanckiej.

Na wojnie partyzanckiej: strzelanie, bieganie, orientacja – Estończycy szkolą się do obrony. Zdj. Simone Brunner.

Taavi Tuisk maszerował całą noc. W szarości poranka odbezpieczał pułapki, a przed wrogimi wojskami chował się w gąszczu. Obecnie pochyla się nad mapą, by przestudiować pozycję przeciwnika. To nie jest łatwe zadanie, kiedy ma się 35 kilometrów w nogach, a spało się przed chwilą 20 minut. A w dodatku pismo jest w cyrylicy.

Dlaczego pozycje na mapie są napisane akurat po rosyjsku? „To, że Rosjanie są naszymi wrogami, to scenariusz, który często przerabiamy” – mówi Tuisk, uśmiechając się. Nie wygląda na prawicowego fanatyka czy podżegacza wojennego: czarne, rogowe okulary, gibkie ciało, przyjazny uśmiech.

Trzydziestodziewięcioletni mężczyzna pracuje w szkole zawodowej na największej estońskiej wyspie – na Saremie. Ale dziś zamienił salę lekcyjną na estońskie lasy. Lodowaty wiatr gwiżdże mu w uszy, jest sześć stopni poniżej zera. „W ten sposób mogę wnieść przynajmniej mały wkład, by gdy zajdzie taka potrzeba, bronić mojej ojczyzny” – mówi ojciec rodziny.

Wschodnia Estonia. Ośnieżone wzgórza, oblodzone bagna, lasy brzozowe. Raz do roku odbywa się tutaj militarny survival „Utria”. Tym razem w wielodniowej walce partyzanckiej typu „outdoor” konkuruje 28 drużyn. Zaatakować ostrzałem, celować karabinem maszynowym, pokonywać bariery, leczyć rannych, a do tego odbyć marsz pieszo około 100 kilometrów w 36 godzin.

Dlaczego leżą w śniegu przy ujemnych temperaturach? Padają różne odpowiedzi – „nauka przetrwania w naturze” albo obrona przed potencjalnym wrogiem, na przykład Rosją. Zdj. Simone Brunner.

Ćwiczenia mają za zadanie przypomnieć bitwę pod Utrią z 1919 roku, gdy estońscy i fińscy partyzanci złapali Armię Czerwoną w zasadzkę, a później zmusili do ucieczki – bitwa, którą obchodzi się do dziś jako zwycięstwo w estońskiej wojnie o niepodległość z lat 1918-1920. Ale dziś partyzanci są nowocześnie wyposażeni: karabin szturmowy, śniegowy ubiór maskujący, aparaty cyfrowe, lampy czołowe i GPS. Z drogi wysyłają co chwila selfie do swoich bliskich.

Rosyjska agresja na Ukrainie obudziła w krajach bałtyckich stare lęki. Nie do końca bezzasadne: co chwila rosyjskie samoloty wojskowe naruszają bałtycką przestrzeń powietrzną. Ostatnio rosyjskie wojsko przeniosło zdolne do atomowego uderzenia rakiety krótkiego zasięgu do eksklawy Kaliningrad. Podobnie jak w Estonii, paramilitarne organizacje na Litwie i Łotwie przeżywają od 2014 roku silny boom. Ostatnio uwagę wszystkich zwróciła Litwa dzięki swojej propozycji, by zbudować płot na dwa metry wzdłuż granicy z Kaliningradem.

Od czasu aneksji Krymu i wojny w Donbasie liczba Estończyków, którzy w weekendy czy podczas letnich obozów kształcą się na zdolnych do obrony obywateli, wzrosła o 10% do prawie 16 tys. mężczyzn i kobiet. Wraz z organizacjami młodzieżowymi, „Narodowy Związek Obrony” (estoński „Kaitseliit”), który należy do związku ochotników estońskiej armii, wzrósł do 25,6 tys. członków. To w przeliczeniu co pięćdziesiąty obywatel kraju, który ma 1,3 miliona ludności. Estońska armia liczy z kolei tylko 6 tys. osób.

„Dywan bezpieczeństwa” – tak nazywa to Neeme Brus, rzecznik Kaitseliit. „Mamy żołnierzy w każdym mieście, każdej wiosce, można by nawet powiedzieć, w każdym domu”. Ochotnicy nie są przy tym żadnymi histerykami czy prawicowymi fanatykami, ale nauczycielami, specjalistami IT, studentami czy przedsiębiorcami. „Nie chodzi o to, że boję się wojny” – mówi kelnerka Ruth z Tartu. Plecione warkoczyki, czarne okulary, sweter z kapturem.

Dwudziestodziewięciolatka bierze udział w ćwiczeniach po raz pierwszy w tym roku. Lecz jej chodzi o wiele bardziej, by przetestować swoje granice i nauczyć się radzić sobie samej w warunkach naturalnych, tak twierdzi. Ale koniec końców: „Gdyby pewnego dnia coś miałoby się zdarzyć, jest dobrze wiedzieć pewne rzeczy”.


Nie, nie tylko mężczyźni uczestniczą w szkoleniach. Zdj. Simone Brunner.

To że desygnowany prezydent USA Donald Trump krytykował ostatnio NATO, poddając wielokrotnie w wątpliwość klauzulę o wzajemnej pomocy Paktu Północnoatlantyckiego, przyjmuje się w krajach bałtyckich z ostrożną obawą. „Mam duże zaufanie do checks and balances w USA i nie wątpię w ich gotowość, by zapewnić porządek na świecie” – mówi dziennikarzom podczas zawodów Meelis Kiili, komendant Kaitseliit. Kraje bałtyckie są od 2004 roku członkami NATO.

Bądź co bądź fakty na ziemi mówią tymczasem innym językiem niż prezydent Stanów Zjednoczonych. Dopiero co w ramach operacji „Atlantic Resolve“ do Polski trafiło około 4 tys. żołnierzy. Także do krajów bałtyckich kieruje się żołnierzy NATO, w Estonii do wiosny ma pojawić się 500 Brytyjczyków. To co krytycy NATO krytykują w „apelu z Bremenhaven” jako „machanie szabelką”, mieszkańcy krajów bałtyckich widzą jako gwarancję ich niepodległości. Chociaż obecnie nie ma „żadnego bezpośredniego zagrożenia” ze strony Rosji, jak podkreśla Kiili, „ale nie ma nic niewłaściwego w tym, by przygotować się na najgorsze”. Tymczasem w minionych dniach zawarto także dwustronne porozumienie wojskowe między USA a Estonią, Łotwą i Litwą.

Dzień trzeci. Ćwiczenia kończą się w mieście Narwa, bezpośrednio przy granicy z Rosją. Przy rzece o tej samej nazwie po stronie estońskiej wznosi się twierdza Hermanna, założona w średniowieczu przez Duńczyków, a później sprzedana Zakonowi Niemieckiemu.

Narwa ma krwawą historię: miasto zostało opanowane przez Rosjan w 1721 roku za czasów Piotra Wielkiego, podczas estońskiej wojny o niepodległość dostało się znowu pod estońską kontrolę. W 1940 roku kraje bałtyckie w wyniku paktu Hitler-Stalin zostały anektowane przez Sowietów, w 1941 roku zaś zajęte przez nazistów, a w 1944 roku ponownie włączone w skład Związku Sowieckiego.

Ćwiczenia kończą się w Narwie, gdzie nad miastem góruje dawna twierdza. Po drugiej stronie rzeki już Rosja. Zdj. Simone Brunner.

Od czasu przystąpienia do Unii Europejskiej w 2004 roku przebiega tutaj zewnętrzna granica Unii z Rosją.  Most łączy tutaj przez rzekę UE z Rosją. Chmury wiszą nisko i gęsto, w nocy spadł śnieg.

Obawy o powtórzenie scenariusza donbaskiego w następstwie rosyjskiej wojny hybrydowej we Wschodniej Ukrainie – z uwzględnieniem etnicznych Rosjan, którzy stanowią w Narwie więcej niż 90% ludności – okazała się zupełnie bezpodstawna. Zbyt wielkie są przywileje jakimi cieszą się obywatele Unii Europejskiej, nawet w porównaniu z kontrowersyjną polityką mniejszościową Estończyków i gospodarczą mizerią w prawie sześćdziesięciotysięcznym mieście, po tym jak ostatnio zamknięto tutaj wielką fabrykę tekstyliów.

Przeczytaj także:  Dlaczego Narwa nie jest następna?

To jednak dziwaczna sceneria: drużyny wspinają się ostatnimi siłami na mury twierdzy, podczas gdy grzmią strzały z cynowych urządzeń. Echo zostaje złamane przez mury twierdzy w Iwangorodzie, bliźniaczego miasta na drugim brzegu rzeki. Ze szczytu widać już rosyjską flagę.

Czy zatem wszystko jest tylko odstraszaniem Rosji?

„Kiedy Pani instaluje urządzenie alarmowe w domu czy w mieszkaniu, to nie dostanie Pani dzięki temu 100-procentowej gwarancji przeciwko włamywaczom” – mówi ochotnik Madis Milling, który jest jednocześnie posłem Partii Reform, „ale włamywacz przynajmniej dwa razy się zastanowi. Rosja musi zrozumieć, że nie opłaca się atakować Estonii”.

 

Tekst pierwotnie ukazał się w szwajcarskim piśmie „Die Tageswoche”, został także przedrukowany w austriackim „Der Standard”. Tłumaczenie z języka niemieckiego Tomasz Otocki. Tytuł reportażu pochodzi od redakcji „Przeglądu Bałtyckiego”.

 

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

 

Zdjęcie tytułowe: Kamuflaż, karabin maszynowy i wola walki – Estończycy łączą najnowszą technologię i wysokie morale. Zdj. Simone Brunner.

 

Polub nas na Facebooku!