Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Zamek z piasku, który runie? O filmie „Szwedzka teoria miłości”

play

Szwedzi stali się ekonomicznie niezależni, ale czy szczęśliwi? – stawia pytanie film „Szwedzka teoria miłości” w reżyserii Erika Gandiniego. Za niezależność zapłacili przecież samotnością, a ta jest walutą nieszczęścia.

Kino dokumentalne ma to do siebie, że trudno z nim dyskutować. Z zasady ma edukować i obrazować fakty. A z faktami się przecież nie polemizuje. Co innego fabuła. Jej siła polega na tym, że przekazuje prawdę w fikcyjnej historii, niejako za pomocą metafory. „Coś, co ktoś sobie wymyślił” – jak często pogardliwie określają fikcję niektórzy zwolennicy nonfiction – może o danym zjawisku mówić więcej i dobitniej niż niejeden dokument. Widz ma świadomość, że styka się z pewną propozycją interpretacji danego problemu. Przy dokumencie ta świadomość jest osłabiona. Łatwiej uznać za pewnik to, co przedstawia dokument, choć reżyser zawsze rzuci na niego jakiś cień subiektywizmu.

Dzieckiem obu gatunków jest DOKUMENT KREACYJNY. Ma on na celu przedstawienie wybranego zjawiska czy wydarzenia w konwencji kina dokumentalnego, pozostaje jednak subiektywną wizją reżysera. Dokumentem kreacyjnym jest właśnie film „Szwedzka teoria miłości” w reżyserii Erika Gandiniego. Film z 2015 roku miał polską premierę w zeszłym tygodniu. Opowiada o życiu współczesnych Szwedów, w świetle ogłoszonego w 1972 rządowego dokumentu „Rodzina przyszłości”. Jego stworzeniu przyświecało pragnienie stworzenia społeczeństwa ludzi niezależnych od siebie nawzajem. Więzy międzyludzkie miały się odtąd opierać na dobrej woli, nie przymusie. Państwo miało zapewnić wsparcie na każdym etapie życia obywatela. Do dziś – dzieci cieszą się szerokim wachlarzem praw, starsi opieką społeczną, a pracujący dorośli mają zagwarantowane ekonomiczne minimum, które ma zagwarantowć im niezależność finansową. Z punktu widzenia ekonomicznego i społecznego Szwedzi stali się niezależni. Ale czy szczęśliwi? – stawia pytanie film. I sam szybko podsuwa odpowiedź: nie. Za niezależność zapłacili samotnością, a ona jest największym nieszczęściem.

Film przedstawia kilka krótkich historii ze szwedzkiego życia wziętych: jest kobieta, która pragnie zajść w ciążę i decyduje się na skorzystanie z banku spermy; jest firma zajmująca się szukaniem krewnych ludzi zmarłych samotnie – co ponoć jest w Szwecji nie tak rzadkie; jest nawet grupa uchodźców, która nie czuje się w pełni zaakceptowana przez rdzennych mieszkańców i której z trudem przychodzi zrozumienie ich obyczajów. Wszystko układa się w obraz, którego przekaz jest aż nazbyt jasny: wolność, niezależność i dobrobyt niszczą więzi międzyludzkie i nie gwarantują upragnionego szczęścia. Jaskrawym potwierdzeniem ma być historia szwedzkiego lekarza, który przeprowadził się do Etiopii, ojczyzny swojej żony. Jako lekarz niosący pomoc ludziom czuje się tam potrzebny, praca nadaje jego życiu sens.

Społeczeństwo dobrobytu nie jest na pewno wolne od wad, jednak problem samotności jest na tyle poważny i delikatny, że ukazywanie go powierzchownie, bez próby zgłębienia tego, co indywidualne, niebezpiecznie popycha film w stronę propagandy. Oglądając „Szwedzką teorię miłości” łatwo poddać się grze pozorów. Łatwo dać się nabrać. Tak, jak łatwo posądzić o egoizm kobietę, która decyduje się na samodzielne zapłodnienie i macierzyństwo, gdy tymczasem u podstaw jej decyzji może leżeć wcale nie egoizm, a nieodpowiedzialność i emocjonalna oziębłość mężczyzn z jej środowiska. Łatwo zachwycić się doktorem, który pomaga dzieciom w Afryce, jednak oglądając, jak z satysfakcją opowiada o leczeniu pacjentów szprychą od roweru, czy widząc jego zadowoloną minę, gdy triumfalnie unosi rękę z wiertarką, którą przed chwilą operował, trudno nie odnieść wrażenia, że obok satysfakcji niesienia pomocy, znajduje w tym jakąś niezdrową frajdę kolonizatora. Teza, że szczęście daje człowiekowi bycie we wspólnocie, wymaga dopowiedzenia, że kluczowe znaczenie ma jakość tej wspólnoty i pozycja w niej. Trudno, by europejski lekarz w małej, biednej, afrykańskiej społeczności nie cieszył się poważaniem i dobrą pozycją w grupie. Czy jej pozostali członkowie czują się równie szczęśliwi? Czy nie wyemigrowaliby do tej strasznej Szwecji, gdyby tylko nadarzyła się okazja?

Niezależność nie daje szczęścia, wolność nie daje szczęścia – krzyczy film. Brzmi to groźnie o tyle, o ile groźnie brzmi odwrócenie tych słów: niewola daje szczęście. O tym jednak, o wiele lepiej niż dokument kreacyjny, opowiedziałby, dajmy na to, fikcyjny kryminał o zbrodniarzu, który niewoli i niszczy w przekonaniu, że w ten sposób niesie nieświadomym ludziom szczęście. „Szwedzka teoria miłości” to film, trzeba przyznać, świetnie zmontowany, muzyka jest przyjemna dla ucha i współgra z obrazem, co niektórzy odnajdą dla siebie momenty humorystyczne. Jednak o wiele ciekawiej można spędzić czas choćby przy lekturze „Millienium” Stiega Larssona. W tej – choć fikcyjnej – historii Szwedzi walczą z tym, co naprawdę stanowi zagrożenie – okrucieństwem.

 

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Polub nas na Facebooku!