Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Grażdanin N.N. Życie codzienne w ZSRR – recenzja książki

W popkulturze istnieje kilka uproszczonych obrazów Związku Sowieckiego. Wychowani na amerykańskich filmach widzą surowego, ale odrealnionego przeciwnika wszelkich wyścigów: zbrojeń, kosmicznego czy sportowego. Mieszkańcy Europy Środkowo-Wschodniej pamiętają przede wszystkim zupełnie realne i bolesne deportacje czy sowietyzację. Gdzieś między tymi przytłaczającymi obrazami chowa się sowiecka codzienność, w której miało przecież udział niemal 300 milionów mieszkańców czerwonego państwa. Tę codzienność – od kołyski aż po grób – przybliża książka „Grażdanin N.N. Życie codziennie w ZSRR” Marty Panas-Goworskiej i Andrzeja Goworskiego.

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Książka „Grażdanin N.N. Życie codziennie w ZSRR” Marty Panas-Goworskiej i Andrzeja Goworskiego (Wydawnictwo PWN) prowadzi przez modelowe życie mieszkańca Związku Sowieckiego. Tę podróż czytelnik zaczyna od dzieciństwa ubarwionego kultowymi wieczorynkami, poznaje aktorów i pomysłodawców, wchodzi za kulisy, przybliża historie ich bohaterów, m.in. Chriuszy i Stiepaszki. Następnie wraz z sowieckimi podrostkami trafiamy na Krym, gdzie w słynnym Arteku kształtowały się charaktery pionierów i wielokulturowe społeczeństwo Związku Sowieckiego. Dalej autorzy zabierają czytelnika w okres młodości – szkoły i studiów, pierwszych miłości. Następnie z kolejnymi bohaterami trafia w kamasze, by walczyć w spalonym słońcem Afganistanie. Po sprawdzeniu się na polu walki (lub przeżyciu dramatu na tym polu) modelowy mieszkaniec Związku Sowieckiego zakładał rodzinę oraz stawiał czoła dorosłemu życiu z jego rutyną, problemami, przygodami i pokusami. Dorosły grażdanin budował swoje życie rodzinne i towarzyskie, a czasem zdradzał, pracował w kopalni lub fabryce, gdzie jak przystało na bohaterów kraju rad śrubowano kolejne rekordy i zwielokrotniano normy, a po pracy przychodził czas wolny i legendarne zamiłowanie do alkoholu. Na koniec czytelnik poznaje smutną rzeczywistość ośrodków, w których dożywali inwalidzi i starcy.

Wszystkie rozdziały i historie okraszone są licznymi anegdotami – wiele z nich właściwie w całości są anegdotami – ale też barwnymi historiami w skali jednostki pokazujące przemiany społeczne. I tak z książki dowiadujemy się, że wielkim zwolennikiem Spokuszek był Leonid Breżniew. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że wiele z tego co było drogie mieszkańcom Związku Sowieckiego, co wielu pielęgnuje lub za czym tęskni, istnieje w pamięci lub zupełnie realnie do dziś. Władimir Putin, który w 2005 roku powiedział, że upadek ZSRR był „największą geopolityczną katastrofą stulecia”, od 2014 roku ma swoje „dobranockowe” alter ego w postaci tygryska Mury. Nia każdy dygnitarz jak Breżniew był jednak miłośnikiem z pozoru niegroźnych wieczorynek – dopatrywano się w nich także niewłaściwego przekazu czy wpływów imperialistycznych.

Wyraźne, a wręcz dramatyczne przemiany społeczne zauważyć można na jednym z pól walki o sowiecki dobrobyt – w kopalniach. Jak piszą autorzy książki, okoliczności wojenne negatywnie zweryfikowały zabobon jakoby pojawienie się kobiety w kopalni miało zwiastować nieszczęście. II wojna światowa (lub jak zapewne woleliby gieroje – Wielka Wojna Ojczyźniana) zabrała na swoje fronty mężczyzn, a na przodek kobiety. I chociaż przywołana w „Grażdaninie N.N.” historia Jewdokij Fiodorownej Korolewy (nazywanej Babą Korolichą) pokazuje, że pierwsze szachciorki pracowały w kopalniach na długo przed wybuchem wojny, to dopiero w jej wyniku w wielu miejscach – jak chociażby w Zagłębiu Donieckim – kobiety właściwie zastąpiły w tej ciężkiej pracy mężczyzn, a po wojnie odbudowały zniszczone przez wycofujących się Niemców kopalnie: „Żeńskie ekipy wypompowały sto czterdzieści siedem milionów metrów sześciennych wody, czyli półtora raza tyle, co objętość Jeziora Zegrzyńskiego, i udostępniły trzysta sześćdziesiąt pięć kilometrów chodnika”. Sytuacja w kopalniach wróciła do przedwojennej normy na przełomie lat 50. i 60., kiedy Nikita Chruszczow stopniowo ograniczał dostęp kobiet do pracy w fedrowanych tunelach, a podpisując w 1961 roku umowę z Międzynarodową Organizacją Pracy, zupełnie zakazał kobietom pracy na stanowiskach górników dołowych.

***

Książka Marty Panas-Goworskiej i Andrzeja Goworskiego jest lekturą lekką, przystępną, łatwo przyswajalną dla czytelnika nawet nieznającego historii Związku Sowieckiego. Trudno jednak nie zadać sobie pytania czy tak wyglądało życie typowego mieszkańca 300-milionowego giganta?

Książka zmusza do pewnej refleksji. Wynika ona, tak ze wspomnianego we wstępie do niniejszej recenzji odrealnienia obrazu Związku Sowieckiego, w pewnym sensie pozbawienia tego państwa codzienności, ale refleksja płynie również z anegdotycznego charakteru książki. Choć sentyment i nostalgia za dobranockami, obozami młodzieżowymi, marzeniami o daczy lub posiadaną daczą są naturalne, o tyle momentami zastanawia trywializacja problemów i tragedii sowieckiego społeczeństwa – od aborcji, przez alkoholizm, po śmierć żołnierzy w Afganistanie. „Ciała żołnierzy, zgodnie z rozporządzeniem ministra obrony ZSRR z 1984 roku numer 200, umieszczano w ocynkowanej trumnie i zalutowywano. Taką metalową konserwę należało włożyć do drewnianej trumny, a tę – niczym matrioszkę – do trzeciej, przypominającej niewielki kontener”. Dalej można przeczytać o talonach, które „opiewały” na określoną wagę ciała (wraz z trumną) poległego żołnierza.

Ale może tak właśnie było, być może to nie tylko czytelnik podgląda życie przeciętnego mieszkańca Związku Sowieckiego przez dziurkę od klucza, ale i sam grażdanin patrzy na siebie z ukrycia, a anegdota, humor i pewna trywializacja były panaceum na wszelkie trudności życia w totalitarnym państwie.

Polub nas na Facebooku!