Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Boris Cilewicz: Łotwa jest krajem, gdzie grupy etnicznie spokojnie koegzystują

Na Łotwie (…) nie mieliśmy ani jednego incydentu. Mimo wielu mocnych słów wobec Rosjan. Eksperci z Europy często sobie nie zdają sprawy z tego, że Łotwa jest przykładem pokojowej koegzystencji między różnymi narodowościami, wyznaniami czy religiami już od wielu stuleci – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Boris Cilewicz, łotewski działacz na rzecz praw człowieka, poseł na Sejm z Socjaldemokratycznej Partii „Zgoda”.

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Boriss Cilevičs. Zdj. Saeima / Flickr / CC.

Boris Cilewicz, w oficjalnej łotewskiej pisowni Boriss Cilevičs, pochodzi z rodziny Żydów łotewskich. Jego ojciec Leonid Cilewicz był profesorem filologii rosyjskiej w Instytucie Pedagogicznym w Dyneburgu, matka Lia Lewitan była docentem w tym samym instytucie. Cilewicz studiował w Łotewskim Uniwersytecie Państwowym im. Pēterisa Stučki, gdzie obronił dysertację z dziedziny fizyki matematycznej i teoretycznej. W czasach przełomu zaangażował się w działalność w Łotewskim Froncie Narodowym. W latach dziewięćdziesiątych poświęcił się walce o prawa człowieka, w tym mniejszości rosyjskojęzycznej. Wstąpił do Partii Zgody Narodowej, która przekształciła się później w Centrum Zgody oraz Socjaldemokratyczną Partię „Zgoda”. Od 1998 roku nieprzerwanie zasiada w Sejmie Łotwy. Jest wieloletnim delegatem do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Jak wygląda obecny status „Zgody” wśród europejskich socjalistów?

Boris Cilewicz: Obecnie nie jesteśmy członkiem Międzynarodówki Socjalistycznej. Nasz poseł do Strasburga Andriej Mamykin należy jednak do Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim. Jako „Zgoda” jesteśmy członkiem-założycielem tej grupy. Wszystko zaczęło się w 2006 roku od konsolidacji lewicowych i centrowych ugrupowań na Łotwie, w wyniku których powstało Centrum Zgody, obecna Socjaldemokratyczna Partia „Zgoda”.

No właśnie, wcześniej funkcjonowało Centrum Zgody, w skład którego wchodziła Łotewska Partia Socjalistyczna Alfrēdsa Rubiksa, obecnie mamy już tylko Socjaldemokratyczną Partię „Zgodę”.

Nigdy nie zerwaliśmy tej współpracy. Ale problem pojawił się wtedy, gdy „Zgoda” zaczęła się zbliżać do europejskich socjalistów. Alfrēds Rubiks, jako poseł do Parlamentu Europejskiego, był członkiem frakcji Zjednoczonej Lewicy Europejskiej – Nordyckiej Zielonej Lewicy. Dlatego zdecydowaliśmy się na start w wyborach w 2014 roku jako Socjaldemokratyczna Partia „Zgoda”. Jest w końcu różnica między współczesną europejską socjaldemokracją a nowoczesnym komunizmem. Choć na naszych listach i tak znaleźli się członkowie Łotewskiej Partii Socjalistycznej.

Synowie Rubiksa są obecnie posłami „Zgody” na Sejm.

Na Łotwie mamy jeszcze jedną partię lewicową – Łotewską Socjaldemokratyczną Partię Robotniczą (LSDSP), która nie jest reprezentowana ani w Sejmie, ani w radzie miejskiej Rygi, ani w Parlamencie Europejskim. Ma jednak swoich samorządowców. Ona także jest członkiem Partii Europejskich Socjalistów. Parę lat temu PES zmienił jednak swój statut i teraz, jeśli dana partia przegra parę wyborów krajowych i europejskich, jest automatycznie degradowana w hierarchii. To stało się z LSDSP. Nasz status jako „Zgody” polepszył się z kolei. Obecnie liczymy, że na następnym kongresie PES dostaniemy już oficjalnie pełne członkostwo.

Było sporo uprzedzeń wobec naszej partii, które rozsiewało LSDSP, a także socjaliści estońscy, którzy uważali, że jesteśmy zbyt prorosyjscy, a do PES powinna należeć tylko historyczna partia socjaldemokratyczna z Łotwy. Początkowo proponowaliśmy tej partii udział w procesie konsolidacji lewicy, ale kierownictwo odmówiło. Sporo działaczy LSDSP przeszło natomiast do nas, a LSDSP mimo, że nie odnosiła sukcesów wyborczych, korzystała obficie z grantów europejskich fundacji socjaldemokratycznych.

Jest jeszcze Partia Postępowa, Progresīvie, skupiająca młodych ludzi, o których będzie pisać Przegląd Bałtycki.

Oni nie mają żadnego znaczenia, to ludzie, którzy kiedyś działali w LSDSP. Wspierają ich prawicowi politycy, bo są alternatywą dla nas. Życzę im wszystkiego dobrego…

Która partia jest najbliższa „Zgodzie”, czy to jest niemieckie SPD, czy inna organizacja? Widziałem, że Martin Schulz wspierał Niła Uszakowa jako kandydata na mera Rygi.

Jesteśmy z Schulzem bardzo dobrymi przyjaciółmi. On przyjeżdżał do Rygi, widywaliśmy się także w innych miejscach Europy. Ja przez parę lat byłem sekretarzem międzynarodowym „Zgody”. Tak więc SPD jest najprawdopodobniej naszym najbliższym partnerem w Europie. Mamy także dobre kontakty z socjaldemokracją na Litwie i w Estonii.

Estońska lewica zaakceptowała „Zgodę”?

Tak, choć stosunki początkowo nie były proste. Mamy dość ścisłą kooperację na poziomie miast. Ryga, która ma wiele wspólnych problemów ze stolicą Estonii, współpracuje z Tallinnem, który jest rządzony przez Partię Centrum. Socjaldemokraci z Estonii dość nieufnie odnosili się do tej współpracy. Obecnie sytuacja wygląda trochę lepiej, bo lewica jest w tej samej koalicji rządzącej razem z Partią Centrum.

Czy jest Pan zadowolony ze zmiany koalicji w Estonii, która miała miejsce jesienią ubiegłego roku? Wcześniej Partia Centrum, która skupia mniejszość rosyjską, była podobnie izolowana jak „Zgoda”.

Tutaj znowu jest pewne nieporozumienie. Bo Partia Centrum jest partią estońską, na którą głosuje większość przedstawicieli mniejszości rosyjskojęzycznej z Estonii. Nie jest partią etnicznie rosyjską, tak samo jak „Zgoda”, na którą z roku na rok głosuje coraz więcej etnicznych Łotyszy. To co jest ciekawe w Estonii, to fakt, że oprócz Partii Centrum wszystkie partie mają w sobie przedstawicieli mniejszości rosyjskojęzycznej, nawet tak radykalne ugrupowania jak Isamaa ja Res Publica Liit.

Na Łotwie „Zgoda” pozostaje de facto jedyną partią „mieszaną”, w której reprezentowani są zarówno Łotysze, jak i mniejszość rosyjskojęzyczna. Wszystkie pozostałe partie są albo w 99% łotewskie, albo w 99% rosyjskie. Dla nas model partii etnicznych, którzy funkcjonuje w Słowacji, Rumunii czy Bułgarii, jest modelem złym. Lepiej jest trudne zagadnienia omawiać w ramach jednej partii, która łączy różne narodowości. Swoją drogą nie było łatwo stworzyć taką partię jak „Zgoda”, bo ten etniczny podział na Łotwie jest jednak bardzo głęboki.

Wracając więc do pytania – zmiana rządu w Estonii jest na pewno pozytywna, choć sytuacja w tym kraju z jednej strony jest bardzo podobna do łotewskiej, z drugiej – odmienna.

Jakie widzi Pan najważniejsze różnice?

Choćby możliwość głosowania przez nieobywateli w wyborach lokalnych. W Estonii jest to możliwe. Wszystkie organizacje międzynarodowe rekomendują takie rozwiązanie także Łotwie, ale ona nie chce tego przyjąć. Partie prawicowe na Łotwie tego nie zaakceptują, bo wiedzą, że danie prawa głosu dla nieobywateli zmieniłoby całkowicie krajobraz polityczny Łotwy. My zdołaliśmy w 2013 roku zdobyć więcej niż połowę głosów w Rydze w sytuacji, gdy nieobywatele nie mogli głosować. Co stałoby się, gdyby takie prawo im przyznać?

Oczywiście ta alienacja i wykluczenie nie sprzyja integracji społecznej.

Wracając do Estonii…

Generalnie polaryzacja w tym kraju jest większa. Geograficznie Rosjanie mieszkają w połowie w Tallinnie, w drugiej połowie we Wschodniej Wironii. Na Łotwie mniejszość rosyjska jest rozsiana po całym kraju. Łotwa ma o wiele większy procent małżeństw mieszanych, a także więcej mieszkańców, którzy są bilingwalni. Więc ta segregacja de facto jest o wiele mniejsza, tutaj na Łotwie, niż w Estonii.

Estonia przeżyła także o wiele więcej kryzysów narodowościowych, choćby wtedy gdy w 1993 roku odbyło się referendum w północno-wschodniej części kraju, do kogo powinny należeć Sillamäe, Kohtla-Järve czy Narwa. Później zdarzył się konflikt o Brązowego Żołnierza.

Z kolei na Łotwie było znacznie spokojniej, nie mieliśmy ani jednego krwawego incydentu. Mimo wielu mocnych słów wobec Rosjan. Eksperci z Europy często sobie nie zdają sprawy z tego, że Łotwa jest przykładem pokojowej koegzystencji między różnymi narodowościami, wyznaniami czy religiami już od wielu stuleci. Łotwa nie miała nigdy żadnych zamieszek na tle narodowościowym mimo etnicznej różnorodności.

Może pomijając okres II wojny światowej i Holocaustu.

Okej, ale to wydarzyło się jednak w całej Europie. Łotwa była wtedy pod obcą władzą. Wracając do czasów pokojowych, to kontrast między mocnymi słowami, między przemocą symboliczną, a brakiem jakiejkolwiek przemocy fizycznej, bardzo rzuca się w oczy. Obracam się w środowisku ekspertów, polityków i słyszałem często z ich ust, że byliby szczęśliwi, gdyby mogli mieć w swoich krajach tak spokojną mniejszość jak mniejszość rosyjska na Łotwie. Bo my nasze postulaty staramy się zgłaszać w sposób bardzo spokojny, wyważony, cywilizowany. To widać także w krajobrazie partyjnym – Rosjanie na Łotwie wybrali „Zgodę”, a nie żadną radykalną partię prokremlowską taką jak Rosyjski Związek Łotwy czy narodowych bolszewików Lindermana. Niestety etniczne partie łotewskie nie odpowiedziały tym samym. Wciąż trzymają się swoich nacjonalistycznych idei, mimo, że rzeczywistość pokazuje zupełnie coś innego – mamy, jak wspomniałem, wiele mieszanych małżeństw na Łotwie.

W Sejmie mamy natomiast nacjonalistyczną koncepcję państwa.

Co Pan ma na myśli?

Chodzi o to, że państwo zostało założone przez etnicznych Łotyszy i musi należeć do etnicznych Łotyszy. To zostało zatwierdzone w preambule do konstytucji uchwalonej w 2014 roku, która była bardzo złym pomysłem. Bo była w sprzeczności z tym, co uchwalili ojcowie-założyciele Łotwy w 1922 roku. Początkowo Łotwa miała być państwem „narodu Łotwy”, a nie „narodu Łotyszy”.

Może dobrym pomysłem byłoby zatem wejście do koalicji rządzącej i wpływanie na to, w jakim kierunku idzie legislacja. Partie łotewskie określiły trzy warunki – uznanie okupacji sowieckiej, zerwanie współpracy z Jedną Rosją, a także przyznanie, że język łotewski jest jedynym językiem urzędowym.

To jest kłamstwo, my to dobrze wiemy. Te warunki są te same od lat. To jest droga, by nami manipulować jako partią. Chcą, żebyśmy się zdyskredytowali w oczach naszego elektoratu. Jeśli chodzi o język państwowy, to łotewski jako jedyny język urzędowy jest w naszym programie. Nie poparliśmy referendum z 2012 roku o przyznaniu rosyjskiemu statusu języka państwowego.

Ale Nił Uszakow złożył podpis pod tą inicjatywą, dzięki czemu mogła ona dojść do skutku.

To było, gdy znaleźliśmy się w bardzo trudnej sytuacji po tym, jak wygraliśmy wybory, a nie zostaliśmy dopuszczeni do rządów. Partie łotewskie powiedziały nam – nie chcemy was. To referendum było emocjonalną reakcją na to, co się stało wtedy w polityce.

Jeśli zaś chodzi o okupację…

Uznaliśmy ją. Jest wiele wypowiedzi naszych działaczy, gdy mówią o tym, że w 1940 roku Łotwa została poddana okupacji. Powiedział to sam Uszakow.

Może warto by to było podkreślić dobitniej i wejść do rządu?

Ale to jest głupie. Powtarzanie tych samych sloganów jak za czasów sowieckich. Ja te czasy bardzo dobrze pamiętam. Jestem fizykiem z wykształcenia, ale kiedy pisałem swoją dysertację, pierwszy rozdział musiał być poświęcony tezom ostatniego zjazdu Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego.

Więc to wszystko jest ideologizacja, zmuszanie nas do pokazywania lojalności. Ja tego nie znoszę. To jest politruckie podejście komisarskie…

A wasze porozumienie z Jedną Rosją?

Ono zostało podpisane wiele lat temu. Wtedy także rząd łotewski chciał porozumiewać się z Rosją. Ja uważam, że jeśli ma się tak trudnego sąsiada jak Rosja, są dwie rzeczy do wyboru. Albo zbudujemy nowy mur berliński, albo podejmiemy dialog. A dialog jest potrzebny na wszystkich szczeblach. Skoro nie chcą nas wpuścić do rządu i włączyć w dialog oficjalny, musimy mieć jakąś możliwość dotarcia do Rosji własnymi kanałami. A znamy Rosję lepiej niż minister Rinkēvičs, który popełnia błędy.

Dialog potrzebny jest nie tylko na poziomie rządowym, ale także partyjnym. Użyliśmy instrumentu współpracy z Jedną Rosją już raz. Wtedy kiedy rząd podpisał porozumienie o ochronie społecznej, która zakładała m.in. emerytury dla nie-obywateli. Sejm ratyfikował to bez głosu sprzeciwu. Ale po stronie rosyjskiej był sprzeciw. Niektórzy posłowie mówili: „nie, kolejny traktat z tymi faszystami, nacjonalistami, nie zgadzamy się”. Rząd rosyjski, który był partnerem dla rządu łotewskiego, nie był w stanie sobie z tym poradzić. Tam minister spraw zagranicznych znaczy bardzo niewiele. Wtedy my użyliśmy naszych kontaktów z Jedną Rosją i wyjaśniliśmy rosyjskim politykom, że tutaj przecież chodzi o żywotne interesy nieobywateli.

Ale po sytuacji na Ukrainie taki układ z Jedną Rosją jest jednak problematyczny.

To nie jest traktat subordynacyjny. Nie jesteśmy zmuszeni słuchać wszystkiego, co wymyślni Jedna Rosja. Ale jak pokazuje sytuacja, którą wskazałem, czasem to porozumienie może się do czegoś przydać.

A jeśli chodzi o te trzy warunki – mieliśmy kiedyś bardzo dużą koalicję O Prawa Człowieka w Zjednoczonej Łotwie (PCTVL). Na jej czele stał Jānis Jurkāns. I wtedy partie łotewskie też mu powiedziały: „niech Pan zerwie koalicję z radykałami, zaprosimy Pana do rządu”. On to zrobił i oczywiście żadne zaproszenie nie nastąpiło.

A naprawdę chciałby Pan wejść do koalicji? Czytałem niedawno komunikat Rosyjskiego Związku Łotwy Tatiany Żdanok, że jest umowa między Niłem Uszakowem a partiami łotewskimi. Łotysze rządzą krajem, Rosjanie Rygą i wszyscy są zadowoleni. Może nie potrzebujecie wejść do koalicji?

Tatiana Żdanok jest znaną zwolenniczką teorii spiskowych, nie komentujmy może jej wypowiedzi.

Ale jak Pan się czuję osobiście? Chciałby Pan do rządu?

Szczerze mówiąc bycie posłem do Sejmu gwarantuje mi jedną rzecz, która jest dla mnie szalenie ważna. Obecność w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy. Zasiadam w ważnych komisjach w Strasburgu, gdzie zajmuję się poważnymi sprawami związanymi z prawami człowieka. W Sejmie Łotwy jest o wiele trudniej, bo nie pozwolono mi stanąć na czele Komitetu ds. Praw Człowieka. Wszyscy uznają, że jestem kompetentny, ale po prostu należę nie do tej partii, co trzeba.

Gdybym był młodszy, może byłbym dobrym ministrem.

W gabinecie cieni „Zgody” był Pan kandydatem na szefa MSZ. Byłby Pan lepszy od obecnego?

Jestem bardzo zadowolony z ministra Edgarsa Rinkēvičsa, uważam, że jest profesjonalistą, jednak przed nim mieliśmy bardzo wielu złych ministrów.

Ģirtsa Valdisa Kristovskisa…

Chociażby jego. Wie Pan, to jest w sumie bardzo głupie. Łotwa jest bardzo małym krajem. Żeby coś zmienić, poprawić, potrzebujemy najlepszych ludzi na wszystkich stanowiskach. I wykluczanie kogoś za to, że mówi nie tym językiem co trzeba, jest innej narodowości. To jest zwyczajnie głupie. Przez to przegrywamy.

Niech Pan zobaczy. Rosjanie są nadreprezentowani w wojsku. To jest bardzo dobrym miernikiem lojalności. Nielojalnym nie daje się po prostu broni. A w ciągu tych dwudziestu pięciu lat mieliśmy tylko raz etnicznego Rosjanina w rządzie.

Vjačeslavsa Dombrovskisa…

Tak. Niestety on nie pobył w polityce długo. Ale po tym jak odszedł z Sejmu, w jednym z wywiadów powiedział, że jedną z przyczyn nieufności do niego był jego rodzimy język, czyli rosyjski.

Wracając do Pana ambicji ministerialnych.

Moje ambicje są całkiem ograniczone (śmiech). Myślę, że mógłbym być dobrym ministrem, ale nie to w tej chwili jest najważniejsze.

Wyobraża sobie Pan koalicję z prawicową Jednością?

Nazwa naszej partii brzmi „Zgoda”, więc nie jest to wcale wykluczone.

A z narodowcami?

Dlaczego nie, w niektórych sprawach jesteśmy w stanie kooperować. Oczywiście my jako „Zgoda” kompletnie odrzucamy nacjonalizm, jesteśmy z innej bajki. Ale oni są bardzo lewicowi, socjalni, gdy mowa o gospodarce, sprawach społecznych. Obecna przewodnicząca Sejmu Ināra Mūrniece była przez parę lat przewodniczącą Komisji ds. Praw Człowieka. Znam ją, myślę, że współpraca byłaby możliwa choćby w kwestii praw socjalnych.

Także nasza rada miejska w Rydze robi bardzo dużo, promując język łotewski, wydaje sporo pieniędzy na to.

Choć Uszakow został ostatnio ukarany za używanie rosyjskiego w sieciach społecznościowych.

Ale znowu, to jest kompletna głupota. Język stał się u nas świętą krową. Czasem myślę już tak jak Tatiana Żdanok, że narodowcy mają podpisane sekretne porozumienie z Putinem, by cały czas drążyć tę kwestię.

À propos Putina. Muszę spytać o Pana opinię o wojnie na Ukrainie.

My mamy bardzo jasne zdanie na ten temat. Od początku popieramy pełną integralność terytorialną Ukrainy. Krym jest według nas częścią Ukrainy. Nikt z członków „Zgody” nigdy nie zaakceptował zaproszeń, jakie do nas kierowano, by odwiedzić Krym po 2014 roku.

Oczywiście ważne jest to, w jaki sposób to mówimy. Nie uważam, by cały czas obwinianie o wszystko Rosji przyniosło skutek. To nie jest produktywne. Zamiast o wszystko oskarżać Rosję, lepiej jest wspierać proces miński.

Jeśli patrzymy na stanowisko Europy, to chyba najbardziej konstruktywne jest podejście Francji i Niemiec. Nasza pozycja jest racjonalna, bo my nie wierzymy w to pranie mózgu, które organizuje Kreml. Kto jest dzisiaj najlepszym przyjacielem Putina? Skrajnie prawicowe ugrupowania w Europie, takie jak Front Narodowy Marine Le Pen.

Jak ocenia Pan działalność partii Tatiany Żdanok na Łotwie?

Staramy się nie zabierać głosu. Mamy inne kategorie wagowe i w momencie, kiedy zaczynamy krytykować Żdanok, jej akcje wzrastają. Ignorujemy ją, nie popieramy.

Czym jest bowiem partia Żdanok? Oni w ogóle nie są niezależni, są kolejną marionetką w rękach Putina.

Żdanok często pojawia się Rosji. A Pana zapraszają do mediów rosyjskich?

Nie jestem już więcej zapraszany do żadnej telewizji czy radia. Bardzo się starali wcześniej mnie zapraszać, ale zrozumieli, że nie będę mówić tego, co chcą, że nie dopuszczę do żadnej manipulacji. Przy każdym wywiadzie żądam autoryzacji, zanim się ukaże w druku. Później jeszcze raz sprawdzam. Także stracili w sumie zainteresowanie mną (śmiech).

Śledzi Pan politykę wewnętrzną Rosji?

Teraz już coraz mniej. Kiedyś, kiedy istniał jeszcze Związek Sowiecki, działałem w ruchu demokratycznym na terenie całego państwa, miałem wtedy wielu kolegów w Rosji. Wciąż mam kontakty, np. z aktywistami na rzecz praw człowieka. Wiem, jak zła jest tam sytuacja…

Czyli tematyka praw człowieka w Rosji jest dla Pana ważna…

Oczywiście, ale zaraz pojawia się pytanie, co możemy zrobić w praktyce. Ja przez długi czas byłem zaangażowany w NGO-sy promujące prawa człowieka. Nie znoszę tego stosunku polityków na Zachodzie, że naszym zadaniem jest wygłaszanie oświadczeń, potępianie itp. To jest wielki błąd. Trzeba myśleć o rozwiązaniach, o tym, jak pomagać ludziom, a nie tylko wykrzykiwać hasła. Ale niestety polityka w taki sposób funkcjonuje.

Jestem zaangażowany w sprawy Krymu. Mam świadomość tego, co się dzieje z Tatarami. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych byłem zaangażowany w pomoc w repatriacji Tatarów na Półwysep. Mam tam wciąż przyjaciół. Powrót Tatarów do domu to był wielki sukces. I tym bardziej żal, że to wszystko jest teraz zniszczone. Dla wielu Tatarów ten symboliczny powrót do czasów stalinowskich to tak samo jak druga deportacja. Oczywiście nie wszystkich się represjonuje, społeczność jest duża i część osób dopasowuje się do obecnych warunków gry.

Czy za to wszystko odpowiada Rosja? Na pewno błędy popełniły także kraje bałtyckie i Polska, które próbowały utrzymać żelazną kurtynę, tylko przesuniętą na wschód. Mówiono, że nie możemy ufać Rosji itp. Oczywiście główną rolę, za to co się dzieje, ponosi Rosja, ale nasze stanowisko też nie było do końca przemyślane.

Zmieńmy może temat i porozmawiajmy o Izraelu. Stoi Pan na czele grupy łotewsko-izraelskiej w Sejmie. Jak rozwijają się relacje z Izraelem?

Bardzo dobrze, zwłaszcza w obszarze gospodarczym jest widoczny postęp. Parę lat temu był duży deficyt w handlu zagranicznym – bardzo dużo importowaliśmy, a mało eksportowaliśmy. Teraz to się zmieniło, eksport wzrasta. Mamy dużo ludzi z Łotwy, którzy wyjechali do Izraela, ale wciąż mają tutaj swoje biznesy, albo chcą założyć jakiś biznes. Oprócz tego rozwija się turystyka, dużo Łotyszy odwiedza Izrael, mamy bezpośrednio lot z Rygi do Tel Awiwu. Dużo Żydów także przyjeżdża na Łotwę, głównie tych, którzy mają tu korzenie. Ludzie przyjeżdżają do Jurmały na wakacje, bo w Izraelu jest po prostu za gorąco.

Jeśli chodzi o stosunki polityczne to jest całkiem dobrze i w pełni tutaj popieram politykę rządu Łotwy. Są oczywiście trudne sprawy związane z historią czy restytucją mienia żydowskiego. Uważam to za wstyd, że Łotwa pozostaje ostatnim krajem, który nie uregulował tych kwestii. Oddano jedynie pięć nieruchomości, zresztą w złym stanie. Gmina żydowska musi włożyć mnóstwo pieniędzy w renowację. Kontrast z Litwą jest tutaj widoczny.

Delikatną sprawą pozostaje udział Łotyszy w Holocauście. Takie postaci jak Kalejs. Przez wielu Łotyszy to jest widziane w ten sposób, że oskarża się cały naród o udział w Holocauście. A tak nie jest. Mieliśmy bohaterów, ale mieliśmy także ludobójców. Tak samo jak na Litwie.

Ma Pan żydowskie korzenie. Czy kiedykolwiek czuł się Pan dyskryminowany na Łotwie z tego powodu?

Oczywiście. W czasach sowieckich ta dyskryminacja była instytucjonalna. Nie mówię o codziennym antysemityzmie, który funkcjonuje wszędzie. Ale będąc absolwentem szkoły ze złotym medalem wiedziałem, że nie mam co liczyć na studia w Moskwie czy Leningradzie. To funkcjonowało nieformalnie, ale każdy o tym wiedział. Była swego rodzaju kwota. Więc poszedłem na studia na Łotewski Uniwersytet Państwowy w Rydze.

A jak wygląda to teraz?

Teraz byłoby głupstwem powiedzieć, że nie ma żadnego antysemityzmu na Łotwie. Czuje się wciąż uprzedzenia. Są kraje, gdzie nie ma Żydów, a antysemityzm się utrzymuje. Natomiast instytucjonalnie… Wie Pan, to nie jest takie łatwe powiedzieć. Czuję, że są uprzedzenia, stereotypy. Ale z drugiej strony – byłem wybierany do Sejmu już sześć razy. Czyli te uprzedzenia mają pewne limity.

Przeczytaj także:  Alla Jakobson: Społeczność żydowska w Estonii ma się dobrze

Dziękuję za rozmowę.

 

Zdjęcie tytułowe: Nił Uszakow, lider Socjaldemokratycznej Partii „Zgoda” w czasie kampanii przed wyborami samorządowymi (2017). Zdj. Profil SDP „Zgoda” na Facebooku.

Polub nas na Facebooku!