Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

„Maj nad Wilią krzepi”, czyli Wańkowicz powraca jako patron

Poetycka podróż po Wileńszczyźnie, na którą co roku na przełomie maja i czerwca zaprasza swoich przyjaciół-poetów Romuald Mieczkowski, ma co roku innego patrona. Dwa lata temu, gdy Przegląd Bałtycki miał okazję uczestniczyć w wydarzeniu, czołową postacią, do której się odwoływano, był Stanisław Witkiewicz, rodem z Poszawsza na Litwie. W zeszłym roku festiwal „Maj nad Wilią” wstrzelił się idealnie w rok sienkiewiczowski. W tym roku pojechaliśmy w podróż śladem Melchiora Wańkowicza, autora „Na tropach Smętka”, ta książka warta jest przeczytania dla naszych czytelników z Prus Wschodnich, „Szczenięcych lat” czy „Ziela na kraterze”. Z okazji 125 rocznicy urodzin twórcy byliśmy w Jodańcach nad Niewiażą na Kowieńszczyźnie, gdzie szukaliśmy pozostałości majątku pisarza. Jak co roku, odbyło się wspólne fotografowanie pod pomnikiem Mickiewicza koło kościoła św. Anny, Środa Literacka z czytaniem wierszy pod celą Konrada, a także spotkanie z litewskimi poetami i pisarzami. Ostatnim punktem programu było odwiedzenie siostry Michaeli Rak, która przy ul. Rasų prowadzi katolickie hospicjum otwarte dla wszystkich ludzi dobrej woli.

Chcesz otrzymywać więcej informacji na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Wańkowiczowie a Litwa

Melchior Wańkowicz urodził się w 1892 roku nie na Litwie właściwej, ale tej części dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, która dała Polsce takie nazwiska jak Stanisław Moniuszko, Tadeusz Reytan czy Jerzy Giedroyć. Chodzi o współczesną Białoruś, ale przecież w XIX wieku jeszcze tej granicy zakreślonej „fajeczką” przez towarzysza Stalina nie było. Kałużyce, bo tak nazywa się rodowa miejscowość Wańkowicza, leżą dziś w rejonie berezyńskim obwodu mińskiego i są stolicą sielsowietu. Przez miejscowość zamieszkaną przez niecałą setkę mieszkańców jak dawniej przepływa rzeka Usza. Od XVIII wieku do rewolucji październikowej, której w tym roku minie stulecie, miejscowość w powiecie ihumeńskim znajdowała się w rękach rodu Wańkowiczów. W Kałużycach urodził się nie tylko Melchior, ale także Walenty – malarz epoki romantyzmu. Walenty Wańkowicz namalował w „byronicznej” pozie jeden z najpiękniejszych portretów Adama Mickiewicza „na Ajudachu skale”, zaś inspiracją do jego powstania były Sonety krymskie – informuje nas Romuald Mieczkowski w swojej korespondencji z kwietnia, dopingując byśmy przed wyjazdem trochę zapoznali się z historią rodu nieco zapomnianego w ostatnich latach w Polsce. Ojcem przyszłego pisarza Melchiora Wańkowicza był również Melchior, uczestnik Powstania Styczniowego. Za udział w zrywie patriotycznym został zesłany na Syberię. Gdy wrócił, wziął ślub z Marią Szwoynicką, siostrą znanego malarza Romana Szwoynickiego. Kiedy rodzice umarli, Melchior Wańkowicz został oddany na wychowanie do majątku babki w Jodańcach nad Niewiażą. Opis beztroskiego dzieciństwa, podobnie jak białoruskich Kałużyc, znajduje się w „Szczenięcych latach”.

Przeczytaj także:  Maj nad Wilią 2015: rechot Witkacego i łyk starki

Gdy nastała Litwa Kowieńska majątek był własnością Wańkowicza, a także jego siostry Reginy. Po stronie polskiej – Kowieńszczyzna była wszak oddzielona od Polski „linią demarkacyjną” – został inny majątek, a mianowicie Lewidany pod Wilnem, w którym Wańkowicz bywał u spokrewnionej z nim Maryli Kiełczewskiej.

Do Lewidanów próbowaliśmy dotrzeć podczas naszej wtorkowej, tradycyjnej już wycieczki po Litwie, ale nie udało się.

Zwalisty człowiek z pańskością i gracją

Aleksandra Ziółkowska-Boehm, pisarka, która od 1990 roku mieszka w Ameryce, honorowy gość tegorocznego „Maja nad Wilią”, może nie każdemu Polakowi jest znana. W 1978 roku obroniła doktorat na Uniwersytecie Warszawskim. Wcześniej, przez dwa lata, była asystentką i sekretarką Melchiora Wańkowicza; pisarz zadedykował jej „Karafkę La Fontaine’a” i zapisał w testamencie swoje archiwum. Jest autorką takich książek jak „Blisko Wańkowicza”, ” Kanada, Kanada…”, ” Moje i zasłyszane”, ” Na tropach Wańkowicza”, ” Proces Melchiora Wańkowicza 1964″, ” Nie tylko Ameryka” czy „Ulica żółwiego strumienia”, a także „Lepszy dzień nie przyszedł już”.

Z asystentką Wańkowicza spotykamy się w siedzibie Instytutu Polskiego przy ul. Didžioji (Wielkiej). Rozpoczyna opowiadać, jak wyglądało jej pierwsze zetknięcie się z pisarzem w 1972 roku. Ciekawość, jak najbardziej była, ale także trema, trema. – O godzinie siedemnastej, zadzwoniłam do drzwi, przerażona i przejęta, otworzył sam Wańkowicz, który mnie zdumiał przez pierwsze kilka minut. To był wysoki, zwalisty, ogromny człowiek. Zaskoczenie natychmiast minęło. Wańkowicz miał w sobie taką pańskość, grację. Poruszał się lekko, był trochę zmęczony. Od raz zapytał – czy Pani czytała jakieś moje książki? – wspomina Aleksandra Ziółkowska podczas rozmowy prowadzonej w Instytucie Polskim przez Ewę Ziółkowską z Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie. Traf chciał, że młoda absolwentka przeczytała wszystkie. Dobrze się stało, bo twórca był już stary i nie miał czasu na powrót do pisarskiego abecadła. Młoda Aleksandra przyniosła swoje prace zaliczeniowe z twórczości Wańkowicza, gosposia podała kawę i ciasto, a pisarz zaczął czytać. Po parudziesięciu minutach odłożył zapiski i wypalił: – no, umie Pani myśleć krytycznie. Nagle z czterdziestu pięciu minut zrobiły się dwa dni – żartobliwie wspomina Ziółkowska-Boehm.

Wańkowicz bardzo zaufał młodej absolwentce. Do tego stopnia, że zapisał jej z wdzięczności swoje archiwum. W międzyczasie rzucił hasło „Lotem Bliżej”, a do lotnych sloganów miał serce, wystarczy wspomnieć przedwojenne „Cukier krzepi”, które dało tytuł temu reportażowi. „Lotem bliżej” trafiło na konkurs rozpisany przez LOT, za które otrzymał darmowy bilet lotniczy. Gdy okazało się, że pisarz jest ciężko chory i wymaga natychmiastowej operacji, bilet się przydał, bo trzeba było polecieć do Manchesteru. Aleksandra Ziółkowska wyruszyła do Wielkiej Brytanii razem z twórcą. Przeprowadzono operację, pisarz żył jeszcze pół roku. Straciwszy 35 kilogramów, pracował jeszcze przy „Karafce La Fontaine’a”, a także nowej książce o strzelcach podhalańskich. Po śmierci pisarza Ziółkowska-Boehm wydała „Proces Melchiora Wańkowicza 1964” z jego mową obronną, a także książkę „Na tropach Wańkowicza”. Wańkowicz będzie jej już towarzyszyć przez dłuższy czas. Po otwarciu archiwum Instytutu Pamięci Narodowej udało się poszerzyć ostatnią książkę, m.in. o akta, a także zeznania prokuratora, który oskarżał w 1964 roku Wańkowicza. – Proszę Pani, ja uwielbiałem książki Wańkowicza, nie chciałem go skrzywdzić, ale musieliśmy zrobić ten proces – powie po latach prokurator PRL. Powie, tak jak wielu dziś mówi. Okazało się skądinąd, że SB założyła teczkę także na młodziutką asystentkę Wańkowicza.

Później Aleksandra Ziółkowska-Boehm prowadziła boje o Wańkowicza z samym redaktorem naczelnym „Kultury” Jerzym Giedroyciem, który pisarzowi miał za złe, że wrócił po wojnie do Polski i publikował w PRL. Okropne rzeczy o pisarzu mówił także Tadeusz Katelbach, przed wojną korespondent polskiej prasy na Litwie. Generalnie emigracja polska w USA nie potrafiła zrozumieć decyzji Melchiora i Zofii Wańkowiczów o powrocie do kraju.

Otwarcie festiwalu

W marcu 2017 roku rząd Sauliusa Skvernelisa podjął historyczną decyzję o zwrocie franciszkanom pięciu budynków klasztornych w Wilnie. „O prawo do restytucji franciszkanie ubiegali się od 20 lat” – powiedział Radiu „Znad Wilii” ojciec Marek Dettlaff. Historia kościoła i klasztoru franciszkanów sięga XV wieku. Na początku XX wieku w klasztorze funkcjonowały Litewskie Towarzystwo Nauk i pierwsza w Wilnie szkoła litewska. Po raz pierwszy zakonowi zwrócono kościół na parę lat przed wybuchem II wojny światowej, później wszystko przejęła władza sowiecka. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości klasztor, inaczej niż kościół, dalej pozostawał w obcych rękach, toczyły się o niego spory sądowe. W 2013 roku litewski Sąd Najwyższy ostatecznie uznał, że budynki klasztorne mają wrócić do państwa. Po dojściu do władzy nowej koalicji w 2016 roku, zadecydowano o zwrocie klasztoru franciszkanom.

W związku z tegoroczną decyzją rządu, klasztor musieli zwiedzić także goście XXIV Festiwalu Poetyckiego „Maj nad Wilią”. Tradycyjnie już początkowo odbyła się msza św. w kościele franciszkańskim Najświętszej Marii Panny, na której miało miejsce dzielenie się słowem z refleksją liryczno-poetycką gości festiwalu, którą poprowadził Janusz Wójcik. Poeta i działacz kulturalny z Brzegu na Dolnym Śląsku będzie w tym roku musiał na chwilę przejąć pałeczkę po naszym Mistrzu, redaktorze naczelnym „Znad Wilii” i twórcy Festiwalu Romualdzie Mieczkowskim. Ten zachorował bowiem na obustronne zapalenie płuc – prawdziwa epidemia w tym roku w Wilnie – i nie mógł nam towarzyszyć w trakcie festiwalu. Trzymamy kciuki za pana Romualda, niektórzy modlą się… Po mszy św. ojciec Marek Dettlaff, gwardian klasztoru i wileński poeta, oprowadza tegorocznych uczestników „Maja nad Wilią” po budynkach klasztornych. Są oni jednymi z pierwszych osób, które dosiągł ten zaszczyt.

Jeśli mówimy o gościach tegorocznego „Maja nad Wilią”, to warto wymienić chociaż kilku. Z Brzegu przyjechał wspomniany już Janusz Wójcik, przybyła także szefowa warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Małgorzata Karolina Piekarska, mieszkający w Niemczech poeta Józef Pless, prawnik i poeta z Gdańska Tomasz Snarski, ukraińska poetka Teodozja Zariwna, doktor Jan Skłodowski, Ewa Ziółkowska, wiceprezes Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, która finansowo wsparła festiwal, a także wspomniana już wcześniej Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Francję reprezentowały działaczki stowarzyszenia Francja-Kresy. Wybitna znawczyni tematyki białoruskiej Helena Głogowska towarzyszyła nam w trakcie naszej wtorkowej wycieczki po Litwie.

Jesteśmy w Suderwie u Zdziechowskiego

Najciekawsza zawsze jest autokarowa wycieczka – ten pogląd reprezentuję nie tylko ja jako redaktor „Przeglądu Bałtyckiego”. Także w tym roku Romuald Mieczkowski opracował wspaniałą marszrutę. Nasza pierwsza stacja to Zameczek, Pilaitė, dziś dzielnica Wilna, kiedyś podmiejska posiadłość z zaściankiem pisarki Anny Mostowskiej z Radziwiłłów, autorki powieści „Strach w Zameczku”. Następnie jedziemy do Suderwy, gdzie podziwiamy kościół w kształcie rotundy autorstwa Wawrzyńca Gucewicza, przedstawiciela klasycyzmu, profesora Uniwersytetu Wileńskiego, uczestnika powstania kościuszkowskiego. To wzięty architekt, który zaprojektował ratusz i katedrę w Wilnie, lokalny pałac biskupi w Wilnie, ratusz w Widzach na Białorusi, kościół w Janowie pod Kownem. Architektura Gucewicza jest monumentalna i majestatyczna, co widzimy także i my w Suderwie. Ale zatrzymujemy się tutaj tylko na parę chwil, bo już musimy jechać do lokalnego dworku prof. Uniwersytetu Stefana Batorego Mariana Zdziechowskiego, wybitnego filologa, filozofa, historyka idei, w którym znajduje się obecnie polska szkoła. Skoro dworek Zdziechowskiego, to ulica także, pisana tutaj w dwóch językach, Zdziechowskiego lub Zdziechovskio. Nie do końca to legalne, ale przecież dla każdego miłe, że pamięta się tutaj o dziedzictwie Polski międzywojennej. Wita nas dyrektorka szkoły Teresa Młyńska, która opowiada parę słów o swojej szkole. Zaprasza, byśmy ją zwiedzili. Na ścianie biblioteki cytat z Wisławy Szymborskiej: „czytanie książek to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła”.  To miłe, że cytuje się tutaj noblistkę i nie dotarły na Wileńszczyznę spory ideologiczne z Korony – myślę sobie.

Teresa Młyńska chwali swoją szkołę, udziela wywiadu Polskiemu Radiu. Dowiadujemy się, że angielski w Suderwie zastąpił rosyjski.

Postać Zdziechowskiego inspiruje poetów. Głównie jego antysowieckie przepowiednie z przedwojnia, choć nie tylko.

tu mieszkał w lecie kapłan katastrofy
profesor dziejowego kataklizmu
tropiciel zła

od niego młody Miłosz uczył się w Wilnie alfabetu apokalipsy
głosek przerażenia
śpiewu kosmicznych nocy

tu w którymś pokoju z widokiem na park
pisywał listy i rozprawy
a potem śnił zburzone Carthago
splądrowane zaścianki
głód prowadzący dzieci przez ciemne zaułki
książki palone w ogniskach
przez wysłanników Gwiazdy Piołun

w dzień słoneczny widział może to co ja tej wiosny
czarnego konia
na łące pod białym obłokiem
jakby jeździec, wojownik, posłaniec
ze złą nowiną
miał niedługo nadejść

przed chwilą przygalopował kąpie się w jeziorze
zostawia ślady na piasku
wytrząsa ze zmierzwionych włosów
wielki chłód

(Krzysztof Lisowski, „Dwór Mariana Zdziechowskiego w Suderwie na Litwie”, Suderwa, maj 2017)

Jedziemy w stronę doliny Mickiewicza

Za chwilę wyruszamy dalej. Robimy krótki przystanek w Parku Rzeźby „Vilnoja”, założonym przez Vidmantasa Martikonisa. Następnie udajemy się do Mejszagoły, do dworku Houwaltów, gdzie od paru lat działa pięknie odnowione z pieniędzy europejskich Centrum Rzemiosła Tradycyjnego. Idziemy wzdłuż wspaniałej szkoły litewskiej im. wielkiego ks. Olgierda, zwraca uwagę dobrze zaprojektowana architektura. Drewno i szkło. Nasz cel to Muzeum ks. Prałata Józefa Obrembskiego, patriarchy Wileńszczyzny, po którym oprowadza nas Waleria Adomejtis.

Kapłan, który dożył 105 lat, pochodził ze wschodniego Mazowsza. W II Rzeczypospolitej kształcił się na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Stefana Batorego, przyjął  święcenia kapłańskie. Pracę duszpasterską rozpoczął od służby w Turgielach. Proboszczem w Mejszagole został już po II wojnie światowej. Choć Sowieci zakazywali praktyk religijnych, ks. Obrembski prowadził nauczanie religii dla dzieci i młodzieży, udzielał sakramentów nawet dla mieszkańców dalekiej Białorusi, jeździł po kolędzie, namaszczał chorych. Sowietom ta działalność była nie w smak, ale ksiądz nie z takimi sobie radził. Już po transformacji nadano mu tytuł Honorowego Obywatela Rejonu Wileńskiego. Od dziesięciu lat imię ks. Obrembskiego nosi szkoła średnia w Mejszagole.

Teraz jedziemy na obiad, podziwiając w międzyczasie Dukszty Pijarskie, a także zakole Wilii w Wierkszanach. Po obiedzie trafimy do doliny Mickiewicza w Kownie, znanej z poematu „Grażyna”. – Mickiewicz musiał odpracować swoją naukę w Uniwersytecie Wileńskim. W związku z tym dostał pracę nauczyciela w Kownie, uczył literatury i paru jeszcze innych przedmiotów. Życie było dość ciężkie, mieszkał w budynku przy samej szkole kowieńskiej. Tęsknił do Wilna, tęsknił do przyjaciół filomatów, tęsknił do dawnego studenckiego życia. Tak się złożyło, że poznał Karolinę Kowalską, która była żoną głównego doktora kowieńskiego. Była nazywana „Wenus kowieńską”. Poznał ją, zaprzyjaźnili się bliżej, doktor często wyjeżdżał do pacjentów swoich, czasem nawet za Niemen (…) Mickiewicz wtedy spotykał się z Karoliną opowiada Tomasz Krzywicki. – Mickiewicz pisze do jednego z przyjaciół, do Wilna, że żyje się tak piesko, nie dojada, ale ma tę koleżankę, przyjaciółkę, która o niego dba. Kiedy nie było jej męża, a źle się czuł, to ona przyszła i tak jak prawdziwa lekarka, całą noc została w jego pokoiku, stosując różne kompresy, okłady… Mickiewicz ozdrowiał – opowiada przewodnik Wojciech Piotrowicz. – Dolina kowieńska to było takie miejsce, do którego można było trafić dorożką wynajętą w mieście, na piknik, na takie spotkanie – kontynuuje Tomasz Krzywicki. – Wspomina Mickiewicz o jakimś samowarze, bo to zimą było, gdzie z Karoliną dmuchali razem, by te węgielki rozżarzyć pod gotującą się herbatą – opowiada dalej Krzywicki. – Oprócz Mickiewicza, do Karoliny przychodził inny pan, szambelan Nartowski z południowych Kresów. Jakieś sprawy tutaj łatwił, grali w karty przy jednym stoliku i Nartowski mówił do Mickiewicza: „Adamie, pilnuj interesu karcianego, uważniej graj”. To zdenerwowało Adama, spoliczkował go, i wyrżnął Nartowskiego lichtarzem w łeb, a była podłoga śliska, a ten wyrżnięty w łeb wstać nie mógł, gramolił się – żartobliwie opowiada zgromadzonym w Dolinie Mickiewicza Wojciech Piotrowicz.

Atmosfera jest luźna, bywalcy „Maja nad Wilią” robią sobie zdjęcia przy małym pomniczku, gdzie wyryto fragment z „Grażyny”. Brat redaktora naczelnego „Znad Wilii”, wileński lekarz, Władysław Mieczkowski częstuje nas wszystkich starką – to już tradycją na „Maju nad Wilią” – oraz litewską czekoladą.

Kierunek Jodańce

Udajemy się na spokojnie do autokaru, za chwilę trafimy do Jodańców. Ciekawe, co zostało z dworku Wańkowiczów. Okazuje się, że mamy pewne kłopoty z trafieniem w odpowiednie miejsce, bo GPS na tak dalekich kresach nie działa. We wsi, przez którą przejeżdżamy, też nie każdy wie, gdzie był kiedyś polski dworek. W końcu trafiamy do miejsca, w którym prawdopodobnie stał kiedyś dwór opisany w „Szczenięcych latach”. Jodańce są dla nas wielkim rozczarowaniem. – Jakieś ruiny, tutaj nie ma nic – zauważa przytomnie Aleksandra Ziółkowska-Boehm, która udziela wywiadu Krzysztofowi Renikowi z Polskiego Radia. – Jestem zawiedziony, bo jesteśmy wśród zupełnie płaskiego pola. Nie ma śladu po żadnych budynkach, nie ma śladu po oborach, stajniach i tak dalej. Są jakieś drzewa blisko rzeki, ale nawet nie wiemy, czy to są te drzewa, które kiedyś stanowiły dworski park (…) Natomiast widać blisko, w odległości 250-300 metrów, linię rzeki, linię Niewiaży, która na tym odcinku płynie z północny na południe, by na tym odcinku dopłynąć do Niemna – mówi Polskiemu Radiu Tomasz Krzywicki. Rzeka Niewiaża przypomina o Czesławie Miłoszu, który kiedyś też był patronem „Maja nad Wilią”. Po drugiej stronie Jodańców rozmówca Krzysztofa Renika dostrzega  błyszczące dachy, wśród drzew, być może właśnie tam znajdowały się Nowotrzeby, czyli kolejna część majątku Wańkowiczów?

Poeci skazani są w Jodańcach na wyobraźnię. Przeszłość została zaorana sowieckimi traktorami  – wyrokuje Tomasz Krzywicki. – To było, minęło, stało się arkadią – dodaje Aleksandra Ziółkowska-Boehm. Wsiadamy z powrotem do autokaru. Wracamy do Wilna.

Końcowe dni maja

W środę odbywa się w Instytucie Polskim pokaz paru filmów w ramach festiwalu EMIGRA w Wilnie. Pokazują nam film „Ojcu” Lilianny Komorowskiej i Diany Skawy, poświęcony tragicznej historii Adama Bandrowskiego, polskiego nauczyciela na Podolu, „PL w UA” nakręcony przez dziennikarzy „Kuriera Galicyjskiego” oraz „Polaka brazylijskiego” Barbary Jendrzejczyk. Bożenna Intrator, polska poetka, pisarka, tłumaczka, autorka tekstów piosenek, mieszkająca w Ameryce, opowiada nam o swoim nowym filmie, „Music, War and Love”, do którego napisała scenariusz. – Film opowiada o muzyce, a II wojna światowa i okupacja jest tylko tłem narracji, w której dwójka młodych bohaterów musi dokonywać rozmaitych, trudnych wyborów nie zawsze podyktowanych logiką – pisze portal Jest Sztuka. Akcja filmu rozgrywa się w latach trzydziestych w Polsce. Zdjęcia kręcono w Łodzi i Krakowie. Reżyserią filmu zajęła się Martha Coolidge. – Akcja filmu dzieję się m.in. w Łodzi, która przed wojną była takim Nowym Jorkiem w miniaturze, to może zainteresować Amerykanów, bo w USA Polska kojarzy się z obozami koncentracyjnymi, wojną, komunizmem – mówi nam w Wilnie Bożenna Intrator.

W środę późnym popołudniem, po lekkich opadach – pogoda w Wilnie nie jest przecież na zawołanie – trafiamy wszyscy pod celę Konrada, gdzie Wojciech Piotrowicz rozpoczyna odmawianie inwokacji. Spotkanie młodej i starszej generacji poetów prowadzi Tomasz Snarski, na co dzień gdański prawnik, który od paru lat regularnie publikuje swoje wiersze i namawia młodych wilniuków do tego, by sami próbowali swoich sił. W trakcie spotkania czytają swoje poezje Małgorzata Karolina Piekarska, Teodozja Zariwna, Olga Riabinina, Wojciech Piotrowicz, Józef Szostakowski, Józef Pless, Janusz Wójcik, Teresa Markiewicz, Aleksander Lewicki oraz Aleksander Śnieżko. Przyjdzie także czas na młodego wileńskiego poetę Daniela Rogożę. Nad celą Konrada wychodzi słońce.

***

mój wiersz
łaskocze żebra kątem wełnianego koca

gdy wywracam się na nice
na bądź
na spocznij
opieram się sprężynom materacu

dreszcz
gdy za oknem nagły chichot
skłania do refleksu

ku wodom się obrócę
i obaczysz dwa księżyce
na bądź
na baczność

opróżnię zmywarki skoszę trawę
stoczę walkę
ale ta krowa wciąż się wlecze nieważna

(do J. – Daniel Rogoża)

Wzmocniony wileńską poezją idę z miejscową poetką Ireną Lassotą na wieczór poświęcony twórczości azerbejdżańskiej pisarki Günel Anarqızı w galerii „Arka”. Sporo miejsca poświęca, co naturalnie, wojnie w Górnym Karabachu. Słucham jej opowiadań w języku litewskim. Jakie szczęście, że uniknęliśmy czegoś takiego na Wileńszczyźnie – myślę sobie. Po uroczystości wraz z wileńską poetką dajemy azerskiej pisarce egzemplarze kwartalnika „Znad Wilii” z nadzieją na ewentualną współpracę Wilna z Baku. Po wyjściu z „Arki” idziemy już na ostatni punkt środowego programu festiwalu „Maj nad Wilią”, czyli „Biesiadę Poetów, Muzyków, Malarzy i ich Przyjaciół” w siedzibie „Galerii Znad Wilii” przy ul. Išganytojo. Występuje znany wśród młodzieży wileńskiej Rob B. Colton. – Bawmy się! – zachęca Tomek Snarski.

Zanim wyjadę do Birżów

Czwartek to już ostatni dzień festiwalu, a dla mnie początek mojej peregrynacji śladami wiary kalwińskiej po północnej Litwie. Późnym popołudniem mam autobus do Birżów. Rano ma miejsce spotkanie w Związku Pisarzy Litwy w Pałacu Ogińskich. Później odwiedzamy Hospicjum im. bł. Michała Sopoćki przy ul. Rasų prowadzone przez siostrę Michaelę Rak rodem z Gorzowa Wielkopolskiego. Siostra podejmuje nas serdecznie obiadem i opowiada o tym, jak wygląda codzienne funkcjonowanie hospicjum. – Nikomu nie narzucamy naszej wiary. Jeśli jesteś prawosławnym czy ewangelikiem, drzwi hospicjum są dla ciebie otwarte – opowiada siostra Michaela. – Był nawet wyznawca religii mojżeszowej, który się do nas zgłosił. Poprosił, by ktoś z opieki przyszedł do niego do domu. Nasza pracownica miała na sobie krzyżyk, ten krzyżyk w pewnym momencie w niego uderzył. On go pocałował, był wyraźnie wzruszony – są i takie przypadki. Obecnie siostra Michaela pracuje nad otwarciem hospicjum dla dzieci.

Przeczytaj także:  Kierunek Birże. Śladami kalwinów na północnej Litwie

Czy dla siostry ważna jest poezja? – pyta Krzysztof Renik, dziennikarz polskiego radia. – Poezja jest bardzo potrzebna. W przestrzeni ludzkiego cierpienia, bólu, samotności, w tych przestrzeniach, które trudno wyrazić tej osobie, która to niesie, właśnie poezja wyraża coś, co jest niewyrażalne, zbliża w sytuacjach, gdzie jest trudno zrobić pierwszy krok do zbliżenia. Kiedy chory czyta lub czyta mu wolontariusz hospicjum, następuje przemiana, błysk w oku, uciekająca łza czy uśmiech… To jest coś, co uzupełnia naszą hospicyjną misję… – mówi siostra Michaela.

***

Romuald Mieczkowski jest zmęczony. W tym roku państwowa fundacja wspierania mediów litewskich, kierowana przez Gintarasa Songaiłę, bardziej ideologa niż znawcę mediów, odmówiła wsparcia nawet symbolicznym eurocentem dla kwartalnika „Znad Wilii”. Żadnych pieniędzy ze strony państwa litewskiego nie otrzymuje także „Maj nad Wilią”, choć przecież Mieczkowski już co najmniej od ćwierćwiecza walczy o to, by budować jakiś most między Polakami a Litwinami na Wileńszczyźnie. Może właśnie to przeszkadza, może zarządzający funduszem wolą jasne sytuacje w stylu Polak-Polak albo Litwin-Litwin zamiast dialogu, wyciągania ręki, poetyckiej przyjaźni czy zbliżenia między kulturami. Trudno.

„Maj nad Wilią” odbędzie się jednak w 2018 roku. Jest już znany nawet temat, który narzuca się sam, bo przecież mamy w przyszłym roku stulecie Polski i Litwy. A więc pojedziemy śladami Piłsudskiego, Römera, Narutowicza. Z dala od nacjonalizmów, czarno-białej wizji historii, poetycką ścieżką… Nie wiadomo, dokąd nas ona zaprowadzi, ale lepszej drogi chyba nie ma.

Warszawa, 31 lipca 2017 r.

 

Autorem wszystkich zdjęć w treści jest Tomasz Otocki.

 

Zdjęcie tytułowe: rzeka Niewieża. Zdj. Hugo.arg / Wikipedia / CC.

Polub nas na Facebooku!