Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Kobieta silniejsza niż mężczyźni. 50 lat ordynacji kobiet w Estonii

Luterańska Estonia obchodzi w tym roku trzy ważne rocznice. Mówimy zarówno o pięćsetleciu reformacji, stuleciu utworzenia Estońskiego Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego, a także pięćdziesięcioleciu ordynacji kobiet na pastorów. Inaczej niż w sąsiedniej Łotwie, w Estonii kobiety wciąż mogą być duchownymi, a według danych statystycznych co piąty pastor jest płci żeńskiej. „Wir wollen keinen anderen Pfarrer!” – „Nie chcemy innego księdza!” to historia Laine Villenthal, pastorki sprawującej posługę w Misso, Pindi i Pieczorach. To historia wpisana w dwudziestowieczne dzieje Estonii – przedwojenną państwowość, sowiecką i niemiecką okupację, marcowe wywózki w 1949 roku, walkę z kułakami, śmierć Stalina, szarą sowiecką rzeczywistość epoki Chruszczowa i Breżniewa. Oraz radość odzyskania niepodległości w 1991 roku. Wszystko oczywiście w kontekście niełatwej, wyboistej historii lokalnego kościoła luterańskiego, który w 1967 roku miał odwagę podjąć pewną epokową decyzję.

500 lat Reformacji - przeczytaj o reformacji w Polsce i krajach bałtyckich

Dziecięce marzenia

Gdy Laine-Reseda Villenthal rodzi się pod koniec czerwca 1922 roku w wiosce Ellamaa, jako piąte z jedenastu dzieci rodziny, od paru lat na fakultecie teologicznym w Tartu studiują kobiety. Gdy ma roczek, studentka teologii Margarethe Põld wygłasza kazania jako pierwsza kobieta w historii Estońskiego Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego w kościele św. Jana w Tallinnie. Gdy mała Laine już chodzi, Salme Klaos uzyskuje magisterium z teologii w Tartu, zaś konferencja teologiczna kościoła narodowego wypowiada się przeciwko ordynacji kobiet i poleca, by ze sprawą zaczekać, aż tego typu problem pojawi się w realnym życiu.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

To historia widziana ze strony kościoła. Zaś patrząc od strony narodowej wizji dziejów, to od paru lat Estonia jest już niepodległa. W rodzinie się nie przelewa, nawet śmierć braciszka Karla nie pozwala, by na moment oderwać się od ciężkiej pracy w polu. Mała Laine chodzi do szkoły podstawowej w Ellamaa, później naukę kontynuuje w gimnazjum w Haapsalu. Już jako młoda dziewczyna marzy o tym, co w konserwatywnej rodzinie chyba nie do końca było wyobrażalne: studiować teologię. „W podręczniku „Estońska historia kościelna” Olafa Silda, profesora teologii na Uniwersytecie w Tartu, przeczytałam, bardzo zaskoczona, zdanie: „także dziesięć kobiet ukończyło studium na wydziale teologicznym”. To było dla mnie niewyobrażalne odkrycie. Ze wszystkich przedmiotów lekcje religii fascynowały mnie najbardziej. Zaczął we mnie kiełkować poważny plan, by studiować teologię. Nikomu tego nie mówiłam, ze strachu przed wyśmianiem” – wspomina przyszła pani pastor. Gdy tak sobie marzyła, już jako bardzo religijne dziecko, nie mogła sobie zdawać sprawy, że marzenia w końcu się spełnią. A losy Estonii w XX wieku potoczą się naprawdę dramatycznie.

Kościół na sowieckim morzu

„Nie chcemy innego księdza!” Laine Villenthal

Na razie jest już po Pakcie Ribbentrop-Mołotow, ale kraj wciąż jest niepodległy. Ze szkoły znika kolega klasowy Mihhail Droste, bałtycki Niemiec. Estońscy Niemcy zostają wezwani do kraju przez Hitlera. Parę miesięcy później następuje pucz w Tallinnie, aneksja Estonii przez Związek Sowiecki. Dla religii zaczynają się trudne czasy. Wydział Teologii w Tartu zostaje zamknięty, zaś religia ze szkół usunięta. Z dnia na dzień przestaje się ukazywać prasa luterańska. Z bibliotek wycofuje się literaturę religijną, zaś książki zostają zniszczone. Duchowni znikają.

W związku z faktem, że nowa władza jest religii nieprzychylna, zapada decyzja o przyspieszeniu konfirmacji Laine Villenthal. Dziewczyna dostaje list od Lindy Laurson, nauczycielki z Nissi, że dom parafialny za chwilę zostanie wywłaszczony. Konfirmacja musi zostać przesunięta o jeden tydzień. W międzyczasie na Sybir zaczynają być wywożeni sąsiedzi. Wkrótce zaczyna się jednak okupacja niemiecka, wcale albo niewiele lepsza od sowieckiej. „Ojciec mojej koleżanki z klasy Liny, Johannes Kreek, który pracował w Massu jako dyrektor szkoły, został w 1941 roku deportowany przez sowieckich okupantów na Syberię. Obwiniono go, że jest członkiem Isamaaliit, sprzysiężenia różnych partii, które stawiały opór wobec okupacji sowieckiej. Jego żona Eugenie-Elisabeth Kreek została zamordowana przez Niemców 15 grudnia 1941 roku. Obwiniono ją o aktywność komunistyczną” – wspomina Laine. Ale z drugiej strony, jednak jest lepiej. „Znów wiszą niebiesko-czarno-białe estońskie flagi, kobiety noszą tradycyjne stroje, śpiewa się narodowe pieśni i mówi wiersze” – okupacja niemiecka wydaje się mimo wszystko łaskawsza. I to pomimo faktu, że ojciec i brat zostają aresztowani za niewywiązanie się z dostarczania drewna okupantowi.

Kościół w Pindi w czasach sowieckich

W czasie władzy nazistowskiej przyszła pani pastor zdaje maturę w Haapsalu, później dostaje angaż w lokalnej gazecie na wyspie Hiiumaa. Przez moment mieszka w domu burmistrza Hansa Alvera, który został deportowany przez Sowietów. Stanie się już życiową tradycją, że często będzie zmieniać miejsca zamieszkania. W końcu zostaje absolwentką kursów pedagogicznych i rozpoczyna pracę jako nauczycielka w Lihula. Naucza estońskiego, niemieckiego i śpiewu. W końcu największa radość – zostaje nauczycielką religii. W Lihula mieszka w domu wypędzonego na Syberię, gdzie znajduje pianino. Muzyka będzie kolejną, obok teologii, miłością Laine.

Tuż przed końcem wojny do Lihula dociera światło palącego się Tallinna. To Sowieci bombardują miasto w marcu 1944 roku. Za chwilę do Estonii znów wkracza Armia Czerwona, a w rodzinie Laine pojawiają się problemy – brat Hans zostaje aresztowany i zesłany za rzekomą działalność antysowiecką, zaś drugi brat Paul ciężko choruje. Te doświadczenia rodzinne także ukształtują Laine Villenthal.

Sowieci wracają

Przyszła pani pastor pracuje dalej jako nauczycielka, choć władze sowieckie kwestionują jej dyplom z czasów okupacji niemieckiej. W 1946 roku pojawia się szansa na spełnienie marzenia, czyli studiów teologicznych. Po zamknięciu wydziału teologii w Tartu otworzono w Tallinnie Instytut Teologiczny. Laine wysyła swoje dokumenty do stolicy, w międzyczasie zostaje dyrektorką szkoły w Sooniste. Ale niezatwierdzoną, bo brat za działalność antykomunistyczną został zesłany do Karagandy. Co chwila zresztą znikają kolejne osoby, a za moment zaczną się masowe deportacje marcowe. Laine dostaje oficjalną informację – przez brata nie może pracować jako nauczycielka. Ma teraz więcej czasu. „Jak pięknie było być w wigilię znów w kościele! Wyobrażałam sobie, jak śpiewali aniołowie nad polem w Betlejem. Wieczorne nabożeństwo urzekło mnie do tego stopnia, że podczas drogi przez ciemność zdecydowałam się wziąć udział w nabożeństwach w pierwszy i drugi dzień świąt. Znalazłam nową podporę” – chwila oddechu w dusznej, sowieckiej Estonii?

Kraj jest coraz silniej rusyfikowany. W końcu Laine dostaje pracę w przedszkolu przy elektrowni w Turba. Jest jednak problem – nie mówi po rosyjsku, a większość dzieci to Rosjanie. Także tutaj musi sobie jakoś poradzić. Poradzi sobie, jest dzielna. Choć jest sam szczyt stalinizmu, Laine dyskutuje z dziećmi o Bogu. „Ojcze niebieski, ześlij mi truskawki. Jezu, bądź tak dobry i daj mi truskawki” – modli się do Boga mała Urve. Innym razem dzieci chowają martwego ptaszka i umieszczają na jego grobie krzyż. Wierzą, że pójdzie do nieba. Tęsknota za religią w ateistycznym państwie? A przecież mogła sporo kosztować…

Chcę się kształcić…

W końcu Laine rozpoczyna studia teologiczne w Tallinnie. „Kości zostały rzucone. Poprosiłam o dwa tygodnie urlopu. Pierwszego wolnego dnia pojechałam pociągiem do Tallinna, a stamtąd wąskotorówką do Rapla. Wtedy Evald Saag, dziekan teologicznej komisji egzaminacyjnej, którego poznałam już w Tallinnie, był także proboszczem w Rapla. Gdy weszłam do domu parafialnego i wyjaśniłam swoją sprawę, zapytał: „Gdzie Pani tak długo była? Inni już dawno skończyli swoje studia!” – słowa pastora z Rapli musiały mobilizować podwójnie. „Jestem wdzięczna, że Bóg powołuje i przyjmuje także w późnej godzinie” – napisze po latach Laine.

Zaczynają się egzaminy, w międzyczasie umiera Stalin. Laine zostaje dyrektorką przedszkola przy elektrowni. Spadają na nią nowe obowiązki – gospodarowanie instytucją. Ale i tutaj pomaga Bóg. Dojazdy do Tallinna na studia łatwe nie były. Trzeba było czasem używać podstępu. „Poprosiłam o wolny dzień pracy z uzasadnieniem, że chcę kupić w Tallinnie dla dzieci małe prezenty na święto majowe” – w ten sposób udało się dojechać do konsystorza. Od księdza Viljari przyszła pastor otrzymuje propozycję, by udać się do parafii Misso na południowym wschodzie Estonii. „Kościół mnie powołał! O tym marzyłam, ale nie wierzyłam w to!” – ucieszy się we wspomnieniach Laine. „Jeszcze tego samego wieczoru pojechałam rowerem do Ellamaa. W izbie matka była zajęta robótkami. Opowiedziałam o funkcji, którą mi zaproponowano. Ona odpowiedziała tylko: „wszystkie dzieci tak daleko odjeżdżają”. Więcej o tym nie mówiliśmy” – protestancka surowość w rodzinie? A może w matce był strach przed nową funkcją córki w formalnie ateistycznej Estonii?

Laine zostaje kaznodziejką

Laine Villenthal

Laine, rodem z północnej Estonii, nigdy wcześniej nie była w Võrumaa. Ksiądz Viljari wprowadził ją podczas nabożeństwa z komunią jako nową kaznodziejkę. „Swój pierwszy tydzień chciałam wykorzystać tak sensownie, jak tylko mogłam. Dla komisji egzaminacyjnej sporządziłam mowę pogrzebową i ją wysłałam. Później napisałam swoje pierwsze kazanie na najbliższą niedzielę i nauczyłam się go na pamięć. Każdego dnia szłam do kościoła, by ćwiczyć, wygłaszałam kazanie przed pustym kościołem. Pewnego dnia odkryłam przed ołtarzem piękną kazalnicę. Była przygotowana specjalnie dla mnie. Jako, że nie byłam pastorką, nie mogłam wygłaszać kazań z ambony” – napisze Laine. Jedna sprawa to trema przed pierwszym nabożeństwem, druga – sowieckie przepisy o meldunku. Władze komunistycznej Estonii starały się utrudniać życie kościołowi jak tylko mogły. Na początku następuje kara w postaci 100 rubli za nielegalne mieszkanie w miejscowości Misso. Później nakaz opuszczenia powiatu w ciągu dwudziestu czterech godzin.

Ksiądz Viljari tylko się z tego zaśmiał. „Już się dziwiłem, że do tej pory było tak spokojnie w związku z nową kaznodziejką w Misso” – odpowie. Nabożeństwo się jednak odbyło. Później Laine musiała jednak opuścić powiat. „Nabożeństwo się zaczęło. Parafia śpiewała mocno. Nagle otworzyły się drzwi kościoła. Trzech mężczyzn, których spotkałam wczoraj, weszło do środka. Moją pierwszą myślą było: z kazalnicy nie mogą mnie usunąć. Podczas ostatniej pieśni mężczyźni opuścili kościół” – takie były początki przyszłej pastorki w Misso.

W końcu pełnomocnik ds. religii zezwolił Laine na pracę w Misso. „Lubiłam ludzi w Misso, a oni mnie. Nie było to oczywiste. Zanim zaczęłam tam pracę, ksiądz zapowiedział, że przyjdzie kaznodziejka dla lokalnej wspólnoty. Ludziom początkowo się to nie podobało. Na drodze do domu mówili o tym, sądząc: „kiedy kobieta przyjdzie pracować jako kaznodziejka, nie postawimy stopy w kościele!”. Ale jak już tam byłam i tak przyszli z ciekawości. Ci, którzy przyszli, zostali” – zanotowała we wspomnieniach Laine. „Nie byłam w Misso władcą, żadnym aniołem czy inicjatorem, ani przywódcą. Ja się po prostu uczyłam” – dopowie. W 1964 roku przyszedł kres służby w Misso, rozpoczęła się praca w położonym nieco dalej Pindi. Zanim to jednak nastąpiło nasza bohaterka podjęła kolejne studia – związane z muzyką, która od dawna ją fascynowała. A także kupiła pianino. Muzyka jednak była za bardzo przeciążająca. Coś trzeba było wybrać. Albo teologię, albo muzykę. Laine wybrała teologię.

Czarna toga i befka

W tym samym roku, w którym przeniesiona została do Pindi, skończyła studia teologiczne w Tallinnie. W nowym miejscu pracy uzyskała poważanie. „Szybko usłyszałam, że grupa członków parafii zwróciła się z wnioskiem do konsystorium. Chcieli, żebym została ordynowana na pastora. Arcybiskup Jaan Kiivit odpowiedział na prośbę o ordynację przewodniczącemu rady kościelnej w Pindi, Jaanowi Lätte, na jego adres prywatny. Napisał: „wszystkie listy z gminy do konsystorza powinny zostać włączone do księgo protokolarnej i wysłane przez proboszcza” – coś ewidentnie zaczęło się dziać. Kaznodziejka nie mogła przecież zastąpić księdza. Potrzeba było nowych rąk do pracy. To ewidentnie wpłynęło na pozytywną decyzję kościoła. Ale łatwo nie było. „Później proboszcz przyszedł do mojego domu. Rozmawialiśmy i powiedział: „jestem przeciwko ordynacji kobiet. Ale pani sobie poradzi” – elementy konserwatywnego punktu widzenia były jeszcze wciąż obecne w kościele. Z konsystorza przyszedł tymczasem list. „Państwa wniosek a propos ordynacji Laine Villenthal wymaga dłuższej dyskusji, ponieważ nasz kościół wcześniej nie ordynował kobiet. Musimy wyjaśnić biblijny punkt widzenia, jak również stanowisko kościołów, które zdecydowały się ordynować kobiety. W wypadku pozytywnej decyzji uroczystość nie odbędzie się w Pindi. Prosimy, żeby przyjąć to do wiadomości” – ostatecznie trzeba było pojechać do Tallinna.

W stolicy konsystorz głosował dwa razy. Na początku nad tym, czy w ogóle wnieść temat ordynacji kobiet pod dyskusję. Były dwa głosy wstrzymujące się, reszta głosowała za. Później głosowano nad tym, czy kobiety mają być pastorkami czy tylko pomocnikami dla męskich duchownych. Za prawem kobiet ostatecznie opowiedzieli się wszyscy. Teraz potrzeba było tylko synodu, żeby się zebrał, na co musiały się zgodzić władze sowieckie, co nie było takie łatwe. Synod ostatecznie odbył się 12 października 1967 roku. Zadecydowano na nim o dwóch ważnych sprawach – odejściu arcybiskupa Jaana Kiivita, który przejadł się władzom sowieckim, a także o ordynacji kobiet na pastorki. Laine tymczasem prowadziła w Pindo swoje zwyczajne aktywności. Wiadomość dostała pocztą – synod zgodził się na ordynację kobiet! Jednogłośnie!

W końcu przyszedł listopad, miesiąc ordynacji. Jaan Kiivit przekazał Laine materiał na czarna toga i befki. Togę uszył krawiec z Tallinna. A jeszcze trzeba było zdać egzamin. „Kiedy arcybiskup Tooming zawołał nas o 17:30 do swojego pokoju służbowego – mieliśmy złożyć swoje ślubowanie – zauważyłam, że jego palce lekko drżały. To uspokoiło mnie – nie byłam sama ze swym zdenerwowaniem i strachem” – w te dni chyba wszyscy zachowali się po ludzku. „Po ślubowaniu wstąpiliśmy do zakrystii katedry. Krawiec przekazał mi tam moją togę, który na mnie włożono. Opuściliśmy zakrystię, obeszliśmy kościół, by wejść do niego przez główne drzwi i kroczyć przed ołtarz. Po początkowej pieśni i paru wersetach z Biblii zostaliśmy ordynowani. Usiedliśmy. Solista zaśpiewał. O 18:30 weszłam z Biblią na kazalnicę i wygłosiłam kazanie, które przygotowałam w domu. O 19:00 był koniec. Spędziłam na kazalnicy pół godziny. Kiedy zeszłam, arcybiskup podał mi rękę i powiedział: „to słowo nie wraca puste” – opowiada Laine.

Sowieckie dole i niedole

Jako pastorka Laine pełniła posługę aż do 2003 roku. Zaczęła się normalna praca. Chrzciny, śluby, pogrzeby, udzielanie komunii świętej. A także zwykła sowiecka rzeczywistość, której częścią składową był strach. Na przykład Ellen z miejscowości Lasva jako nauczycielka bała się konfirmować i wziąć ślub kościelny. Konfirmowano ją i udzielono ślubu dopiero wtedy, gdy chrzciła swoje dzieci. A przecież nie wszyscy odważyli się, by własne pociechy dać do chrztu…

Wielki Piątek i drugi dzień Wielkiejnocy. 1955 rok. Pierwsze kroki pastorki w Misso.

Bycie pastorką to także sprawy banalne – jak przykrycie kościelnego dachu w Pindi i mozolne zbieranie w tym celu miedzi czy budowa domu parafialnego. Pomagali zwykli wierni.  Ale Laine cały czas nie ma własnego mieszkania… Wtedy za pastorką wstawił się sowiecki pełnomocnik ds. religii. Może pomógł czynnik kobiecy? Lokalny prestiż? „Villenthal jest pierwszą pastorką naszego kościoła. Mogą do niej przyjechać pastorki z zagranicy. Musi mieć porządne mieszkanie” – pisał pełnomocnik do lokalnego sekretarza.

W końcu przychodzi czas budowy domu parafialnego. Trzeba pracować w niedzielę. Laine jest przeciwko, matka zawsze mówiła, by tego nie robić. Godzi się niechętnie. Ale serce rośnie, bo ludzie pomagają. Życie toczy się dalej, umiera matka, umiera siostra. W międzyczasie parafia Pindi obchodzi swoje czterdziestolecie. Później stulecie lokalnego kościoła. Udaje się dokonać jego renowacji. Oczywiście, jak to w czasach sowieckich, nie ma pieniędzy, nie ma materiałów. Pomaga rodzina z Tallinna.

Mimo sowieckiego zamordyzmu, zakazy pracy dla poszczególnych pastorów, Laine ma trochę szczęścia. Może wyjeżdżać za granicę, na przykład na ekumeniczny zjazd kobiet na Węgrzech. Kobiety z Rumunii, Bułgarii i Jugosławii musiały zostać w domu. Czyżby sowiecka Estonia była bardziej liberalna?

Śpiewająca rewolucja

Zaczyna się pierestrojka i  jest pierwszy powiew wolności. Parafie w Estonii mogą na przykład organizować tygodnie modlitwy i pokoju. Nasza pastorka tymczasem dostaje parafię w Pieczorach, czyli przedwojennej części Estonii, anektowanej przez Rosję Sowiecką po wojnie. Musi teraz kursować między Pindi a Pieczorami. Nie jest łatwo, nie posiadając samochodu. A rosyjskie mrozy dają się we znaki. W końcu dostaje używaną ładę sprezentowaną przez wiernych z Helsinek.

Pastorka podczas rozmowy na cmentarzu w Pindi. Zdj. Werner Krutscher.

Skoro następuje pierestrojka coraz więcej ludzi przypomina sobie o swych luterańskich korzeniach. Idą za tym chrzty, konfirmacje, śluby. Wieje wiatr zmian. Estonia za chwilę odzyska niepodległość, dzięki śpiewającej rewolucji, a kościół luterański nawiązuje kontakty z protestantami z Niemiec. Laine wchodzi w skład rady gminy, dokonuje się restytucja mienia kościelnego, także w Pindi. Parafia odzyskuje cmentarz, dom kościelny i kościół.

Lata dziewięćdziesiąte to rak, na szczęście łatwy do zoperowania, a także śmierć bliskich. Laine składa wniosek o emeryturę, bo mija jej 75 lat życia, jednak arcybiskup Jaan Kiivit prosi, by jeszcze przez moment została. Właśnie kończy się wiza do Pieczorów…

Czy pastorzy mają jakieś marzenia? „Marzyłam o bajkowej przeprowadzce. Zasnąć wieczorem w domu pastorskim w Pindi, rano obudzić się w Nissi, w domu modlitwy, z moimi dobrze uporządkowanymi rzeczami i mną samą wokół.” – każdego chyba ciągnie do kraju dzieciństwa. W końcu marzenie spełnia się. Po czterdziestu dziewięciu latach w południowo-wschodniej Estonii Laine wraca do siebie, na północ. Võrumaa żegna.

29 czerwca 2007 roku bohaterka wspomnień obchodzi swoje 85-lecie. Przyjeżdża cały autobus z Pindi. W kościele modli się 150 osób. Dwa lata później Laine Villenthal umiera w szpitalu diakonijnym w Tallinnie.

Pierwsza pastorka w historii Estonii

Autobiografia pierwszej estońskiej pastorki to ciekawy materiał dla tych, którzy śledzą dyskusje o ordynacji kobiet, żywe przecież do dziś w kościołach protestanckich. Ale to nie jakaś historia-manifest feministyczny, tylko dobrze udokumentowane wspomnienia autorki, dla której służba Bogu, wierność swojemu kościołowi odegrały w życiu ogromną rolę. Los chciał, że w latach sześćdziesiątych kościół estoński był na tyle odważny, by zgodzić się na ordynację kobiet. Nie jest to oczywistością przecież nawet dzisiaj, gdy luteranie w sąsiedniej Łotwie zdecydowali parę lat temu o tym, by ordynować już tylko mężczyzn. Ksiądz Rimas Mikalauskas, z braterskiego kościoła kalwińskiego na Litwie, także przekonuje, że ordynacja kobiet to nie jest najlepsza droga. Może Estonia jest ciut bardziej postępowa. A może wszystkie kraje bałtyckie zrobiły się po odzyskaniu niepodległości trochę bardziej konserwatywne. Może.

Ordynacja w Pindi. Archiwum Estońskiego Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego.

Laine odbywa podróż nie tylko luterańską łódką po sowieckim, ateistycznym morzu. Prowadzi nas przez meandry historii Estonii. Niepodległość w dwudziestoleciu międzywojennym, trzy następujące po sobie okupacje, stalinizm, rozkułaczanie, wywózki, prześladowania kościoła. Nigdy jednak, mimo smutnych przeżyć rodzinnych, nie straciła wiary w Boga. Prostej, trochę ludowej wiary, wyniesionej z domu, gdy przedwojenna Estonia była krajem o wiele bardziej religijnym niż obecna ateistyczna w większości republika. A może po prostu nie pisze o swoich wątpliwościach. Możemy nawet mieć wrażenie, że wiara w Boga była dla niej od zawsze czymś oczywistym. Czy to jest autentyczne? Ale czy możemy wymagać od pastorki, by dzieliła się z nami tak intymnymi szczegółami?

Ważne, że takie osoby jak ona pisały historię. Herstorię.

Laine Villenthal, „Wir wollen keinen anderen Pfarrer! Die Geschichte der ersten ordinierten Pfarrerin in Estland”, tytuł oryginału: „Sina juhid minu elu”. Tłumaczenie na język niemiecki Merike Schümers-Paas i Michael Schümers. Wydawca Gustav-Adolf-Werk, Leipzig 2017. 308 stron, ISBN: 978-3-87593-129-7

Składam serdeczne podziękowania ewangelickiemu wydawcy Gustav-Adolf-Werk za udostępnienie Przeglądowi Bałtyckiemu książki do recenzji.

 

Zdjęcie tytułowe: Kościół w Pindi w czasach sowieckich.

  • Kazimierz Bem

    Świetny tekst – wspaniała postać!!!

Polub nas na Facebooku!