Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

W cieniu trudnej historii. Ewangelickie, mazurskie losy w Prusach Wschodnich

Jeszcze w 1950 roku na terenie Diecezji Mazurskiej mieszkało 100 tysięcy Mazurów wyznania ewangelickiego. Pięć lat wcześniej te tereny zostały przyłączone do państwa polskiego. Mazurzy przeszli przez sowiecką gehennę, ale i później ich los nie był łaskawy. Dostawało się im od polskich sąsiadów, którzy wyzywali od „szwabów”, „lutrów”. Tereny te zostały zasiedlone ludnością katolicką, choćby z pobliskich Kurpiów czy Mazowsza. Byli też kresowiacy z Wileńszczyzny. Dziś ze stutysięcznej społeczności ewangelickiej zostało w diecezji mazurskiej pięć tysięcy wiernych. Sieć parafii wciąż jest jednak gęsta, praktycznie w każdym mieście powiatowym jest ewangelicki pastor, a oprócz tego istnieją jeszcze filiały. W sierpniu 2017 roku, z okazji Roku Reformacji, miałem okazję odwiedzić cały szereg ewangelickich parafii. Dotknąć trochę bolesnych mazurskich losów, ale także poznać kościół, który prowadzi bardzo ciekawą aktywność społeczną, ma swoje marzenia.

Przeczytaj także:  Kościół wrażliwy społecznie. Współczesność mazurskich ewangelików

To przecież żal mi tego ludu…

Kościół św. Trójcy w Mikołajkach

Przyjechał Pan na Mazury, by pisać o Mazurach, których już tutaj nie ma – rozpoczyna rozmowę ze mną Irena Dzierwa, która parę razy w tygodniu urzęduje w kościele ewangelickim w Mikołajkach. Pilnuje świątyni, oprowadza, opowiada. Jest lokalną organistką, a jednocześnie córką pierwszego pastora polskiego w Mikołajkach, ks. Władysława Pilchowskiego, który pojawił się tutaj w 1946 roku. Przyjechał ze Śląska Cieszyńskiego. Od zera musiał zorganizować lokalną parafię luterańską. Człowiek o niezmiernie ciekawym życiorysie. Gimnazjum ukończył w Cieszynie, zaś studia – na Wydziale Teologii Ewangelickiej na Uniwersytecie im. Józefa Piłsudskiego. Po wojnie został skierowany na Mazury, początkowo do Pisza, skąd złożył sprawozdanie do zastępcy biskupa ks. Jana Szerudy: ,,A choć stan w tym powiecie jest zupełnie beznadziejny, to przecież żal mi tego ludu”. Empatia wobec Mazurów stanie się jego znakiem firmowym. Na własną prośbę trafia do Mikołajek, do parafii św. Trójcy. Angażuje się w pracę na rzecz ludu mazurskiego. W latach pięćdziesiątych stał się obiektem prześladowań ze strony Urzędu Bezpieczeństwa, któremu nie spodobała się jego działalność. Jesienią 1952 roku zostaje aresztowany. Nie wydaje nikogo, nie chce donosić na parafian. – Prędzej strzelę sobie w głowę nim podejmę współpracę. Możecie mi dać pistolet, za naboje zapłacę sam – wspomina słowa ojca Irena Dzierwa. Obiektem zainteresowania komunistycznych służb pozostał aż do lat siedemdziesiątych. Mimo tego, że władzom nie było to w smak, do końca życia angażował się na rzecz lokalnych Mazurów. Boleśnie przeżywał ich wyjazd, liczebne topnienie własnej parafii, która z kilkutysięcznej staje się ośrodkiem skupiającym dwieście osób. – Mazurzy to był skromny lud, bardzo prostolinijny, pamiętam swoje koleżanki Mazurki ze szkoły – mówi Irena Dzierwa. – Strasznie ich skrzywdzono – dodaje.

500 lat Reformacji - przeczytaj o reformacji w Polsce i krajach bałtyckich

Historia ewangelicyzmu na Mazurach w ostatnich 70 latach jest trudna. Choć liczby też coś wyrażają, to nie są w stanie oddać tego, co stało się z ewangelickimi Mazurami – mówi w rozmowie ze mną ks. Rudolf Bażanowski, biskup Diecezji Mazurskiej z siedzibą w Olsztynie.

Chluba Mikołajek – Muzeum Reformacji

Muzeum Reformacji w Mikołajkach

Muzeum zostało założone w 1973 roku przez księdza Pilchowskiego. Inicjatywę wspomógł Stanisław Lorentz, ówczesny dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, który także był ewangelikiem. Jako działacz Stronnictwa Demokratycznego i poseł pomógł w negocjacjach z dość nieprzychylną Mazurom władzą. Impulsem do powstania placówki stało się  znalezienie starych ksiąg metrykalnych Urzędu Stanu Cywilnego w Mikołajkach, które liczyły ponad sześćdziesiąt tomów, a także odnalezienie ksiąg parafialnych i szkolnych. Trzeba pamiętać, że po wojnie mazurskie, ewangelickie śpiewniki albo egzemplarze Biblii często lądowały na śmietnikach. – Znam historię, gdy ewangelicką Biblię używano w toalecie – opowiada ks. Dawid Banach, Mazur z dziada pradziada, obecnie proboszcz parafii w Suwałkach.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Muzeum Reformacji w Mikołajkach

Początkowo ekspozycja była związana jedynie z reformacją polską, taka była idea ks. Pilchowskiego. Później stopniowo rozszerzano zbiory w inicjatywy kustosza. Choć Muzeum Reformacji jest jedynym muzeum w Mikołajkach, to władze lokalne nie poczuwają się do tego, by jest finansować czy współfinansować. – Muzeum w całości finansowane jest przez kościół ewangelicko-augsburski – wyjaśnia kustosz muzeum Rejnold Kuchn. W czasach Polski Ludowej, generalnie nieufnej wobec Mazurów, było inaczej – istniała tu po prostu filia Muzeum Okręgowego w Suwałkach. Po transformacji parafia odzyskała jednak swoje mienie, a zbiory muzeum przeniesiono z kościoła do budynku, który wcześniej był zamieszkany.

W muzeum razem z kustoszem oglądamy śpiewniki mazurskie, drukowane przez 180 lat w Królewcu, z psalmami w przekładzie Jana Kochanowskiego. Dalej leżą Biblia Gdańska, biblie drukowane w języku polskim w Berlinie, Magdeburgu, zbiory kazań, czyli postylle, wśród nich postylla Samuela Dambrowskiego, a także postylla pańska Mikołaja Reja, który był nie tylko poetą, ale także teologiem. Oglądamy pisma ks. Celestyna Mrongowiusza, który przyjaźnił się z Adamem Mickiewiczem. Dokumenty związane z ruchem gromadkarskim na Mazurach. Natrafiam nawet na dzieła w języku litewskim, z północnych Prus Wschodnich, drukowane w Tylży i Królewcu. Są rzeczy niezwiązane z protestantyzmem, takie jak Koran czy Tora, a także narta najbardziej znanego polskiego ewangelika Adama Małysza. Niektóre druki takie jak historia poezji mazurskiej, ks. Pilchowski znalazł po wojnie w pojemniku na śmieci.

Kustosz Muzeum Reformacji w Mikołajkach

Nie widzę większego zainteresowania naszym muzeum z okazji Roku Reformacji – trochę narzeka kustosz muzeum Rejnold Kuchn. – Miejscowi do nas nie przychodzą, mamy wycieczki spoza Mikołajek, którzy interesują się mazurskością. Wielu osobom podoba się ta historia, tradycja – opowiada. – Bardzo dużo pasjonatów protestanckiej, mazurskiej historii mamy poza Mikołajkami – mówi Kuchn. Turyści, którzy przyjeżdżają do Mikołajek na ryby i łódki, także raczej omijają placówkę.

Dopytuję o stosunki międzywyznaniowe w Mikołajkach. – Stosunek kościoła katolickiego w Mikołajkach nie zawsze jest do nas przychylny, wcześniej było trochę lepiej – oględnie mówi kustosz. – Nie chcę powiedzieć, że nie ma kontaktów ekumenicznych, bo mamy dom opieki, do którego przyjeżdżają księżą katoliccy, ale teraz już nie jest jak dawniej – mówi. Coś się zepsuło.

W 1950 roku diecezja mazurska Kościoła Ewangelicko-Mazurskiego liczyła 100 tys. wiernych. Dziś jest dwadzieścia razy mniej. Liczba wiernych spadła także w Mikołajkach, gdzie parafia istnieje od XVI wieku. Gdy nastał ks. Pilchowski w 1946 roku, do kościoła należało około 4 tysięcy ewangelików, gdy odchodził było tylko dwustu. Był to jego osobisty dramat. Jeszcze przed wojną w Mikołajkach odprawiano nabożeństwa po polsku, gros tutejszej ludności była pochodzenia słowiańskiego. Skasowano je dopiero wraz z wybuchem II wojny światowej. Lokalny proboszcz Paul Czekay nie podobał się władzy nazistowskiej, bo należał do kościoła wyznającego.

Tablica w muzeum upamiętniająca zmarłych w okresie I wojny światowej

Ogólnie sytuacja Mazurów po wojnie była bardzo zła, choć oczywiście nie wszędzie. Były miejscowości, gdzie osiedleńcy dobrze porozumiewali się z miejscowymi. Mam tu na myśli na przykład Polaków z Wilna i Wileńszczyzny czy nawet Ukrainy. Najgorsi byli niestety, muszę to powiedzieć, mieszkańcy Kurpiów – opowiada ze smutkiem w głosie Rejnold Kuchn. Długo trwało zanim Mazurzy zaufali polskim księżom ze Śląska Cieszyńskiego. – Pastor Pilchowski też na początku popełnił błąd, bo zaczął z wiernymi rozmawiać po niemiecku, gdy olbrzymia ich część mówiła po polsku – dopowiada kustosz. Niektórzy Mazurzy zrazili się do kościoła i przeszli do metodystów, których przed wojną na Mazurach nie było.

Rejnold Kuchn, urodzony w 1965 roku w Rynie, jest dla mnie osobą pierwszego kontaktu, jeśli chodzi o lokalny ewangelicyzm. Sam wywodzi się ze społeczności mazurskiej, co we współczesnych Mikołajkach jest rzadkie. – Ojciec pochodził z Woźnicy, niedaleko Mikołajek, matka ze Skorupek, bliżej Rynu – wyjaśnia. Większa część rodziny mimo trudnej sytuacji po II wojnie światowej zdecydowała się zostać. – Tata dostał pracę w zakładzie rybackim, był sternikiem. Łatwo nie było. – Ojciec był parę razy bity.Przez ludność katolicką? – dopytuję się. – Nie można tak mówić, ja nie wiem, kto to był… ludność katolicka była różna, nie można tak uogólniać. Mam różne wspomnienia z dzieciństwa, pamiętam, że wytykano mnie palcami, ale pamiętam także przyjaźnie międzykonfesyjne – mówi Kuchn. Część rodziny pana Rejnolda wyjechała do Niemiec. Tutaj także spotkała ich niemiła niespodzianka. – Jesteście Polakami, jedźcie do Polski – mówili co poniektórzy.

Rozmawiamy o tym, że obecnie w modzie jest zainteresowanie na gwarę mazurską, warmińską. – To jest próba wskrzeszenia czegoś, czego nie ma. Kultura mazurska odeszła bezpowrotnie, tego nie ma – wyrokuje Rejnold Kuchn. – Parę lat temu był tutaj dziennikarz z Warszawy, powiedział mi: Pan jest strażnikiem prawdy i pamięci. Nie powiem, miłe to było – ze smutkiem w głosie mówi Rejnold Kuchn. Jego oczy zaszły łzami.

Przeczytaj także:  Mazurzy i mazursko godka – etnos skazany na wymarcie?

Jadę do Sorkwit i Rasząga

Kościół w Sorkwitach

Niedzielę spędzam w Sorkwitach, które słyną z pięknego neogotyckiego pałacu, ale także parafii ewangelickiej – jedynej parafii wiejskiej w Diecezji Mazurskiej. Przychodzę na nabożeństwo do lokalnego kościoła. Jestem dwadzieścia minut przed czasem i trochę się martwię, czy nabożeństwo się odbędzie, bo widzę zaledwie paru miejscowych w kościele. Jednak po paru minutach przychodzi dość spora grupa wycieczkowiczów ze Śląska Cieszyńskiego, którzy goszczą w lokalnej parafii. Wśród nich biskup Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego w Polsce ks. Jerzy Samiec. Parę osób z rowerami przed nabożeństwem przypadkowo wchodzi do kościoła. – Ojej, to kościół ewangelicki – nagle orientują się i szybko wycofują. Świątynia katolicka jest w przeciwnym kierunku.

Kazanie ks. Mutschmanna ma wydźwięk pacyfistyczny.

W ostatniej księdze Biblii, w objawieniu, apostoł Jan pisze: „i widziałem miasto święte, nowe Jeruzalem, zstępujące z nieba od Boga”. Ale ta obietnica wydaje się być zaprzeczeniem panującej od wieków rzeczywistości. Przecież zarówno w przeszłości, jak i dzisiaj, ludność nie ma wcale zamiaru odstąpić od wojen. Raczej doskonali się w rzemiośle wojennym, a każde państwo, naród, broni swojej niepodległości. Dążenia do ekspansji terytorialnej, do zajęcia innych państw, tak jak kiedyś, odbywają się również na naszych oczach. Starsi pamiętają, jakie emocje wywoływała wojna w Wietnamie, a przecież niedawno mieliśmy konflikty w Iraku, Syrii i wielu innych miejscach… (…) Wydaje się, że to chyba niemożliwe, żeby politycy czy władcy narodów dobrowolnie zgodzili się na rozbrojenie.

Mazurki, Erika i Charlotte, z księdzem Mutschmannem w Raszągu

Finał jednak jest optymistyczny. Na szczęście, tu na Mazurach, jest pokój. Choć w 1945 roku ta ziemia spłynęła krwią. A później także nie było łatwo. Po nabożeństwie w Sorkwitach jedziemy prywatnym busem księdza do Rasząga, który jest filiałem lokalnej parafii. Obsługuje go także ks. Mutschmann. Tam spotykam parę osób, które mają korzenie mazurskie i o tym ze mną rozmawiają. Łatwo nie jest, pojawiają się łzy. – Ja tu mieszkam, tu się urodziłam i tu umrę – mówi do mnie lokalna parafianka Erika Nowak. Na nabożeństwo przyjechała ze swoją siostrą Charlottą Przybyłek, która na co dzień mieszka w Bartoszycach. – Ten kościół budował lokalny dziedzic, von Platte, żeby wierni nie musieli jeździć do Biskupca. Przed wojną ten kościół był pełny, wieś była ewangelicka, choć na Warmii – dzieli się ze mną opowieścią o historii Rasząga. Obecnie w Raszągu została jedyna ewangeliczka, właśnie Erika Nowak. Ma swoją ławkę i swój śpiewnik w kościele, który zdobi zabytkowy niemiecki napis.

Kościół w Raszągu

Tutaj na cmentarzu, obok kościołka w Raszągu, są dwa groby, jeden to mój ojciec, drugi matka – ze łzami w oczach opowiada Charlotte. – Ojca zastrzelili Rosjanie, mama umarła… – dodaje. – Rosjanie strzelali do wszystkich – dopowiada ktoś z pozostałych wiernych. – Wspominam swoją pierwszą konfirmację, wszystkie byliśmy w czarnych sukienkach, z unrry dostaliśmy – opowiada Erika. Przed wojną wszyscy w Raszągu rozmawiali po niemiecku. – Na polski rodzice przechodzili wtedy, gdy kupili prezenty przed Bożym Narodzeniem, żebyśmy nie rozumieli – mówi jedna z sióstr.

Charlotte wspomina Karola Małłka, który przyjął ją do Mazurskiego Uniwersytetu Ludowego w Rudziskach Pasymskich. Później załatwił jej Liceum Pedagogiczne w Mrągowie. Została nauczycielką. Jej siostra Erika mówi przed kościołem wierszyk o małym braciszku, który nigdy nie wrócił z wojny. Czuję, że te wojenne wspomnienia wciąż są żywe, wciąż bolą. W 1945 roku, gdy zbliżała się armia sowiecka, obie siostry znalazły się aż na Pomorzu. Dopiero później wróciły. Na piechotę z Kołobrzegu do Rasząga.

Kościół w Sorkwitach

Siostrę zgwałcili Rosjanie, ona nie chciała żyć, rzucili ją na łóżko, przyłożyli rewolwer do głowy, było ich trzech – mówi Charlotte ze łzami w oczach. – Znaleźliśmy ją w sianie dopiero za trzy dni – dopowiada Erika. Na koniec obie panie zaczynają płakać. Przytulam Charlotte. – Mam nadzieję, że nie będzie wojny – wypowiadam coś banalnego i trochę jestem na siebie zły.

Historia z Sorkwit

Siadamy z księdzem w jego prywatnym, pięknie urządzonym domu, który jest także siedzibą parafii. Jeszcze w latach osiemdziesiątych była tutaj ruina. – Dla socjalistycznej szkoły w Toruniu to musiał być spory szok, gdy w klasie maturalnej dowiedzieli się, że będę studiować teologię – śmieje się. Pochodzi z rodziny od pokoleń ewangelickiej. Ojciec był kuratorem parafii w Toruniu. Po studiach w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie biskup skierował ks. Mutschmanna do Sorkwit. – Były tutaj obozy ewangelickie dla młodzieży, liczyli może, że młody ksiądz poradzi sobie z tym – opowiada. W pewnym momencie w parafii zjawił się ksiądz ewangelicki z wyspy Sylt z kilkoma parafianami, czysto turystycznie, myśląc o nawiązaniu partnerstwa z Sorkwitami. – Szczycę się tym partnerstwem, nie tylko dlatego, że nam pomogli, ale mamy z nimi naprawdę żywy kontakt – mówi ksiądz. Niemcy przekazali parafii całkiem nowe meble, pomogli urządzić plebanię.

Ksiądz Krzysztof Mutschmann

Gdy objąłem parafię procentowo ludności mazurskiej było dość sporo – zaczyna opowieść o sorkwickich Mazurach. Tutaj ocalało ich po wojnie najwięcej. Było duże skupisko w Pustniku po drugiej stronie jeziora. – Pastorzy musieli znaleźć jakąś drogę do wiernych, jakiś kod, gdy nielegalne było używanie języka niemieckiego. Pamiętam jak zaskoczony zobaczyłem w kościele Raszągu podział na śpiewniki „stare” i „nowe”. Myślałem, że te „stare”, to powojenne. Dopiero później uświadomiono mnie, że to są śpiewniki poniemieckie. Nie można było napisać wprost – opowiada ks. Mutschmann.

W Polsce Ludowej łatwo nie było. Księża ewangeliccy musieli rozmawiać z parafianami w ich domach po niemiecku nielegalnie. Strach, że ktoś doniesie. Co chwila jakieś naciski. Na przykład, by zamalować niemieckie napisy w warmińskim Raszągu. Albo zdjąć Biblię w języku niemieckim, która została podarowana przez parafian w Biskupcu na otwarcie nowego kościoła. – Rozróżnianie katolickiej Warmii i protestanckich Mazur to mit – mówi ks. Mutschmann. – Warmiacy byli takimi samymi Prusakami jak Mazurzy – macha ręką. Z tą różnicą, że po wojnie warmińskim księżom katolickim pozwolono w Prusach Wschodnich zostać, a mazurscy pastorzy musieli się z województwa olsztyńskiego wynieść.

Po transformacji stosunek do Mazurów się nieco zmienił na lepsze. – Często przychodzili do nas pracodawcy z prośbą o polecenie pracowników, bo wiedzieli, że na ludziach rekomendowanych przez nas można polegać – opowiada ksiądz. Ewangelicki etos pracy. – W 2000 roku otworzyliśmy stację diakonijną, mamy pod opieką 1200 dusz – kontynuuje.

Parafia mrągowska

Mazurów jest u nas coraz mniej. Jest trochę ludności napływowej, trochę konwertytów – opowiada o swojej parafii ks. Mendroch z Mrągowa. – Frekwencja na nabożeństwie jest na poziomie 50%, ale zacznę ich chwalić dopiero, jak będzie 95% – śmieje się. Trzeba pamiętać, że ludzie mają problem z dojazdem, parafia rozciąga się na przestrzeni 50 kilometrów. Do filiałów parafian dowozi się busikami, tak samo jak w innych rejonach Mazur. Ksiądz Mendroch urodził się w Bielsku-Białej, później pracował w Rybniku. Do Mrągowa zgłosił się z własnej inicjatywy. – Mazurami zawsze byłem zainteresowany, od 1968 roku jeździłem tu na obozy, później je organizowałem. Decyzję o przeprowadzce podjęliśmy ze względu na zdrowie dzieci. Wie Pan, jakie powietrze jest w Rybniku – opowiada. Obecnie w parafii jest 306 wiernych, trzydzieści lat temu było o jedną trzecią więcej. Dużo ludzi umarło, dużo wyjechało. – Obecnie młodzi jeżdżą już w kierunku Anglii, Skandynawii, Holandii – wcześniej wyjeżdżali do Niemiec. Na niedzielnym nabożeństwie w Mrągowie było 170 osób. Większość to jednak turyści.

Parafia prowadzi działalność społeczną, istnieje tu stacja socjalna, gabinet rehabilitacji, oprócz tego wypożyczają sprzęt medyczny, organizują opiekę w domach dla osób potrzebujących. Kościół pomaga także dzieciom szkolnym, opłacając obiady czy bilety autobusowe, organizuje zbiórki. Społeczne zaangażowanie ewangelików.

Historia parafii mrągowskiej jest tak samo trudna jak całych Ziem Odzyskanych. – Nie wiadomo, kiedy, gdzie i od kogo odzyskanych – podkreśla pastor. – Nie wiem, czy Pan, wie, ale na placu Piłsudskiego, popularnie zwanym placem Rocha, mamy posąg z napisem „myśmy tu nie przyszli, myśmy wrócili”. Nasz lokalny historyk, starszy pan, pyta się, „skąd żeśmy wrócili?” – zadaje retoryczne pytanie ks. Mendroch. To takie mrągowskie opowieści, żarty z wieloletniej propagandy Polski Ludowej. Ale do śmiechu w latach osiemdziesiątych księdzu nie było, gdy regularnie wybijano szyby w kościele. – Do dziś pan może zauważyć, że mają różny kolor – dodaje. Po zmianie systemu sytuacja się uspokoiła, przynajmniej do niedawna, bo gdy jestem na Mazurach właśnie dobiega do mnie informacja o pomalowaniu kaplicy ewangelickiej w Białej Piskiej wulgarnymi napisami. Do Pisza jeszcze pojadę.

Mazurskie losy

Ksiądz Piotr Mendroch z Mrągowa

Ksiądz Mendroch umożliwia mi kontakt z dwiema Mazurkami, które przychodzą w tygodniu pomagać w ewangelickiej parafii. – Nie mogę mówić… – zaczyna płakać pani Adela Rękawek. – Nas było czworo. Miałam dwóch braci i siostrę, ojciec poszedł na wojnę. Rosjanie weszli w 1945 roku, to matkę, Ernę Schylling, pchnęli na minę, nogi oderwało. Nas wzięli z matką, zapakowali na wóz, ona jeszcze żyła. Zostawili ją w Rybnie, nas przewieźli do pustej hali po gorzelni. Wzięli nas do domu dziecka, rozłączyli z rodzeństwem – gdy opowiada, nie może się uspokoić. – Znaleźliśmy się w Konstancinie, wzięła nas rodzina, całą piątkę dziewczynek z Mazur. Nie mieliśmy ani dokumentów, ani papierów, zmieniono nam nazwiska. Edeltraud na Adela. Brzmiało bardziej po polsku – dodaje. – W latach sześćdziesiątych odnalazła mnie ciotka z Niemiec, przez Czerwony Krzyż, ja odnalazłam braci. Cały czas mieszkałam w Warszawie, do Mrągowa przyjechałam w latach sześćdziesiątych, na stałe dopiero w 1999 roku. Kontakt z rodziną w Niemczech jest, ale ja nie umiem po niemiecku, oni po polsku. Pozbawiono mnie języka. Pozbawiono mnie historii. Teraz zostałam sama, nie mam swojego domu, nie mam niczego. Nie wiem, gdzie pochowana jest matka. Dom został pusty, w Borowskim Lesie, tam tylko krzyż został – opowiada Adela. – Mam smutne dzieciństwo, nie mam co wspominać – ucina. – Została tylko wiara. Teraz przy życiu trzyma mnie jedynie kościół ewangelicki – dodaje. Na nabożeństwie jest co tydzień, obowiązkowo. Dodatkowo przychodzi pomagać księdzu. Takich smutnych historii na Mazurach jest mnóstwo. Kolejna jest jednak trochę bardziej pocieszająca.

Organistka kościoła w Mrągowie, Mazurka, Brygida Lachowicz

Moja druga rozmówczyni, Brygida Lachowicz, urodziła się w 1948 roku. Była przez trzydzieści lat księgową w lokalnym stowarzyszeniu niemieckim w Mrągowie – czuje,  że jest dokładnie pośrodku między kulturą polską i kulturą niemiecką. Teraz na emeryturze pracuje jako organistka w kościele. Babcia i matka były Mazurkami, starały się o zgodę na wyjazd, nie dostały. Rodzina gwary nie znała, mówiła po niemiecku. Pani Brygida zna niemiecki z domu, jak poszła do polskiej szkoły, nie umiała po polsku. – Mam podwójne obywatelstwo, ale zostałam, miałam męża Polaka, rozeszliśmy się, mam syna i córkę. Syn dostał obywatelstwo niemieckie, urodził się w 1978 – dostał, córka 1972 rok – nie dostała. Może starałabym się o wyjazd do Niemiec, ale była jeszcze matka – opowiada. Syn dziś pracuje w Anglii, a obywatelstwo jako takie nie ma znaczenia. – Moja rodzina była ewangelicka, ale nie była aż tak związana z kościołem. Na nabożeństwo chodziliśmy okazyjnie. Ja ewangelicyzm wybrałam świadomie, nie wyobrażam sobie, by być katoliczką. Córka i syn też są protestantami – dodaje. – W sumie jestem dumna, że nasz kościół istnieje 500 lat – dopowiada. – Tak szybko nie zaginie – mówi o swoim kościele na Mazurach. – Przyszłość kościoła nie zależy od nas, zależy od Boga – dopowiada ks. Mendroch. – Nie wiem. co tutaj będzie za dwadzieścia lat… Może pojawią się konwersje? – pytam. – Może – zamyśla się ksiądz.

Mazurzy są twardzi. – Mamy panią, która ma 91 lat, złamała sobie biodro, proszę sobie wyobrazić, że w ciągu miesiąca chodzi – kończy naszą rozmowę pastor z Mrągowa.

 

To pierwsza część reportażu przeprowadzonego w sierpniu 2017 roku na Mazurach z okazji Roku Reformacji. Zapraszamy do lektury także drugiej części pt. „Kościół wrażliwy społecznie. Współczesność mazurskich ewangelików„!

 

Autorem wszystkich zdjęć jest Tomasz Otocki. Zdjęcie tytułowe: Kościół w Sorkwitach. Zdj. Tomasz Otocki.

Polub nas na Facebooku!