Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Wesprzyj Fundację Bałtycką i Przegląd Bałtycki

Dziedzictwo błędne, niedokończone, niewidoczne. Jak po macoszemu traktujemy Inflanty

Na wystawę #dziedzictwo w krakowskim Muzeum Narodowym poszedłem z myślą o zobaczeniu eksponatów związanych z dziedzictwem między innymi północno-wschodnich rubieży I Rzeczypospolitej. Przynajmniej w minimalnym wymiarze. Srodze się zawiodłem, bo narrację zdominowały opowieści krakowsko-warszawskie z elementami wszechpolskimi, co może samo w sobie nie byłoby złe, ale wówczas pewnie powinna się ona inaczej nazywać. Po obejrzeniu wystawy przejrzałem kilka poświęconych jej sprawozdań.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Tak, zgadzam się z zarzutami krytycznymi pod adresem koncepcji ekspozycji, jednowymiarowej, z którą faktycznie niekoniecznie wszyscy, czy nawet większość, będą mogli się utożsamiać. Z drugiej strony rozumiem argument, że historia krakowskiego Muzeum Narodowego, które kolekcjonowało arcydzieła sztuki wysokiej doprowadziła do zgromadzenia określonych obiektów. Faktycznie może niełatwo byłoby zadowolić wszystkich i między orientalne tkaniny i porcelanowe filiżanki wstawić fragment kurnej chaty, a przynajmniej jakieś cepy czy kosy, choć akurat z tym nie powinno być problemu, gdyż jednym z oddziałów Muzeum jest Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli. Nie wiem. Chcę powiedzieć o czymś innym. Nie zamierzam omawiać całości wystawy. Ten krótki tekst jest poświęcony trzem obiektom zaprezentowanym w ramach ekspozycji. Wszystkie trzy zostały przyporządkowane do kategorii #geografia. Wszystkie trzy powielają stereotypy i ugruntowują niewiedzę na temat Inflant. Chyba nie takie było założenie autorów wystawy. Choć kto wie, czy o Inflantach w ogóle pomyślano? Raczej nie.

Gdzie te Inflanty?

Dlaczego w tytule pojawia się „dziedzictwo błędne”? Kolebka chrześcijaństwa i tygiel demokracji z 1988 r. autorstwa Włodzimierza Pawlaka pokazuje bardzo rozszerzone na północ, południe, zachód i wschód granice wyobrażonej Polski. Od morza do morza, czy międzymorza. Niby wspaniale, Polska w glorii chwały, ale… Na tym obrazie można dostrzec jeden błąd. Kardynalną pomyłkę. Nie w katalogu polskich władców, nawet nie w tym, że taki kraj istniał tylko w wyobraźni autora dzieła. Od biedy długości i szerokości geograficzne mogłyby się zgadzać. Po uważnym prześledzeniu mapy, choć fachowcom od spraw inflanckich wystarczy rzut oka jak Gustawowi Manteufflowi, okazuje się, że ten artysta w swojej apoteozie wielkości państwa polskiego pomylił się w oznaczeniu stolicy dawnych Inflant Polskich. Nie ukrywał przy tym swojego oczywistego i pozostawionego – chyba na wieczną rzeczy pamiątkę – błędu, nawet nie próbował. Pomyłka w określeniu lokalizacji Dyneburga (dziś Daugavpils na Łotwie), to coś więcej niż kilka prostych niepoprawnych machnięć pędzlem. Oczywiście nie ma tu co biadolić, że wiemy o Inflantach mniej niż o Sumatrze i Borneo, bo to wciąż – niestety – fakt. Gorzej, że dowodu naszej ignorancji nie staramy się zatrzeć lub zamalować tak, aby ślad po niej nie pozostał. Jeżeli w komentarzu do tego dzieła zamieszczonym w katalogu do wystawy „gorzko-ironiczna” wymowa obrazu wiązała się z postaciami Piłsudskiego czy Wałęsy, to dla mnie wymowę tę potęguje ta nieświadoma, a może właśnie umyślna – bo bazująca na powszechnej niewiedzy – pomyłka? Czy takie właśnie jest nasze dziedzictwo? Po prostu błędne?

Przeczytaj także:  Gustaw Manteuffel – historyk i etnolog Inflant Polskich

Niedokończona mapa

Pół nieszczęścia gdyby ten obraz dalej spoczywał w muzealnych magazynach. Wystawiony na widok publiczny chyba robi więcej szkód niż pożytku, ale to tylko moja opinia. Może młodzież szkolna zapamięta ten błąd i nauczy się, jak to już w mądrości ludowej przecież idzie, na cudzym? Oby, bo niewiele więcej o księstwie inflanckim dowie się polska młodzież szkolna, ale także inni widzowie tego dziedzicznego spektaklu, z drugiego obiektu. Kolejnym wybranym przeze mnie eksponatem jest bowiem mapa, która przedstawia dawną Rzeczpospolitą również w rozszerzonych, przedrozbiorowych granicach. Chodzi o dzieło Filipiny Pełczyńskiej z Szymbarku z 1858 r. Mapa Rzeczypospolitej w granicach przedrozbiorowych. Mapa ta jest w porównaniu z poprzednią o wiele mniejszych rozmiarów. Chociaż co ważniejsze, jest niedokończona. Tak, jak niedokończona była reforma I RP. Tak, jak niedokończona była nauka Polaków o Inflantach przez kasztelana Hylzena, po którym w Warszawie został pałac, przebudowany przez Mostowskich, dziś służący za siedzibę Komendy Stołecznej Policji. Z tego niedokończenia, jak się wydaje, wynikła późniejsza – aż do teraz – nieobecność Inflant w polskiej pamięci zbiorowej, w polskiej świadomości. Zresztą trudno się dziwić, skoro lekcje historii Polski, niezafałszowanej przez zaborczych czy okupacyjnych cenzorów, prowadzone są od niedawna. A co tu mówić, ba – myśleć, o naddźwińskiej prowincji!

Przeczytaj także:  Na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej: dziedzictwo Platerów

Wróćmy jednak do obiektu numer dwa (numer katalogowy 007). Niedokończona mapa jest artefaktem szczególnym, ale nie tylko, czy nie przede wszystkim ze względu na zasięg geograficzny. Można podejrzewać, że znalazła się na wystawie za przyczyną materiału z jakiego została wykonana. Oczywiście można do tej mapy przywiązywać emocjonalną wagę, gdyż jak by nie było – została wykonana z fragmentów ludzkiego ciała – z włosów, ale nie niesie to za sobą negatywnych treści. Inna sprawa, że można to odbierać, jako wyraz podziału ról społecznych wśród kobiet dziewiętnastego stulecia. W czasie gdy jedne z nich pracowały fizycznie, inne swój czas mogły przeznaczać na różne czynności. Mogły jechać do Monte Carlo czy do Ciechocinka (tych było stosunkowo wiele), a mogły też poświęcić się pracy społecznej czy patriotycznej (tych było mniej).

Przeczytaj także:  Na rubieżach dawnej Rzeczypospolitej: południowa Pskowszczyzna

Polska jak obwarzanek, w środku pusta

Pracy „wymagającej wielkiego wysiłku i skupienia” poświęciła się panna Pełczyńska i własnymi włosami, niczym nadwiślańska Maria Magdalena „podkreśliła swoje zaangażowanie uczuciowe” dla sprawy polskiej. Praca w istocie mrówcza, czy może raczej benedyktyńska, polegająca na wyhaftowaniu mapy dawnej Rzeczypospolitej byłaby może doskonałym materiałem kartograficznym, gdyby koniec uwieńczył dzieło. Zresztą w dziejach sztuki to nic nowego, aby swojego utworu nie ukończyć umyślnie, ale w przypadku Filipiny Pełczyńskiej powód był bardziej prozaiczny, to znaczy straciła wzrok. Gdyby jednak rozpatrywać jej utwór jako mapę Polski powojennej, to można skonstatować, że udało się Pełczyńskiej wyhaftować prawie całość ziem III RP. Należy przy tym pamiętać, że zamiar był dużo bardziej ambitny. Autorka z wielkim rozmachem zakreśliła granicę północno-wschodnią I RP wyznaczoną przez Kurlandię i Inflanty Polskie. Widoczne są również zarysy tamtejszych rzek, w tym Dźwiny. Co ciekawe przestrzeń między Wisłą a Bugiem jest na mapie Pełczyńskiej niewypełniona „treścią”, podczas gdy na obszarze od dolnego Niemna do dolnej Dźwiny oznaczono dopływy tych rzek oraz kilka innych mniejszych rzeczułek. Zastanawiające jakim kluczem kierowała się autorka w wyborze konkretnych ziem, które miała wyszywać. Nie sposób bowiem zrekonstruować go patrząc na mapę, gdyż na południowy wschód od Kurlandii znów jest w zasadzie pusta przestrzeń aż do nikłych zarysów Wołynia i Podola. Dziwi również obecność Śląska oraz dużych obszarów Austrii i Królestwa Węgier. Takie to polskie dziedzictwo – niedokończone.

Mapa Jabłonowskiego – jest nawet Kurlandia

Z kolei ostatni obiekt, którym zainteresowałem się na wystawie to najstarsza mapa spośród moich top three, czyli „mapa Polski Jabłonowskiego”[1]. Tu nie można zarzucić nic. Inflanty są tam, gdzie powinny być, nawet nazwy miejscowości się zgadzają. Problem tkwi gdzie indziej. Rozmiary mapy powodują, że dobrze widoczne były jedynie centralne i południowe województwa dawnej Rzeczypospolitej. Ale po kolei. Mapa wykonana rzutem na taśmę, w ostatnich latach istnienia Polski w jej dawnym, osiemnastowiecznym kształcie. Imponująca jest skala tego kartograficznego przedsięwzięcia. Znalazły się na niej najmniejsze wioski. Widziałem wielu zainteresowanych odnalezieniem swojej własnej, jak również i sam pilnie przypatrywałem się moim rodzinnym stronom. Zmieniły się czasy, zmieniły się nazwy, niektórych miejsc dzisiaj na mapie Polski już nie ma. Jak chociażby brakuje nam Inflant. Jednak na mapie z roku 1772 są. Jest nawet i Kurlandia ze stolicą w Mitawie, która przestała być częścią Rzeczypospolitej dopiero w wyniku ostatniego rozbioru. Są, to prawda, ale co z tego, jeśli są bardzo słabo widoczne?

Gdyby autorzy koncepcji wpadli na najprostsze rozwiązanie schodka, czy dwóch – dla najmłodszych, sprawa przedstawiała by się inaczej. Jednak sposób ekspozycji tego obiektu sprawił, że tylko koszykarze mieli szansę zobaczyć dawne księstwo inflanckie w całej krasie i okazałości. O ile w przypadku obrazu Pawlaka obraz można objąć wzrokiem z niewielkiego oddalenia, z daleka zaś dostrzega się ironiczną ideę twórcy, o tyle w przypadku naszpikowanej mikroskopijnymi detalami autentycznej mapy trzeba przyglądać się z bliska małym jej wycinkom, jak małym kompozycjom Jana Stanisławskiego. Co z tego, że można zobaczyć jedynie niektóre fragment tego dzieła? Jego wartość tkwi właśnie w tym, że przedstawia zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy całą przedrozbiorową Rzeczpospolitą. Bez możliwości zobaczenia, nie tylko przecież Inflant, ale i Pomorza i innych północnych terenów państwa z czasów ostatniego króla, obraz naszego dziedzictwa jest niepełny. Chociaż teoretycznie moglibyśmy zapoznać się z wizerunkiem całego kraju, to brak odpowiednich rozwiązań ekspozycyjnych sprawił, że polskie dziedzictwo pozostało niewidoczne.

***

Czy dzięki wystawie #dziedzictwo lepiej poznałem polskie dziedzictwo? To banalne i z pozoru łatwe pytanie nastręcza jednak wielu wątpliwości. Przede wszystkim jest to kwestia podstawowa – definicji. Jeżeli rozumiałbym polskie dziedzictwo tak, jak autorzy koncepcji wystawy, wówczas odpowiedź byłaby twierdząca. Jednak z uwagi na to, że moje pojmowanie polskiego dziedzictwa nie jest tożsame z wyeksponowanymi zbiorami krakowskiego Muzeum Narodowego i kresem stereotypowej polskiej wyobraźni geograficzno-historycznej, nie mogę odpowiedzieć całkowicie twierdząco. Trzy mapy, z trzech różnych okresów dziejów Polski, przedrozbiorowego, czasu zaborów i po II wojnie światowej – chociaż to oczywiście niewielki wycinek spośród całego gabinetu odziedziczonych po naszych przodkach osobliwości, nie nastrajają do pozytywnych refleksji na temat ekspozycji. Nie pomagają nawet zawarte w katalogu słowa Andrzeja Szczerskiego o badaniu dziedzictwa, które prowadzi do odkrywania mniej znanego i niesłusznie zapomnianego. Wystawa ani odkryła, ani przypomniała. Zwłaszcza o Inflantach. Z drugiej strony nie mogę również powiedzieć, że absolutnie niczego się z wystawy #dziedzictwo nie dowiedziałem, bo i owszem. Niestety, ze względu na potraktowanie dziedzictwa regionalnego polsko-litewskiej Rzeczypospolitej, na przykład prezentację obiektów ugruntowujących niewiedzę, zapomnienie i wykluczenie dawnych Inflant, nie jest to zasób wiadomości, który będę zbyt często wykorzystywał. Chyba jedynie jako przestrogę.

Wystawa „#Dziedzictwo” prezentowana jest w Muzeum Narodowym w Krakowie do 14 stycznia 2018 roku.

Śródtytuły pochodzą od redakcji Przeglądu Bałtyckiego.

 

[1] Pełna nazwa tego obiektu to: Carte De La PologneDivisée Par Provinces Et Palatinats Et Subdivisées Par DostrictsConstruited’aprésquantited’Arpentagesd’Observations et de Mesuresprises sur lesLieux. DediéeàSonAltesse Le Prince Prusse-Vindes Joseph AlexandreJablonowski, Giovanni Antonio Rizzi-Zannoni, 1772.

 

Zdjęcie tytułowe: Zasłonięte mapy Rzeczypospolitej w trakcie montażu wystawy „#Dziedzictwo”. Zdj. Bartosz Cygan / Muzeum Narodowe w Krakowie.

Polub nas na Facebooku!