Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Wesprzyj Fundację Bałtycką i Przegląd Bałtycki

Tego świata już nie będzie. Żegnaj, Atlantydo!

Była jedną z ostatnich Żydówek z krajów bałtyckich, które przeżyły piekło okupacji nazistowskiej. Poznała przedwojenny Berlin i Paryż, do których z Rygi jeździło się bezpośrednim pociągiem, wielokulturową Łotwę okresu międzywojennego, trzy zmieniające się okupacje, rządy nazistów, które dla ryskich Żydów oznaczały śmierć, a po 1945 roku jeszcze Łotwę sowiecką, która nawet ocalałym z Holocaustu dawała w kość. Wychowana w rodzinie inteligenckiej, gdzie dzieci już od najmłodszych lat były zaznajomione z nazwiskami wybitnych pisarzy, filozofów, tłumaczy i muzyków, gdzie dyskutowało się o ważnych wydarzeniach politycznych takich jak rzeź Ormian, w powojennej Łotwie zrobiła karierę jako znawczyni filmu i teatru, pracownik Łotewskiej Akademii Nauk oraz Wydziału Teatralnego Łotewskiego Konserwatorium Państwowego. Valentīna Freimane zmarła parę tygodni temu, w lutym 2018 roku.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

„Adieu, Atlantis”, Valentina Freimane

Osiem lat wcześniej dzięki pomocy jej byłego ucznia, reżysera Alvisa Hermanisa, który wyłożył na to swoje środki, ukazała się na Łotwie książka „Ardievu, Atlantīda!” („Atlantydo, żegnaj!”), będąc podsumowaniem życia Freimane w świecie, który bezpowrotnie zniknął. W 2015 r. publikacja została wydana także w Niemczech pod tytułem „Adieu, Atlantis” i zainteresowała lokalną prasę. Ma to związek nie tylko z tym, że tematyka Holocaustu do dziś jest u naszego zachodniego sąsiada tematem niejako obowiązkowym – przynajmniej wśród niemieckiej inteligencji. W Berlinie trzy lata temu według wspomnień Freimane wyreżyserowano operę „Valentina”. Sama Valentina Löwenstein, zamężna Freimane, była łącznikiem między kulturą żydowską, łotewską i niemiecką. Wyrosła w oświeconym środowisku Żydów ryskich, w których nie mówiło się już jidysz, ale językiem Goethego i Rainisa.

Przeczytaj także:  Szczęśliwe przypadki Aleksandry Rolowej

Mleko i masło z Łotwy

Urodziła się w 1922 roku w Rydze jako córka Leopolda Löwensteina, z wykształcenia prawnika, oraz matki Ewy Lulow. W książce spotkamy zresztą wiele informacji na temat jej rozgałęzionej familii. Dzieciństwo Valentina spędziła w Paryżu i Berlinie. W stolicy Niemiec jej ojciec zatrudniony był jako prawnik w koncernie chemicznym IG Farben i niemieckiej wytwórni filmowej UFA. Stąd przez mieszkanie Löwensteinów przewijało się mnóstwo aktorów, artystów, reżyserów. Kontakt z nimi należał do codzienności. Kwaterą żydowskiej rodziny z Rygi była ulica Meinekestraße, gdzie obecnie znajduje się hotel Residenz Berlin. W tym domu przez pewien czas mieszkała czeska aktorka rodem z Galicji Anny Ondra z reżyserem Karelem Lamačem. Dziewczynka miała także kontakt z amerykańskimi reżyserami żydowskiego i niemieckiego pochodzenia Anatolem Litvakiem oraz Henrym Kosterem. Przy Meinekestraße pojawiał się Oscar Dancigers, zaś matka Valentiny przyjaźniła się z węgierską aktorką Ágnes Esterházy oraz niemiecką aktorką Agnes Petersen. Małą Valentinę, której od dziecka prawdziwe życie mieszało się z kinem, wychowywała guwernantka, zaś pensję, w której mieszkała rodzina, prowadziła stara Niemka z Łotwy, Frau Bergfeld. To ona dbała, by w mieszkaniu zawsze było masło i śmietana z Rygi, którą wtedy w Berlinie normalnie można było nabyć i którą ceniono o wiele bardziej niż niemieckie produkty mleczne. Inflanty miały swoją renomę. Nawiasem mówiąc piękny fragment przedwojennej normalności, gdy żyliśmy we wspólnej Europie. Kosmopolitycznej Europie, którą za chwilę podepczą naziści. „Na początku lat trzydziestych, do pensjonatu, w którym mieszkaliśmy w Berlinie, wprowadziła się rodzina Schönmannów. Małżonkowie w ogóle do siebie nie pasowali. Stanisław Schönmann, pół-Polak, pół-Żyd, jego żona była z kolei Finką. Między sobą rozmawiali po rosyjsku, a on nazywał swoją żonę po rosyjsku Ekka Jonowna. Ruda Ekka była w moich oczach kompletnie egzotyczną postacią, bo Finlandia uchodziła za kraj gdzieś na końcu świata, na dalekiej północy, gdzie mieszkały niedźwiedzie polarne” – wspomina Valentina. Trochę to ignoranckie, bo to samo można powiedzieć o Łotwie, ale wtedy Finlandia również była młodą, dopiero kształtującą się republiką.

Nie chcę już grać na pianinie…

Ten gąszcz narodowości, wyznań, przeróżnych, nawet egzotycznie brzmiących nazwisk, przewija się przez całą książkę. Bo tytułowa „Atlantyda” to kraj kosmopolitów, inteligentów, miłośników europejskiego kina, dobrej książki, demokratów, dalekich od ksenofobii, prymitywizmu, który przyniosą ze sobą dwie XX-wieczne dyktatury, które takich ludzi nad wyraz ochoczo zabijały. To domy, w których od dziecka czyta się Szekspira, Tołstoja, Remarque’a, fascynuje filozofią antyczną i współczesną, uczy się greki i łaciny, dyskutuje o przeczytanych książkach. Może nawet ma się wrażenie, że Valentina za bardzo przechwala się tą swoją elitarnością, a miejscami ona drażni jako snobizm. Ale jej prawo. „Jako dziecko musiałam się uczyć gry na pianinie – wtedy był to nieodzowna część wychowania dziewczynki. Bardzo kochałam muzykę, nie mogłabym sobie wyobrazić życia bez opery i koncertów. Nie mogłam jednak sama słuchać swojej gry. W wieku dziesięciu czy jedenastu lat powiedziałam swoim rodzicom, że nie chcę więcej zajmować się grą na pianinie. Już bardziej wolę włączyć płytę Horowitza. Rodziców udało się przekonać. Pięć czy sześć lat później rzuciłam także rysunek, którym przez moment się zachwycałam” – napisze Valentina.

 

Valentina Freimane w dzieciństwie. Zdjęcie z archiwum prywatnego.

Dziecko uczono miłości do sztuki, ale także samodzielności. W wieku dziesięciu lat Valentina zaczyna sama kursować pociągiem między Rygą a Berlinem, odwiedzając swoich rodziców, którzy zostali w Niemczech, gdy ona sama zamieszkała u dziadków Lulow przy Elizabetes iela. Przy okazji tych wspomnień Valentina dzieli się z nami takimi anegdotkami, jak ta, że przed wojną tory na Łotwie miały szerokość europejską i bez problemu jeździło się do Berlina czy Paryża. To chyba też jakaś tęsknota za wspólną Europą. W Berlinie Valentina chodziła do niemieckiej szkoły, po samodzielnej przeprowadzce na Łotwę, kontynuuje naukę w języku Goethego, uczęszczając do ryskiej szkoły im. Marcina Lutra. Wtedy było to jeszcze możliwe, jednak później dyktator Kārlis Ulmanis wprowadzi zasadę, że członkowie społeczności żydowskiej mają chodzić albo do własnych szkół albo łotewskich.

Ciekawa sprawa przy okazji współczesnej dyskusji o szkolnictwie na Łotwie – do końca istnienia przedwojennego państwa wszystkie mniejszości narodowe zachowały prawo do posiadania własnych placówek edukacyjnych. Nauka odbywała się w języku ojczystym, czyli w przypadku szkoły Lutra po niemiecku. Języka łotewskiego uczono tam na zasadzie „Umgangssprache”. To prawo do oświaty w języku rodzimym, które podważane jest przez obecnych polityków, Valentina jeszcze raz podkreśli pod koniec książki, uznając je za ważny fundament demokratycznej Łotwy.

Uczcie się języków

Tymczasem cofamy się do okresu berlińskiego. „Po niemiecku, rosyjsku i francusku zaczęłam mówić i wkrótce także czytać, w ogóle nie uczywszy się ich. Żadnego z nich nie uważałam za język obcy. Przyjeżdżając na dłuższy czas regularnie w odwiedziny do dziadków do Rygi czy Jurmali, łapałam także łotewski, jednak jego moja znajomość ograniczyła się do praktycznego słownictwa i dziecięcych zabaw. Łotewski język literacki, a z nim łotewską kulturę, odkryłam dopiero później” – tak rozpoczęła się przygoda Valentiny z językami, które do końca pozostaną jej hobby. Przy okazji – można było żyć w przedwojennej Łotwie i łotewski znać jako tako. Do sztambucha ministrowi Šadurskisowi. Valentina zarzuca nas w książce co i rusz cytatami z włoskiego, hiszpańskiego, francuskiego i zachęca do uczenia się obcych mów, bo dzięki temu łatwiej w głowę wchodzą różne skomplikowane pojęcia i można z życia więcej zrozumieć. A życie stawia przed nami różne wyzwania. Wracając do języka łotewskiego. Wielką przygodę Valentina przeżyła z nim dopiero w 1937 roku, gdy będzie zdawać egzaminy do żydowskiego gimnazjum „Esra”, w którym wymagano już dość szerokiej znajomości języka państwowego. Jej nauczycielem stał się Theo Goldinger. „W ciągu trzech miesięcy tak głęboko zanurzyłam się w kulturę i historię tego narodu, że łotewski rozwinął się po wojnie zarówno w moim życiu prywatnym, jak i zawodowym, do roli języka dominującego. W pewnym sensie go “adoptowałam”. A może on adoptował mnie?” – zastanawia się bohaterka wspomnień. W „Esrze” Valentina spotka dwie dziewczyny, Norę Minsker i Rywkę Szefer, z tą ostatnią będzie się przyjaźnić do jej śmierci w 2014 roku. Także nauczyciela pana Bermanna, który robił ciekawe doświadczenia chemiczne, a w szkole mógł pracować tylko dlatego, że walczył o wolność Łotwy w latach 1919-1920. Nauczycielem łotewskiego był zaś poeta Pāvils Vīlips, młody lewicowy intelektualista, przeciwnik reżimu Ulmanisa. To on nauczył swych uczniów krytycznego podejścia do literatury.

Żadnego śladu antysemityzmu

Wróćmy jeszcze na moment do połowy lat trzydziestych, gdy Valentina uczęszcza do szkoły niemieckiej, do której chodzą potomkowie rycerstwa inflanckiego. O ile w Niemczech sytuacja Żydów pogarsza się, a do głosu dochodzi szowinizm, to w szkole Lutra dzieci początkowo nie odczuwają nienawiści rasowej. „Nazistami pogardzano zarówno w szkole, jak i w  domach moich koleżanek klasowych, do których często byłam zapraszana. Chociaż dorośli nie rozmawiali z nami wiele na tematy polityczne i światopoglądowe, to było dla mnie jasne, że nowi panowie Niemiec postrzegani są jako dzicz, barbarzyńcy i agresywni krzykacze z monachijskiej piwiarni, którzy nie przynoszą chluby swojemu krajowi” – wspomina Freimane. Potomkowie rycerstwa zachowali do końca swoją godność, a także pewne poczucie bezpieczeństwa w demokratycznej Łotwie, w której wszystkie prawa mniejszości niemieckiej były zagwarantowane. Nie musieli się troszczyć o byt materialny, co także immunizowało ich na nazistowskie ciągoty. Z antysemityzmem Valentina zetknie się dopiero wtedy, gdy do szkoły Lutra przyjdzie uczyć łotewskiego młoda Łotyszka. Dziewczyna ma na tyle cywilnej odwagi, by na koniec lekcji wstać i poskarżyć się nauczycielce na antyżydowskie docinki. Łotyszka staje się purpurowa i nic nie mówi.

Wracając do szkoły Lutra – tutaj także Valentina spotyka się z wielkim światem. Jedną z jej najlepszych przyjaciółek zostanie Marcelle Devillar, której francuski ojciec był reprezentantem perfumerii Coty w krajach bałtyckich, zaś przedwcześnie zmarła matka łotewską baletmistrzynią. W swoim mieszkaniu przy bulwarze Aspazji Marcelle miała własny projektor, na którym można było oglądać nieme filmy. Na tych filmach jej koleżanka Valetina poznała Charlie Chaplina, Bustera Keatona, Astę Nielson i wielu innych gwiazd filmowych. Jakie bezpieczne były te lata trzydzieste na Łotwie, gdy miało się zapewniony byt materialny…

Niemcy wstają z kolan

Tymczasem jest rok 1935. Od dwóch lat istnieje III Rzesza. Dla ojca Valentiny sytuacja staje się coraz bardziej nie do zniesienia. Ma on co prawda obywatelstwo łotewskie, co gwarantuje pewien poziom bezpieczeństwa nawet w państwie Hitlera, ale coraz bardziej traci partnerów biznesowych. Rodzina zastanawia się, dokąd emigrować. Rozważana jest nawet Australia albo Ameryka Łacińska, gdzie ląduje jeden z krewnych. W końcu, za namową matki, która nie chciała się oddalać od swoich bliskich, wracają na Łotwę, w której zostaną już na dobre i złe. Jest reżim Ulmanisa, ale nie jest on tak dokuczliwy jak ten funkcjonujący w Berlinie. Młoda Valentina jako uczennica „Esry” dziwi się tylko kultowi jednostki, jaki zapanował w szkole, gdy dzieci zmuszone były zapoznawać się z wybitnymi myślami łotewskiego dyktatora. Ale sytuacja jest całkiem spokojna, na Łotwie do żadnych pogromów nie dochodzi, a nauczyciele, którzy krytykują wodza, znajdują swe zatrudnienie chociażby w żydowskiej szkole.  W szkole, w której młodzież ma różne poglądy – od syjonistycznych, przez bundowskie do komunistycznych.

Koniec lat trzydziestych to nie tylko wielka polityka, ale także pierwsza miłość. Wybrankiem Valentiny jest pochodzący z rosyjsko-żydowskiej rodziny Dima Feinmann, młody uzdolniony muzycznie chłopak, grający Chopina i Liszta, choć ostatecznie studiujący za radą ojca, znanego ryskiego dentysty, medycynę. Z Dimą Valentina zwiąże się na dobre i złe. Ze strachu przed rozdzieleniem i deportacją zarejestrują swój związek w sowieckim urzędzie, później zaś, już w czasach okupacji nazistowskiej, wezmą ślub w Kościele Matki Boskiej Bolesnej w Rydze. Choć katolikami nie zamierzali być ani przez moment, co respektował ksiądz Jāzeps Buturovičs, znajomy ojca Valentiny, z którym grał w brydża. Katolicki duchowny zdawał sobie sprawę z tego, jakie niebezpieczne czasy nadchodzą i postanowił pomóc młodej parze. O ile w wolnej Łotwie w dokumentach nie wpisywano narodowości, tylko wyznanie, to w czasach sowieckich oboje dostają wpis w paszporcie. Dima – Rosjanin, Valentina – Żydówka. To brzmi jak wyrok, wtedy gdy do Rygi wchodzą wojska nazistowskie.

Na dobre i złe z Dimą

Jest jednak okupacja sowiecka, którą Valetina i Dima jakoś przetrwali. Valentina wspomina nawet, że to był najszczęśliwszy rok w jej życiu, gdy z Dimą ciągle jeździli na Rigasztrand i pływali łódkami po Lielupe. Informacje o represjach i niszczeniu ludzi przez władze okupacyjne powoli docierają do wszystkich, ale młodzi mają swoje prawa – chcą się kochać. Rodzina Löwenstein podczas rządów Sowietów postanawia koncentrować się nie na wartościach materialnych, a na konsumpcji wartości duchowych. Taka strategia przetrwania za czasów stalinizmu. Rodzinę opuszcza służąca Mania, sprawami domowymi zajmuje się matka, zaś do mieszkania przy Vidus iela w Rydze dokwaterowano im sowieckiego lekarza wojskowego majora Noszczyńskiego z żoną, z pochodzenia Polaka. Później w czasie okupacji niemieckiej bohaterka wspomnień będzie się ukrywać w Rydze jako Polka Walentyna Noszczyńska, używając nazwiska, które zarejestrowane było w księdze domu. Sowiecki major z Leningradu okazał się swoją drogą osobą bardzo porządną, ostrzegając rodzinę Löwensteinów przed grożącymi im konsekwencjami zadzierania z władzą sowiecką. Podczas stalinowskiej okupacji na Syberii ląduje ciotka Frieda Finkelstein – na razie jest to wyrok, dopiero później okaże się, że dzięki temu ocaliła swoje życie.

Valentina Freimane w wieku 18 lat z mężem Dimą Feinmannem. Zdjęcie z archiwum prywatnego.

Po wejściu nazistów do Rygi rodzice Valentiny przesiedlają się do getta – matka Ewa Löwenstein nie ma zresztą złudzeń, że idą na śmierć, jednak chce towarzyszyć mężowi w ostatniej drodze. Młoda para, Valentina i Dima, mają więcej szczęścia, bo chłopak zarejestrowany jest jako aryjczyk. Zostają w mieszkaniu przy Vidus iela. Valentina otrzymuje od przyjaciela ojca, doktora Golberga, ampułkę z cyjankiem, z którą nie rozstanie się nawet w czasach sowieckich. W międzyczasie dowiaduje się, że członkowie jej rodziny zostali zabici w grudniu 1941 roku w lasku Rumbula. Najdłużej przetrwał ojciec, którego córka spotka jeszcze i pożegna w getcie. Na razie dom rodzinny w Rydze podporządkowany jest Wehrmachtowi, co do pewnego stopnia chroni małżonków przed samowolą łotewskiej policji. Młodym pomaga także dozorca Oboļevičs. Dima załatwia Valentinie fałszywe dokumenty na nazwisko Noszczyńska. Niestety dokument ważny jest tylko pół roku, a grupa, która pomogła go wyrobić, wpada w niemiecką zasadzkę. Pętla wokół młodego małżeństwa coraz bardziej się zacieśnia. W końcu pewnego ranka budzi ich stukanie w drzwi ich domu przy Vidus iela, na Dimę ktoś doniósł, aresztują go i zamykają w centralnym więzieniu w Rydze. Już stamtąd nie wyjdzie. Jest przesłuchiwany, dlaczego pomagał Żydówce Walentynie Noszczyńskiej. Chroni go narodowość rosyjska, naziści nie dowiadują się, że jest Halbjude, jednak ostatecznie zostaje zastrzelony w więzieniu w związku z podejrzeniem dyzenterii.

Emīlija, mój anioł stróż

W pewnym momencie w życiu Valentiny pojawia się młoda dziewczyna z Agłony w Łatgalii, katoliczka, Emīlija Gajevska, związana z parafią Matki Boskiej Bolesnej, która na krótko przed ślubem z Dimą zostaje jej matką chrzestną. W młodości Emīlija chciała zostać zakonnicą, jednak ostatecznie przypadła jej rola osoby dbającej o pochodzącą ze wschodniej Łotwy rodzinę. Valentina znała ją z okresu międzywojennego, gdy Emīlija pełniła rolę gospodyni w domu przyjaciela rodziny polskiego Żyda Andrzeja Blankensteina, konsula honorowego Szwajcarii na Łotwie. Dla Emīliji jest jasne – wiara w Boga oznacza, że trzeba pomagać. To ona będzie przewodnikiem Valentiny przez najbliższe trudne lata w Rydze. Jednym z pierwszych adresów młodej dziewczyny jest baptystyczne małżeństwo Treiģis, mieszkające przy Lāčplēša iela. Emīlija anonsowała Valentinę jako kuzynkę z prowincji. Łotysze nie dopytywali. Problem zaczyna się, gdy w mieszkaniu pojawia się przyjaciel rodziny, łotewski policjant Ansis, który często opowiada jak wykańczał Żydów i komunistów. Wypytuje Valentinę o różne rzeczy. Trzeba się przenosić. Kolejnym miejscem jest baptystyczny dom starców, gdzie Valentina pracuje jako sprzątaczka.

Przeczytaj także:  Ryga: Ostatni żydowski partyzant

Następne miejsca schronienia Freimane znajdują się już daleko od centrum, głównie na drugim brzegu rzeki, na Pardaugawie. Tam jest bezpieczniej. Dziewczyna znajduje azyl u przedstawicielki przedrewolucyjnej inteligencji rosyjskiej Anny Iwanowny, mieszkającej w drewnianym domu. Obie panie prowadzą długie dysputy o literaturze, filozofii i etyce. Przedwojenna Atlantyda. Niestety i to miejsce trzeba było opuścić, jednak w końcu Valentina ląduje w rodzinie staroobrzędowców Lewitinów, gdzie żona gospodarza jest nawróconą żydówką. W nowym domu dziewczyna zajmuje się głównie szyciem dla członków rodziny. Później Emīlija zapoznaje Valentinę z rodziną Mielnikowów, którzy znali przed wojną Löwensteinów. Piotr Mielnikow był znanym reżyserem operowym w Rydze i przyjacielem Fiodora Szalapina, białym emigrantem z Rosji Sowieckiej. Valentina trafia do Mielnikowów już po jego śmierci, gdzie mieszka z jego żoną i córką. Również i w tym inteligenckim domu Valentina oddaje się rozmowom o literaturze, kulturze i sztuce. W wakacyjne miesiące leży nawet i opala się w ogródku. To także jakiś fragment Atlantydy, która już odeszła. Nikt z sąsiadów nie podejrzewa dwóch wdów o jakieś niecne zamiary względem Niemców.

Przeczytaj także:  Żydowska tragedia i łotewska wina. Śladami przeszłości w Rydze

Jeszcze parę słów o Emīliji i roli osób wierzących w trakcie Holocaustu na Łotwie. Choć Valentina wskazuje na dwuznaczną rolę Watykanu w czasie II wojny światowej, doceniając świadectwo Jana Pawła II na ten temat, to jednoznacznie broni łotewskiego kościoła i jego wiernych. „Także na Łotwie kościół katolicki ze swoim biskupem Jāzepsem Rancānsem na czele uczynił wiele, by uratować pojedynczych Żydów podczas okupacji niemieckiej. Takie jest moje osobiste doświadczenie. To dzięki odwadze cywilnej i przyzwoitości jednostek, tacy ludzie jak ja zawdzięczają wyobrażenie o sile wiary” – pisze teatrolożka. Pozytywnie Freimane mówi także o kościele baptystów i jego roli w czasie II wojny światowej.

W rodzinie Schiemannów

W końcu bohaterka wspomnień, także za sprawą Emīliji, ląduje u niemieckiej rodziny Schiemannów, u Paula i Charlotty, w domu przy Atgāzenes iela. Paul Schiemann był osobą niezmiernie znaną w przedwojennej Łotwie. Pochodził z Kurlandii, studiował prawo na uniwersytecie w Dorpacie, który opuścił w wyniku narzucenia przez władze carskie wykładów w języku rosyjskim. Naukę kontynuował w Niemczech, po czym wrócił do Rosji. Podjął pracę w dzienniku “Rigaische Rundschau”. Był zdeklarowanym liberałem, wrogiem wszelkich nacjonalizmów, a także bolszewizmu, twórcą idei „państwa anarodowego”. Takim krajem chciał widzieć Łotwę – państwo, w której wszystkie narodowości mogłyby żyć jak u siebie w domu. Brał udział w wypracowaniu konstytucji, przez paręnaście lat zasiadał w Sejmie. Przewrót Ulmanisa przeżył jako swoją osobistą klęskę, jeszcze większą katastrofą dla niego było dojście nazistów do władzy. W latach 1933-1938 przebywał w Austrii. Po powrocie na Łotwę nie zgodził się na “heim ins Reich”, do którego wezwał Hitler i jako jeden z nielicznych Deutschbalten pozostał w Rydze. W czasie II wojny światowej, cudem ocalony przed sowiecką deportacją, był schorowany i praktycznie nie ruszał się z domu. W jego mieszkaniu Valentina znalazła azyl. Służyła jako jego sekretarka, a on dyktował jej wspomnienia, które w latach siedemdziesiątych ukazały się drukiem w Niemczech. Pobyt u Schiemanna był okazją dla Freimane do prowadzenia „nierównych rozmów” z tak wybitną jednostką, która do końca życia pozostała dla niej autorytetem. Były poseł do Sejmu opowiadał jej o mechanizmach funkcjonowania łotewskiej demokracji, o jej wadach, ale także o tym, jak bezmyślnie ją zduszono w wyniku przewrotu, nie rozumiejąc, że Łotwa miała okazję przed wojną stać się modelowym państwem wielokulturowym, o proweniencji liberalnej. Wielkim zwolennikiem tej idei był właśnie Schiemann. Tematem rozmów dwojga było także położenie Łotwy w czasie II wojny światowej. Schiemann nie wierzył zupełnie w Legion Łotewski, nazywając ludzi, którzy zachęcają Łotyszy, by w nim służyli, głupcami. Nie wierzył w żaden antysowiecki opór, wyśmiewając tych, którzy marzyli o powtórce sytuacji z 1918 roku. Jedyną nadzieją dla Łotwy według Schiemanna byłoby powodzenie zamachu na Hitlera i bezwarunkowa kapitulacja Niemiec. Valentina Freimane do końca życia podejrzewała Schiemanna o to, że był wtajemniczony w zamach na Hitlera, który dokonał się w lecie 1944 roku. Niestety na to dowodu nie ma.

Przeczytaj także:  Rachuby na współdecydowanie. Niemieccy parlamentarzyści przedwojennej Łotwy

Valentina Freimane z ministrami spraw zagranicznych Niemiec i Łotwy. Zdj. Marcus Lieberenz / bildbuehne.de / Flickr / CC.

Schiemann zmarł w okresie nocy świętojańskiej w 1944 roku, jego żona Lotte postanowiła wrócić do swojej rodzinnej Bawarii, zaś Valentina musiała sobie szukać nowej kryjówki. Dopiero w październiku 1944 roku do Rygi wkroczyły wojska sowieckie. Wtedy był już koniec straszliwej wojny, jednak aż do wiosny 1945 roku będzie ona dogorywać w kotle kurlandzkim. Koniec wojny pokazał także rzecz najstraszniejszą – koniec Atlantydy. Koniec trwającego paręset lat żydowskiego życia w Łotwie. Koniec świata wyśmiewanego przez dwa totalitaryzmy jako „burżuazyjny humanizm”, koniec świata antycznej filozofii, dyskusji o kulturze, literaturze, sztuce, jajogłowych, dla których wiedza i obcowanie ze sztuką jest ważniejsza niż wszystkie ideologie, obojętnie prawicowe czy lewicowe.

Przeczytaj także:  Życie po wielkiej tragedii. Żydowska Ryga

Zaczynały się trudne, przaśne lata Łotwy sowieckiej, gdy nawet ocalałych z Holocaustu wzywano do NKWD, by spowiadali się z tego, co robili w czasie II wojny światowej. Świetnym tego przykładem jest Tamara Dworkin, której Sowieci zniszczyli życie, uznając ją za agentkę niemiecką, tylko dlatego, że przeżyła Shoah. Ale jakoś żyć przecież trzeba było. Valentina Freimane żyła, wykształciła się po wojnie na Wydziale Historii Uniwersytetu Łotewskiego. Podjęła studia aspiranckie z dziedziny teatru w Moskwie. Pracowała w redakcji gazety „Komunists” w Lipawie, niejako na zesłaniu, a później także w redakcji radia łotewskiego w Rydze. Od 1968 do 1980 roku była zatrudniona w Łotewskiej Akademii Nauk, później także do końca lat osiemdziesiątych nauczała historii teatru w Łotewskim Konserwatorium Państwowym. Po upadku komunizmu, gdy możliwe było przeniesienie się do Niemiec, wykładała teatrologię w Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Za swoje zasługi Freimane została odznaczona łotewskim Orderem Trzech Gwiazd. W 2010 roku wydano jej książkę “Ardievu, Atlantīda!”, przetłumaczoną także na rosyjski, niemiecki i litewski. W 2014 r. na kanwie tej książki wystawiono w Rydze operę “Valentina”, którą można było także oglądać w Berlinie. Valentina Freimane zmarła 16 lutego 2018 roku w Niemczech.

***

Żegnaj, Atlantydo!

 

Valentina Freimane, “Adieu, Atlantis”, Wallstein Verlag, Göttingen 2015, tłumaczenie na język niemiecki Matthias Knoll, 341 s., 46 zdjęć, ISBN: 978-3-8353-1603-4. Składam serdeczne podziękowania wydawnictwu Wallstein Verlag za bezpłatne udostępnienie książki Przeglądowi Bałtyckiemu.

 

Zdjęcie tytułowe: Scena z opery „Valentina”. Zdj. Łotewska Opera Narodowa. 

Polub nas na Facebooku!