Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Wesprzyj Fundację Bałtycką i Przegląd Bałtycki

Litwa nie zawsze upudrowana. Recenzja książki „Moje litewskie prawo jazdy” Felixa Ackermanna

„Moje litewskie prawo jazdy” Felixa Ackermanna to nietypowy przewodnik po Litwie. Bez opisów zabytków, litewskiej kuchni, sentymentu do Ostrej Bramy, choć autor jest pół-Polakiem, za to z przygodami w nieznanych polskiemu turyście Ucianie, Możejkach i Olicie – gdy Felix próbuje zdobyć swój upragniony dokument, opisami problemów Europejskiego Uniwersytetu Humanistycznego w Wilnie, aż do sowieckiej architektury Wisagini, uliczek Užupio i rzeźb przy Zielonym Moście. Otrzymaliśmy prawie trzysta stron fascynującej lektury, próby uchwycenia Litwy, mentalności jej mieszkańców, obowiązujących dyskursów, z perspektywy osoby wychowanej w Niemczech. „Litewskie prawo jazdy” to obowiązkowa lektura dla Polaków zainteresowanych naszym północno-wschodnim sąsiadem. Również dla Litwinów, jeśli tylko potrafią spojrzeć na siebie krytycznie.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Chcę mówić po litewsku

Aš noriu kalbėti lietuviškai – powtarza przy każdej okazji bohater książki. I tej deklaracji, w której zawarta jest chęć zanurzenia się w Litwę, dogłębnego poznania drugiego co do trudności języka na świecie, jak powtarzają mu wszyscy Litwini, wierny jest do końca. Choć od razu pojawiają się problemy. Pewnego dnia próbuje zamówić przez Internet naklejkę z wezwaniem „mów do mnie po litewsku”. Okazuje się, że nikt takich naklejek nie produkuje. Jedno z pierwszych rozczarowań językowych na Litwie. Nie ostatnie.

Pozdrawiam sąsiada „Labas rytas”, a on odpowiada: „hello!”. Pytam po litewsku, jak się ma on i jego rodzina, a on odpowiada: „Fine and how are you?”. Pozostaję przy litewskim i pytam, jak wygląda sytuacja w jego nowej firmie, która zatrudnia Polaków i Ukraińców, odpowiada: „very good”. Cholernie frustrujące dla cudzoziemca, który uczy się języka obcego. Ja mam tak zawsze w Holandii i nigdy nie wiem, czy to, że każdy przechodzi ze mną na angielski to uprzejmość czy politowanie. Więc świetnie rozumiem bohatera książki. Okazuje się jednak, że mimo istniejącej na Litwie rusofobii (przykłady będą później) w kraju można porozumieć się także po rosyjsku. Wileńszczyzna mówi nawet po polsku. Albo mieszanką, która jest w stanie wystraszyć dzieci w prestiżowym przedszkolu.

Nie każdy obywatel Litwy chce to jednak uznać. Felix Ackermann posyła swoją córkę do prestiżowego przedszkola Europa-Garten, do którego chodzą pociechy wileńskich elit. Przedsiębiorców, naukowców. Wdaje się w dyskusję z dyrektorką, czy nie warto by dopuścić w szkole, które stawia na języki zachodnie, także polski i rosyjski. Ta czuje się przez niego zaatakowana: Kto chce mieć rosyjski, może iść w Wilnie do innej szkoły. Jest wiele placówek, które to oferują, to samo odnosi się do polskiego, mamy specjalne szkoły. Felix kapituluje. Nie po raz pierwszy i ostatni na Litwie.

Litewski kapitalizm

Felix Ackermann. Zdj. Jan Zappner.

W ogóle nasz niemiecki gość na Litwie, a może już na poły jej obywatel, skoro głosuje w wyborach lokalnych, podpatruje życie litewskich elit i próbuje je zrozumieć. Ambicją rodziców jest to, by zarabiały wiele, utrzymały swój status, a także zdały egzamin do Szkoły Jezuitów. W ostateczności liczy się jeszcze Liceum Wileńskie. Później Uniwersytet Wileński. Utarta ścieżka kariery w nowej Litwie, która stawia zdecydowanie na wolny rynek, w którym zakochane są chyba wszystkie partie polityczne. À propos. Felix staje się obserwatorem litewskiego kapitalizmu, który dla wychowanego w hołdujących soziale Marktwirtschaft Niemczech musi być miejscami szokujący.  –  Prawie każdy ma tu dwie lub trzy prace. Litewskie prawo pracy przewiduje, że można mieć oficjalnie dwóch pracodawców, pracując łącznie 60 godzin w tygodniu –  informuje swoich czytelników Niemiec. –  Żonglowanie między dwoma a trzema miejscami pracy na Litwie jest całkiem normalnym fenomenem –  pisze innym razem. To dlatego Litwini wszędzie tak się spieszą. Czasem jednak jakość pracy pozostawia wiele do życzenia, młoda, kapitalistyczna Litwa, gdy się poskrobie, ma także sowieckie oblicze. – Są na Litwie ludzie, którzy siedzą w pracy cały dzień przy komputerze i ma się wrażenie, że nie robią nic poza surfowaniem po Facebooku, You Tube czy delfi.lt – Ackermann jest bezpośredni i bezlitosny.

Symbolem litewskiego kapitalizmu stał się w międzyczasie hipermarket Maxima, gdzie kupuje przeciętny Litwin. „Dlatego, że jej renta w wysokości 280 euro nie wystarcza, mieszkanka Wilna sprzedaje marynowane ogórki z jej działki, którą ma poza miastem. „Wcześniej pracowałam w fabryce tekstyliów” – zwierza się Felixowi. Są jednak ludzie, którzy aspirują, chcą więcej. Czasem wychodzi z tego komedia. Księżniczka z różowym iPhonem, wykupując bilet za 15 euro w Lux Express, chce się czuć jak w prywatnym mercedesie i co chwila zwraca współpasażerom uwagę. –  Tak zachowuje się miejscowa elita, która wyobraża sobie, że pochodzi bezpośrednio od litewskiej szlachty. To ludzie, którzy traktują Anglię jako kraj mody i wyobrażają sobie, że nie zauważy się, że ich dziadkowie byli chłopami, jeśli tylko odpowiednio wypolerują sobie paznokcie. Ackemann bywa czasem wyjątkowo ostry, krytyczny wobec litewskich mód. Prawo dociekliwego obserwatora.

–  Na Litwie każda rodzina ma auto, a w zasadzie dwa. Pod tym względem Litwini są raczej amerykańskim, nie europejskim społeczeństwem – zauważa Ackermann. Litwini kochają Amerykę i od lat mają sporą diasporę w USA. – Także ci, co zostali na Litwie, śnią amerykański sen o osobistej wolności i jej symbolu, czyli własnym samochodzie. Do tego należy także sodyba, czyli własny dom, otoczony możliwie dużą połacią ziemi, położony poza dużym miastem. W międzyczasie wszędzie na wsi są obecne shopping malls. Oczywiście prawo do obrony własną bronią należy do tajnego programu amerykanizacji nowych członków Unii Europejskiej – ironizuje autor, a może nie. Za rozpowszechnianiem broni stoi Litewski Związek Strzelców, Ackermann przypomina od razu o jego związkach z Holocaustem. Tematyka żydowska w „Moim litewskim prawie jazdy” to wręcz oczywistość. I chyba tak jest dobrze, tak nie tylko wypada, ale tak trzeba, jeśli chce się poznać prawdziwą Litwę, a nie taką, którą stała się po 1945 r. Zresztą autor mówi wprost: wydaje się, że na Litwie na początku XXI wieku rządzi konsensus, że ma być to etniczne państwo narodowe. Kto chce inaczej, musi się jeszcze przez jakiś czas pogodzić, że tak będzie. Także Ackermann.

Wracamy jednak do nauki litewskiego. – Litewski to najtrudniejszy język świata, zaraz po chińskim. I najstarszy po sanskrycie – powtarzają bohaterowie książki. Ile w tym wiary w moc słowa rzucanego w twarz cudzoziemcowi, ile kompleksów, trudno orzec. Córka Felixa początkowo wstydzi się mówić po litewsku, ale jak już zaczyna, to Litwini komplementują ją: mówi jak Litwinka z Suwalszczyzny. Felix nie jest jednak do końca przekonany, że to komplement, Suwałki leżą w końcu na terenie Polski. W ogóle Polska, nawet po osiemdziesięciu latach od zakończenia „okupacji Wilna” – Ackermann nie używa tego określenia – jest dla wielu podejrzana. – Nie kupuję jabłek ani kurczaków z Polski – deklaruje Aldona, właścicielka wileńskiego mieszkania, położonego w tym samym budynku co kino „Skalvija”, w którym początkowo zatrzymał się Ackermann. O Aldonie jeszcze napiszę.

Wspomniałem na początku o słowianofobii. W czasie pobytu Felixa na Litwie wydarza się Krym. W szkole Europa-Garten sześciolatek wbiega do kuchni. Jest zszokowany, gdy słyszy mieszankę polskiego i rosyjskiego. – Nie możecie mówić językiem naszych wrogów! – krzyczy malec. Kobiety milczą, chyba wstydzą się swojego języka, którym na co dzień mówią w podwileńskiej okolicy. So komisch.

Kłajpeda leży w Ameryce

Wilna w książce jest sporo, nawet przesyt. Autor oprowadza nas po starówce, gościmy także w salonie fryzjerskim Herr Katt na Užupio, prowadzonym przez potomka litewskich Karaimów, a także na Deutsche Strasse – punkt chyba obowiązkowy dla każdego obywatela Bundesrepubliki (tutaj w czasie II wojny światowej przebiegała granica między dwoma gettami). W końcu rodzina udaje się na wakacje do Kłajpedy, czyli przedwojennego Memla. Bohater książki preferuje raczej litewską nazwę miasta. – Memel leży w Afryce – powtarza za litewskim przedwojennym powiedzonkiem. Zaraz podłapują to dzieci. W międzyczasie autor serwuje nam rozterki, jak określać litewskie miasta po niemiecku. O ile nazwa Wilna brzmi miło dla ucha i ma historyczne uzasadnienie, to mówienie o Kauen, Schaulen czy Memel Ackermannowi nie odpowiada i występuje za używaniem współczesnych nazw litewskich: Kaunas, Šiauliai i Klaipėda. W Polsce chyba takich dylematów nie mamy. Niemcy patrzą na to inaczej. – Cień Shoah, wymordowanie około 200 tysięcy Żydów litewskich, świadczy przeciwko używaniu nazwy Memel w XXI wieku – wyrokuje Ackermann. Czy zgodziliby się z nim członkowie mniejszości niemieckiej w Kłajpedzie? Wchodzę na stronę Domu Simona Dacha w Kłajpedzie, lokalnego stowarzyszenia niemieckiego. Znajduję tekst: Der Verein der Deutschen in Klaipeda vereinigt die alten Bewohner des Memellandes. Zur Zeit zählt der Verein über 400 Mitglieder. Więc z jednej strony Klaipeda, bez litewskiego ė, z drugiej Memelland. Ciężko to wszystko rozsądzić. Zresztą to chyba wątek poboczny.

Labai blogai, czyli wszystko źle

Z Kłajpedy uciekamy do Olity. Właściwie miało być Wilno, ale Regitra, szkoła jazdy, nie ma już wolnych miejsc w stolicy, dlatego Felix postanawia zdać egzamin na upragnione prawo jazdy w Olicie, po rosyjsku. Zaczynają się przygody biurokratyczne, akurat tutaj Litwa daleko jest od swoich ukochanych Stanów Zjednoczonych, bo dowód osobisty Felixa nie wystarcza, by móc się zarejestrować na egzamin w Olicie. Potwierdzenie meldunku na smartfonie to także za mało. How come? Trzeba kontaktować się telefonicznie z przełożonymi. W końcu udaje się. Egzamin teoretyczny zdany. W nagrodę – dwie godziny wolnego na wycieczkę po Olicie, w której Felix nie może znaleźć centrum miasta. – Sprzedawczynie uznają moje zainteresowanie historią architektury sowieckiej za podejrzane – zwierza się Ackermann. Ta przeszłość sowiecka chyba wszędzie jest wypychana ze świadomości. Niezależnie, czy jesteśmy w Wilnie czy w małej Olicie. Ale jakby poskrobać… Teraz parę tygodni nasz bohater czeka na możliwość próbnej jazdy. Asta, urzędniczka szkoły jazdy, nie spieszy się, nie odpowiada na emaile, rzadko odbiera telefony. Na uwagi Felixa, z rozbrajającą szczerością odpowiada: teraz to Pan mówi jak Żyd. Niemcowi odbiera mowę. Zresztą o rzekome żydowskie pochodzenie będzie jeszcze nie raz pytany w Olicie, przecież wszyscy wiedzą, że nazwiska zakończone na mann są żydowskie. Tłumaczenia Felixa na nic się zdadzą. Ale teraz do samochodu wsiada instruktor jazdy, Arnoldas, który co chwila krzyczy i rzuca wyzwiskami, ale od Felixa otrzymuje tylko podziękowanie: nikt inny na Litwie nie mówi ze mną w tak jasny i bezpośredni sposób. To, co wartościowe z perspektywy pedagogicznej, to nauka litewskiego. Arnoldas powtarza się parę razy w każdej godzinie jazdy, rzuca kurwami, chujami. Co ciekawe, wszystkie przekleństwa są po rosyjsku. Instruktor jest pewny jednego: wszystko wygląda bardzo źle.

Arnoldas uczy także podczas jazdy próbnej gender studies. – Zobacz, to dziewczyna, ale ona parkuje lepiej od ciebie. Dla Felixa wciąż jest to, o ironio, motywujące. Cierpliwie słucha kolejnych nowych słów litewskich. Zresztą dziewczyna to jeszcze nie obelga dla Arnoldasa, gorzej jest z gejami albo Żydami. Mieszkaniec Olity nie lubi także rowerzystów. Czy Arnoldas to homo sovieticus? Może zachowuje się tak, bo sam był tak traktowany w szkole czy w rodzinnym domu? – Chodzi o dwie rzeczy. Nieustanne odnawianie silnej hierarchii, ale o wiele bardziej o szerzenie strachu. Bo dopiero hierarchia umożliwia, by symbolicznie przenieść poddanego w niepewność i strach. To jest także ważna cecha sowieckiego społeczeństwa – pisze Ackermann. Koledzy Felixa podbudowują to historycznie. – Litwa jest społeczeństwem postgułagowym, do którego przeniesiono po 1991 roku normy sowieckiego obozu pracy – mówi litewska socjolożka. Liberałowie by się oburzyli. How come?

Obowiązuje jeden dyskurs

Wróćmy do kapitalizmu. Jego kolejnym symbolem stały się Śnipiszki, ze swoimi wieżowcami ze szkła, pyszniącymi się i przeglądającymi w wileńskiej starówce, która leży na drugim brzegu rzeki. Przynajmniej do 2008 r., gdy wybuchł kryzys gospodarczy w krajach bałtyckich. Ackermann jako naukowiec w Laboratory of Critical Urbanism w Europejskim Uniwersytecie Humanistycznym stara się badać także ten aspekt nowej Litwy. Stare domy z kolei zerwały z ciągłością. – Charakterystyczny dla zbiorowej amnezji jest wpis w urzędzie katastralnym, do którego sięgają agenci obrotu nieruchomościami, gdy opisują swoje obiekty – dzieli się z nami ważną ciekawostką Ackermann. Dla każdego domu, który został wzniesiony przed II wojną światową i dla którego nie ma kompletnej dokumentacji, wpisuje się rok 1940 jako rok budowy. Rok, w którym Wilno w wyniku paktu Hitler-Stalin na krótki czas zostało litewskie. Zbudowany na dziesięć lat przed I wojną światową ceglasty dom żydowskiej rodziny handlarzy z charakterystycznym żelaznym balkonem: rok budowy 1940. Grożący zawaleniem drewniany dom polskich rzemieślników z lat dwudziestych na Śnipiszkach: rok budowy 1940. Jedna z niewielu secesyjnych willi na przedmieściu Zwierzyniec: rok budowy 1940. Słabe jest to wileńskie pamiętanie o przeszłości. Wydaje się jednak, że większości mieszkańców Wilna to nie przeszkadza. Podobnie jak amputacja pamięci o żydowskim Wilne, z biblioteką Straszuna, YIVO czy terenami dawnego getta. Niewiele zmienia tablica z nazwą ulica Żydowska, w jidysz i po hebrajsku, odsłonięta z wielką pompą przez mera Remigijusa Šimašiusa.

A propos mera. Autor książki chyba nie ma sympatii do żadnej z rządzących partii politycznych, zdradza nam jednak, że w wyborach samorządowych głosował na Marka Harolda. Ten Brytyjczyk, w międzyczasie już wyrzucony z partii liberałów, to taki enfant terrible litewskiej polityki. Wytyka Litwinom ksenofobię i homofobię, albo brak pamięci o wileńskich Żydach. Ackermannowi, sceptycznemu wobec niemieckiej partii FDP, chyba się trochę podoba. – Szczególnie wizja uśmiechającego się społeczeństwa, które cieszy się na ulicy, jaką ma DJ Splinter. W końcu Harold rozczarowuje. Zagrywa się politycznie na śmierć. Pisze posta na Facebooku: fuck you, Lithuania! Litwini są w szoku, a ktoś chce wszcząć postępowanie o nawoływanie do gwału. Gwałtu na ojczyźnie. Are you serious?

Ackermann daje się wciągnąć nie tylko w wybory samorządowe, do czego jako Niemiec w Wilnie ma prawo – do Sejmu już głosować by nie mógł, a nie wiem, czy by chciał, ale także w litewskie debaty o sowieckiej przeszłości. I sam widzi jak bardzo jest osamotniony. Parę lat temu Wilno dyskutowało o usunięciu sowieckich rzeźb z Zielonego Mostu. Niemiecki naukowiec pyta na sympozjum, czy rzeźby są raczej dziedzictwem sowieckim czy litewskim. Pytanie prawie obrazoburcze, znając obecny dyskurs historyczny na Litwie. Ackermann nie otrzymuje zresztą na nie żadnej odpowiedzi. Litwini nie są chyba wciąż gotowi, by uznać Litwę Sowiecką za część własnej historii. – Nas przy tym nigdy nie było – taka jest dziś postawa rządzących elit. Ackermanna, który, jak się zdaje,  chciałby widzieć Litwę bardziej dojrzałą, chyba to martwi. – Po tym jak wileńscy Żydzi zostali wymordowani i większość Polaków wypędzona z miasta, po II wojnie światowej przyjechali do swojej nowej stolicy Wilna studenci i budowniczy z Kowna i prowincji. O tym, że lituanizacja Wilna postępowała ręka w rękę z sowietyzacją i miała swój początek w okresie stalinizmu, nie dyskutuje się. Przekonanie, że Wilno było zawsze litewskim miastem, jest jądrem doktryny państwowej. Rzeźby na Zielonym Moście są jedynym istniejącym jeszcze pomnikiem powiązania sowieckiego panowania z litewskim „nowym początkiem” w Wilnie. Teraz powinny zostać usunięte, by odnieść ostatnie symboliczne zwycięstwo nad Związkiem Sowieckim. W ten sposób usunięto by także z przestrzeni miejskiej symbol własnego uczestnictwa w sowieckim zawłaszczeniu miasta. Na Litwie nie dyskutuje się otwarcie. Tutaj zawsze rządzi jakiś obowiązujący dyskurs i kwestionować można go gdzieś w sferze prywatnej, w kuchni, to chyba jednak pozostałość czasów sowieckich, o czym Ackermann nie pisze wprost. – Jedynymi miejscami wymiany różnych myśli są dwa duże portale internetowe delfi.lt i 15min.lt. Jaka jest przyczyna, wyjaśnia Ackermannowi litewski historyk. – Ludzie, którzy teraz mieszkają w mieście, nie czytali w życiu żadnej gazety. Dziadkowie na wsiach i w małych miasteczkach nie mieli żadnych gazet. A za czasów sowieckich nie opłacało się, by zerkać do litewskiej Prawdy. I dlatego dziś mamy tylko imitację dzienników – mówi historyk. So traurig

A może nie tak źle

Po traumie z Arnoldasem Felix na parę miesięcy wstrzymuje projekt uzyskania prawa jazdy. Jednak niedługo minie termin zdania egzaminu praktycznego, więc trzeba się spieszyć. Kierunek Uciana. Nasz bohater chce wykupić sobie jeszcze parę lekcji z Arnoldasem, ale okazuje się, że biuro firmy Autoakademija zniknęło z ulicy Giedymina w Wilnie. Litewskie firmy znikają tak szybko jak pojawiają się. Oznaka raczkującego po trzydziestu latach kapitalizmu. Felix znajduje jednak biuro Autoakademiji na Zawalnej. Okazuje się przy okazji, że Arnoldas to litewski policjant, który dorabia sobie do życia. – Ta  informacja nie wzmocniła mojego zaufania do litewskiego państwa – komentuje kwaśno Ackermann. Mogło być jednak gorzej. Asta, pracowniczka Autoakademii, oferuje Felixowi parę klamotów dla żony, okazuje się bowiem, że firma prowadzi także sprzedaż ciuchów. – Za parę miesięcy Autoakademiji już nie będzie. Ona umrze, jak umiera cała Litwa. Młodzi ludzie wyjeżdżają z kraju – komentuje sceptycznie Asta.

Kolejnym nauczycielem Felixa jest Oleg z Nowej Wilejki, który pracował tam jako inżynier w kombinacie Žalgiris. Ciekawe skojarzenie dla Niemca. W końcu to wschodniopruski Grünwald. Wreszcie kolejna próba zdania praktycznej części egzaminu. Tym razem w Możejkach, gdzie znajduje się słynna rafineria, która dzięki Orlenowi uratowała dwa tysiące miejsc pracy. Lietuvos geležinkeliai, koleje litewskie, choć w Możejkach mają złą sławę, wileńskiego pasażera zaskakują pozytywnie. Konduktorka przynosi wodę, herbatę i coś słodkiego. Europa. Dworzec kolejowy w Możejkach właśnie odnawiany jest z pieniędzy unijnych. Najpiękniejszy budynek w mieście to jednak siedziba władz z lat pięćdziesiątych. Miasto dumne jest także ze wzmianki w kronice inflanckiej z XIII wieku. Felixa wita szósty już jego kierowca Gediminas, będący w tym samym wieku co on. Właśnie wrócił z Niemiec, kupił forda za dziewięć tysięcy euro. Obecnie zarządza ośmioma samochodami. Gediminas z chęcią pokazuje Niemcowi atrakcje Możejek: nowy kościół katolicki, pizzerię Can-Can, a także nowe osiedla mieszkalne. Niestety Możejki także nie są łaskawe dla Felixa. Egzamin niezdany. Ostatecznie znów trzeba się udać do Uciany. Tym razem żadnego zwiedzania zabytków. Ale jest mały sukces. – Proszę zamówić prawo jazdy. Serdecznie gratuluję. Ale proszę się więcej nie pokazywać w Ucianie! – syczy instruktor.

W domu zasłużonych artystów

Recenzja książki byłaby niepełna, gdyby nie wspomnieć o Aldonie, 86-letniej aktorce, u której początkowo zatrzymał się Ackermann. Pokój z widokiem na Zielony Most. Oboje mieli sobie coś do zaoferowania: Aldona chciała poćwiczyć swój niemiecki, którego w czasie okupacji nauczyła się w Kownie, Felix nauczyć się litewskiego. Mąż Aldony Vytautas był wybitnym tancerzem i choreografem, wcielił się nawet w rolę Fausta. – Siedzimy za stołem, pijemy zieloną herbatę i pokazujemy palcem na pojedyncze przedmioty w kuchni: talerze, filiżanki, garnek. Aldona dumnie pokazuje zdjęcia swojego męża. Ja wyjmuję zdjęcia swojej rodziny z Berlina (…) Aldona śmieje się dużo. To takie nastawienie życiowe. Ale dalej po litewsku rozmawiać się nie da. Brakuje słów.

Gdy nie ma szans na porozumienie po litewsku, zostaje rosyjski. Choć akurat Aldona niechętnie się nim posługuje. Trochę dowiadujemy się za to o jej przeszłości. Po wojnie kształtowała jako artystka nową rzeczywistość sowiecko-litewską w Wilnie, ale w latach osiemdziesiątych stanęła po stronie Sąjūdisu. Podobnie jak wielu mieszkańców domu zasłużonych artystów Litewskiej SRS. Wśród nich Stasys Vainiūnas i Benjaminas Gorbulskis. – Bezpośrednio po wojnie byłam w Kaliningradzie, z zespołem kulturalnym, by zabawiać tam litewskich robotników. To były czasy – zwierza się najemcy mieszkania, trochę rozrzewniając, Aldona. – Było straszno – za parę minut wyrzuca z siebie po rosyjsku, machając rękami w kuchni. Do dziś Aldona jest wielką fanką Vytautasa Landsbergisa. Gdy tylko pojawia się w telewizji, podkręca odbiornik i woła Felixa: Szybko, szybko, nasz Landsbergis przemawia! Nasza aktorka dostała jednak także w kość od transformacji. Może mieszkać w swoim mieszkaniu tylko dlatego, że syn opłaca jej rachunki za energię. Obecnie Aldona pracuje nad książką poświęconą mężowi.

Niestety okazało się, że litewskiego u Aldony Felix nie nauczył się. Bardziej pomogło działające tutaj katolickie Marijos radijas, którego Ackermann słucha równie namiętnie co polskiego Radia Maryja. – To co dobre w radiowym fundamentalistycznym katolicyzmie, to fakt, że modlitwy są wymawianie bardzo wyraźnie i we wszystkich krajach mają prawie identyczną treść. Polskie Radio Maryja i litewskie Marijos radijas są do siebie tak podobne, że transmisja na Litwie wygląda jak spowolnione tłumaczenie synchroniczne polskiego kanału siostrzanego. Aldona jest prawicowa, ale litewskiego Marijos radijas nie słucha. Her choice.

***

Książkę Ackermanna polecić należy w zasadzie wszystkim, którzy czytają po niemiecku, ale raczej nie jest to publikacja dobra dla tych, którzy podróż po Litwie dopiero zaczynają. To przejaw krytycznej, trudnej miłości do kraju zamieszkania, dobry komentarz uzupełniający do narracji, którą znamy z ust Litwinów, wypowiadanej w przemówieniach polityków, tekstach dziennikarzy, komentarzach patriotów w Internecie. Tekst Ackermanna wiele wnosi do obrazu kraju, będącego północno-wschodnim sąsiadem Polski, porusza wątki, które nie są miłe dla jego mieszkańców, takie jak słowianofobia, tabu w postaci niemówienia o współudziale w Holocauście, obsesja militaryzacji po aneksji Krymu, aspiracje do amerykańskiego kapitalizmu, które przecież we wschodniej Europie nie mają prawa się spełnić, wypychanie ze świadomości sowieckiej przeszłości, której niejeden Litwin przechodzący obok postaci przy Zielonym Moście był uczestnikiem. Książka może się Litwinom nie podobać, ale trudno oczekiwać od niemieckiego przybysza, by hołdował Litwie upudrowanej czy cukierkowej. Nawet z okazji stulecia. Warto się czasem przejrzeć w lustrze, które podtykają nam pod nos cudzoziemcy. Gdyby książkę napisał litewski Polak czy Rosjanin nie miałaby ona takiej wiarygodności, łatwo by ją było zresztą spuentować komentarzem, że piszą wiecznie wczorajsi, etnonacjonaliści czy sieroty po Związku Sowieckim. Uwagi naukowca z Berlina trudniej zignorować, choć oczywiście można je przemilczeć.

Felix Ackermann swój upragniony dokument już ma, ale chętnie poczytałbym co kiedyś podpatrzy w polskich szkółkach nauki jazdy. Od 2016 roku mieszka w Polsce, może kolejna książka będzie o nas. Życzyłbym nam tego z całego serca. Też mamy sprawy, które wolimy przemilczeć i też lubimy nasz kraj pudrować. Instruktorzy jazdy przeklinają, księżniczki z iPhonami myślą, że są potomkiniami Radziwiłłów, a starsze panie Aldony kochają swoich idoli i wymachują chusteczkami na pochodach.

Acha, przepraszam. W Warszawie już dawno nie ma trolejbusów. How come?

 

Zdjęcie tytułowe: Popiersia Steponasa Dariusa i Stasysa Girėnasa, którzy samolotem „Lituanica” przelecieli w 1933 r. nad Atlantykiem. Zdj. Felix Ackermann.

Polub nas na Facebooku!