Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Wesprzyj Fundację Bałtycką i Przegląd Bałtycki

Jan Zwartendijk. Holenderski konsul w Kownie, który ratował Żydów

O konsulu japońskim Chiune Sugiharze z Kowna, który w czasie II wojny światowej pokazał ludzką twarz i pomógł zagrożonym zagładą Żydom litewskim, wie cały świat. W popularnej internetowej encyklopedii Wikipedii napotykamy prawie czterdzieści haseł w różnych językach na jego temat. Jan Zwartendijk, urodzony w 1896 roku rotterdamczyk, pracownik Philipsa w Litwie Kowieńskiej, ma zaledwie parę wpisów w Wikipedii. Jego postać przypomniano jednak teraz ze względu na pobyt króla Niderlandów w krajach bałtyckich. W piątek przy Laisvės aleja w Kownie, w obecności Willema-Alexandra i Dalii Grybauskaitė, a także szefa litewskiego MSZ Linasa Linkevičiusa i polskiej ambasador Urszuli Doroszewskiej, odsłonięto pomnik upamiętniający Zwartendijka. Monument zaprojektowała holenderska artystka Giny Vos, specjalizująca się w pomnikach świateł.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Budowę pomnika dzielnego Holendra zaanonsował mediom na wiosnę 2018 r. wicemer Kowna Simonas Kairys. Jest ona owocem czteroletniej współpracy między Litwą i Holandią. Dwa lata wcześniej w Wilnie ówczesny wiceminister spraw zagranicznych Litwy Mantvydas Bekešius spotkał się z dziećmi Jana Zwartendijka: Robertem, urodzonym w 1940 r. w Kownie, oraz Edith, rocznik 1927. Edith Zwartendijk opowiedziała litewskiemu wiceministrowi o początkach okupacji sowieckiej na Litwie. W spotkaniu wziął udział znany holenderski dziennikarz i pisarz Jan Brokken, autor „Bałtyckich dusz”. Wiceminister Bekešius wraz z ambasadorem Królestwa Niderlandów Bertem van der Lingenem zastanawiali się w jaki sposób spopularyzować zasługi Zwartendijka dla litewskich Żydów. Litewskie ministerstwo obiecało pomoc Brokkenowi w spopularyzowaniu tematu Zwartendijka. Są plany, by książka ukazała się jednocześnie w paru językach.

Przeczytaj także:  „Bałtyckie Dusze”, Jan Brokken – recenzja książki

Would we be as Courageous as Jan Zwartendijk Was? – pyta wielkimi literami na swojej stronie anglojęzyczna gazeta ukazująca się na Litwie “Kaunas full of culture”. A co wiedzą o nim przeciętni mieszkańcy Kowna?

Zaczęło się od Philipsa

Jan Zwartendijk z synem Robem i córką Edith. Zdj. Archiwum rodziny Zwartendijk.

Mało który kowieńczyk z wyboru zasłużył na książkę i pomnik w „tymczasowej stolicy Litwy” jak właśnie Zwartendijk, zwany przez Holendrów „naszym Raoulem Wallenbergiem” lub czasem także „de engel van Litouwen” oraz „de engel van Kaunas” („aniołem z Litwy”, „aniołem z Kowna” – dla nas Polaków, „aniołem ze Lwowa” była działaczka „Żegoty” Władysława Chomsowa). Jan Zwartendijk, urodzony w 1896 roku w Rotterdamie przedsiębiorca holenderski, od 1938 r. pracował w Kownie jako dyrektor biura lokalnego „Philips Electric”. Rok 1940 stanie się dla niego przełomowy – w wojnie z III Rzeszą padnie Holandia, zaś konsul holenderski w Kownie zostanie zwolniony w maju 1940 r. przez emigracyjny, antynazistowski rząd ze względu na swoje proniemieckie sympatie. Zwartendijk otrzymuje od niderlandzkiego ambasadora w Rydze L.P.J. De Deckera propozycję – zastąpić poprzedniego konsula. Powód jest dość prosty – w Litwie Kowieńskiej jest właściwie tylko jeden Holender godny tej funkcji. Zaraz po nominacji Związek Sowiecki wkracza na Litwę, rozpoczyna się trwająca rok okupacja – „rok strachu”. Dla litewskich Żydów jednak okazja, by przetrwać jeszcze parę miesięcy we względnym spokoju, choć rządy sowieckie także lokalnej społeczności żydowskiej trudno nazwać sympatycznymi. Wciąż istnieje jednak obawa, że III Rzesza może wkroczyć do Kowna. Bolszewicy wydają się po prostu mniejszym złem.

Wiza holenderska wystawiona dla Żydów w Kownie przez Jana Zwartendijka

Po agresji III Rzeszy na Polskę w 1939 r. na Litwie zaczęło się pojawiać wielu Żydów-uchodźców. Gdy Zwartendijk jest już konsulem, pewnego dnia puka do niego para polskich Żydów, prosząc o pomoc. Chcą dostać wizę do Curaçao, holenderskiego terytorium zamorskiego, które nie zostało zajęte przez Niemców. Teoretycznie zgodę powinien wydać jeszcze gubernator Antyli Holenderskich, ale Zwartendijk dogaduje się z ambasadorem L.P.J. De Deckerem, że nie jest to niezbędne. Była to zatem lipna wiza, ale system zadziałał. Po tym „sukcesie” kowieńską społeczność żydowską zaczyna obiegać fama, że można się zwracać do holenderskiego konsulatu. Przed drzwiami biura Philipsa w Kownie zaczynają się tworzyć długie kolejki. Córka Zwartendijka Edith, która wówczas miała dwanaście lat, wspomina: „trzeba było zatrzymywać ludzi na schodach, tak wielu ich było”. W końcu Zwartendijk zaczął wypisywać wizy po francusku, opatrzone solidnym stemplem. Nikt nie mógł ich zakwestionować. Wszystko było legalne, choć naciągane.

Holender i Japończyk działają ręka w rękę

W pewnym momencie przecinają się drogi Holendra i Japończyka Sugihary. Wyjeżdżający z Litwy na Curaçao Żydzi potrzebowali bowiem japońskiej pomocy. Jedyną drogą, by uciec z Europy opanowanej przez nazistów była Rosja Sowiecka. Sowieci żądali od Żydów jadących do Curaçao także japońskiej wizy tranzytowej. Sugihara, którego biuro znajdowało się parę kroków od siedziby Philipsa,  nie wahał się, zaczął podobnie jak Zwartendijk pomagać. „To szczególna sprawa” – mówi czasopismu „Eindhovens Dagblad” syn Zwartendijka Rob. „Bo Japonia była przecież wrogiem Holandii w czasie II wojny światowej. Ale podobnie jak nasz ojciec Sugihara zdecydował się pomagać. To oni dwaj sprawili, że życie tylu osób zostało uratowane”. W całej sprawie jest jednak także wątek polski, o którym wspomniała w Kownie ambasador Urszula Doroszewska. „To jest bardzo ważne, ponieważ wspominamy tych, którzy ratowali Żydów. Ten wybitny dyplomata holenderski, który dzisiaj jest czczony, po pierwsze, większość osób których uratował to byli polscy obywatele. Druga bardzo ważna rzecz polega na tym, że to była cała sieć nielegalnej działalności w okupowanej Europie i poza Europą, w której ważnym ogniwem był polski ambasador w Tokio Tadeusz Romer. Ludzie, którym wystawili fałszywe wizy Sugihara i Zwartendijk trafiali do Japonii, gdzie ich odbierał Romer” – powiedziała serwisowi zw.lt Doroszewska. Japończyk podczas pobytu w Kownie współpracował z polskim wywiadem, co było o tyle dziwne, że Japonię formalnie wiązał sojusz z III Rzeszą. Po opuszczeniu Litwy Sugihara przekazał urzędowe pieczęcie stronie polskiej, która w Szanghaju dalej wydawała wizy.

Dwaj dyplomaci walczyli jednak z czasem. Wiadomo było, że za chwilę Litwa zostanie zaanektowana przez Związek Sowiecki, co ostatecznie stało się w sierpniu 1940 r. W tym samym miesiącu konsulaty, poselstwa i ambasady działające w Kownie zostały zamknięte. Dlatego dwaj panowie narzucili sobie wielkie tempo pracy. Wygrywał na razie Zwartendijk. „Pracował tak szybko, że w pewnym momencie dostał telefon od Sugihary. Mój ojciec pracował z pieczęcią, ale Japończycy pisali wszystko w paszporcie ręcznie i nie mogli nadążyć” – wspomina w rozmowie z „Eindhovens Dagblad” Rob Zwartendijk.

Wizy japońskie okazały się rzeczywiście niezbędne. W 1941 roku, na parę miesięcy przed agresją niemiecką na Związek Sowiecki, Żydzi zaczęli masowo wyjeżdżać przez kolej transsyberyjską do Władywostoku. Następnie zapisywali się na specjalny parowiec do Japonii, a później jak kto chciał lub raczej mógł – do Ameryki, Palestyny czy Kanady. Ostatnia szansa, by uciec, bo w czerwcu 1941 r. naziści zajmują Litwę. Mało kto z litewskich Żydów ostatecznie dotarł do Curaçao, wszyscy rozpierzchli się po świecie. Oblicza się, że do początku sierpnia 1940 r. Zwartendijk wydał 2,3 tys. wiz do Curaçao. W sierpniu 1940 r. holenderski konsulat w Kownie zostaje zamknięty, a Zwartendijk wraca do Niderlandów, osiedlając się w Eindhoven. O swoim wyczynie mówi niechętnie. Wtedy, gdy rozgrywały się te wydarzenia, wiedziała tylko żona. Dzieci nie były wtajemniczone. „Oczywiście widzieliśmy kolejki pod konsulatem, ale ojciec opowiadał nam, że to normalna praca” – mówi córka Edith Zwartendijk. Nawet brat bliźniak dowiedział się o całej akcji dopiero po 1945 roku. Jeszcze w Kownie konsul spalił listę z nazwiskami uratowanych Żydów. Lepiej było nie zostawiać po sobie dokumentów. Swoją drogą sam Zwartendijk do końca nie wierzył, że Rosjanie i Niemcy nabiorą się na jego sztuczki, a Żydzi, którym wystawi wizy, uratują skórę. Po wojnie nie chwalił się, rzucił tylko „każdy na moim miejscu czyniłby to samo”. Protestancka skromność. Dopiero w latach sześćdziesiątych o Zwartendijku napisze amerykańska gazeta, a przedrukuje to holenderska „Leeuwarder Courant”. Holenderski konsul umiera 14 września 1976 r. Dzień później poczta przesyła list z Izraela z nazwiskami 2,1 tys. osób, którym udało się uciec. Syn Rob: „ojciec na pewno chciałby to wiedzieć”. W 1997 r. Zwartendijk zostaje sprawiedliwym wśród narodów świata. Rok później holenderska gazeta „De Volkskrant”, omawiając stosunek aliantów do Holocaustu, wskazywała na bohaterstwo takich jednostek jak Zwartendijk czy Sugihara, które wcale w tamtych latach nie było oczywistością. „Uratowali oni życie tysiącom Żydów, którzy mogli zginąć z rąk niemieckich. Zrobili to z własnej inicjatywy, większość ich kolegów działała wtedy w zgodzie z linią biurokratyczną. A jak fatalny czynnik czasu mógł być wskazuje przykład Edith Stein, która w 1941 roku zwróciła się o wizę do Szwajcarii. Otrzymała ją w zasadzie tylko ze względu na swoją rozpoznawalność pod koniec sierpnia 1942 roku, trzy tygodnie po tym, jak zagazowano ją w Oświęcimiu” – napisze Dick Van Galen Last. Mimo tak wielkich zasług dla społeczności żydowskiej Holendrzy o Zwartendijku przypomnieli sobie dopiero w 1992 roku dzięki artykułowi Hugo Posa w piśmie „Vrij Nederland”. Pos spotkał wtedy w Antwerpii Nathana Gutwirta, obywatela Holandii, który Zwartendijkowi zawdzięczał życie.

Historię polskiego Żyda uratowanego dzięki Zwartendijkowi znajdujemy w książce Marka Edelmana „I była miłość w getcie”. „Majus Nowogródzki był jedynakiem, synem sekretarza generalnego Bundu, mieszkał na Nowolipiu 7. Cały parter tego domu zajmowała drukarnia, a na pierwszym piętrze była redakcja „Fołks-Cajtung”. Majus mieszkał na piątym piętrze. To był inteligencki dom. Na ścianach pełno obrazów i bardzo dużo książek (…) We wrześniu 1939 roku Majus z ojcem, jak większość mężczyzn, wyszli z Warszawy. Uciekali na wschód i w efekcie przez Wilno i Japonię za sprawą japońskiego konsula Sugihary i konsula holenderskiego w Kownie Jana Zwartendijka trafili do Ameryki. Ojciec Majusa zdołał nawet wywieźć znaczną część dokumentów bundowskich, z których korzystał potem, pisząc książkę o historii międzywojennego polskiego Bundu (…) Majus poszedł w Ameryce na studia i został potem wybitnym specjalistą w amerykańskich programach satelitarnych”.

Światło daje nadzieję

Czy Zwartendijk jest dzisiaj znany? Na pewno nie tak jak Sugihara. Od czasu do czasu wspomina się o nim w Holandii, postawiono mu nawet pomnik w Rotterdamie, z inicjatywy amerykańskiej organizacji „Boys Town Jerusalem”. Giny Vos, artystka, która zaprojektowała monument Holendra w Kownie, komentuje dla gazety De Trouw: „Sugiharze poświęca się wiele uwagi, ma swoje muzeum w Kownie, jest film o jego bohaterskich wyczynach. O Zwartendijku wspomina się, ale wszyscy głównie koncentrują się na Sugiharze”. To trochę boli Holendrów. Z tej racji, że Zwartendijk pracował dla Philipsa Giny Vos dostała parę lat temu od holenderskiej firmy propozycję budowy pomnika światła, w którą włączyła się ambasada Holandii, samorząd Kowna i lokalna społeczność żydowska. Podstawą monumentu zostały kreski, które tworzą spiralę światła z długich kolorowych linii. Holenderka już od ponad trzydziestu lat pracuje ze światłem. W 2015 r. zaprojektowała w Passage de la Baleine w Leeuwarden podświetlany szkielet wieloryba. Pomnik Zwartendijka w Kownie, wart 150 tysięcy euro, także nawiązuje do tej estetyki. Jest położony zaraz obok budynku, gdzie znajdował się holenderski konsulat. Teraz ma tam swoją siedzibę kowieńska księgarnia. Ambasador Niderlandów Gijsbert Hendrik Christiaan van der Lingen mówi w rozmowie z anglojęzycznym pismem „Kaunas full of culture”: „To pomnik światła, bo światło daje nadzieję. To pomnik Holocaustu, który nie podkreśla ciemnej strony i nie koncentruje się na żałobie, ale raczej na fakcie, że byli ludzie, dla których inni ludzie mieli znaczenie”.

Dzieci Zwartendijka, Rob i Edith, są nieco zdystansowane wobec pomnika. Twierdzą, że takie publiczne pokazywanie czci zniechęciłoby ich ojca, który był skromnym człowiekiem, surowym wobec siebie, ojcem, który przekazał swoim dzieciom silne normy i wartości, ale nigdy nie lubił wchodzić na piedestał czy chwalić się swoimi zasługami. Ale mimo to przyjechali na Litwę razem z królem Willemem-Alexandrem. Syn Rob: „Pomnik jest dla nas dowodem na to, że zawsze ma się w życiu wybór, by czynić dobro. Także wtedy, gdy protokół nakazuje coś innego. Nasz ojciec był skromnym człowiekiem, ale to co zrobił, nie jest w żaden sposób oczywiste”.

W uroczystości odsłonięcia pomnika Zwartendijka wziął udział Marcel Weyland z Sydney, obecnie mający 91 lat. W wieku dwunastu lat, wraz z rodzicami i dwoma siostrami uciekł z Kowna właśnie dzięki holenderskiemu konsulowi. „Wiedzieliśmy, że musimy uciec. Byliśmy w pierwszym pociągu do Władywostoku, a później łodzią dopłynęliśmy do Kobe w Japonii. Ostatecznie dojechaliśmy do Szanghaju, gdzie podobnie jak wielu Żydów zostaliśmy w czasie II wojny światowej. Mieliśmy szczęście i do tej pory jestem wdzięczny Zwartendijkowi i Sugiharze za to, co dla nas zrobili” – mówi stary Weyland „Eindhovens Dagblad”. Patrzy na dzieci Zwartendijka, które są już równie wiekowe jak on. „Co mam powiedzieć? Słowa są niewystarczające. Bez pomocy ich ojca nie przetrwałbym ja, podobnie jak 42 moich dzieci, wnuków i prawnuków”.

***

W Muzeum Philipsa w Eindhoven 18 września 2018 r. zostanie odsłonięta wystawa poświęcona Janowi Zwartendijkowi. 4 października 2018 r. ukaże się książka autorstwa dziennikarza Jana Brokkena, autora „Bałtyckich dusz”, na temat konsula Niderlandów w Kownie.

W trakcie pisania tekstu korzystałem z holenderskojęzycznej prasy. Wykorzystałem artykuły: Diede Hoekstra, „Hoe Jan Zwartendijk duizenden Joden van de nazi’s redde”, „Eindhovens Dagblad”, ed.nl, 15 czerwca 2018; Harriët Salm, „Lichtkunst voor vergeten diplomaat die Joden redde”, trouw.nl, 14 czerwca 2018 r.; Dick Van Galen Last, „De geallieerden en de holocaust”, volkskrant.nl, 6 lutego 1998 r., Huib Goudriaan, „Jodenredder Jan Zwartendijk wordt alsnog geëerd”, „De Trouw”, trouw.nl z 4 listopada 1997 r.

 

Zdjęcie tytułowe: Pomnik upamiętniający Jana Zwartendijka w Kownie. Zdj. Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Wilnie. 

Polub nas na Facebooku!