Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Arūnas Gelūnas: Sowieci nie znosili Kowna

Najtrudniejszy dla Kowna był czas sowiecki. O ile przed 1940 r. miasto rozwijało się dynamicznie, a do dziś chlubą Litwy pozostaje jego modernizm, to po wojnie nazywane było „burżuazyjną stolicą” ze wszystkim złem, które się z tym wiązało. Nikt nie badał tego naukowo, historię o przedwojennym sukcesie przemilczano, marginalizowano. A ja wyrastałem wśród tych budynków i niewiele o nich wiedziałem. Kowno zresztą w ogóle było na cenzurowanym, jeśli weźmiemy np. historię samospalenia Romasa Kalanty na lokalnej alei Wolności, która była centralną aleją przedwojennego Kowna, kowieński teatr czy kronikę kościoła katolickiego – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Arūnas Gelūnas, były minister kultury i ambasador Litwy przy UNESCO, od jesieni 2016 r. poseł na Sejm Litwy.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Arūnas Gelūnas urodził się w 1968 r. w Kownie, jego rodzina pochodzi z okolic Wiłkomierza. W latach 1988–1994 kształcił się w katedrze grafiki Wileńskiej Akademii Sztuk Pięknych, studiował także w katedrze malarstwa japońskiego w Tokijskim Uniwersytecie Sztuki. W 2001 r. obronił pracę doktorską na Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie poświęconą filozofii Kitarō Nishidy i Maurice’a Merleau-Ponty’ego. Od 1997 r. pracował w kowieńskiej filii Wileńskiej Akademii Sztuk Pięknych jako wykładowca grafiki, następnie był profesorem wizytującym w centrum orientalistyki Uniwersytetu Wileńskiego. W 2004 r. został prorektorem Wileńskiej Akademii Sztuk Pięknych ds. studiów. W 2010 r. z nominacji Partii Wskrzeszenia Narodowego został ministrem kultury w rządzie Andriusa Kubiliusa, na tym stanowisku pozostał do jesieni 2012 r. Później przez cztery lata był ambasadorem Litwy przy UNESCO. W 2016 r. został wybrany posłem na Sejm z listy Ruchu Liberałów. Obecnie stoi na czele parlamentarnej grupy litewsko-francuskiej. Jest grafikiem i malarzem, jego prace były prezentowane w kilkudziesięciu wystawach indywidualnych i zbiorowych na Litwie oraz za granicą. Jest również autorem publikacji poświęconych sztuce i filozofii. Należy do European Association for Japanese Studies, posługuje się językiem japońskim. Jest ambasadorem projektu Kowno – Europejska Stolica Kultury 2022.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Naszą rozmowę chciałbym zacząć od Kowna jako europejskiej stolicy kultury w 2022 roku. Kowno wygrało rywalizację z innymi miastami, w tym Kłajpedą. Pan jest ambasadorem tego projektu. Czego możemy od niego oczekiwać?

Arūnas Gelūnas: To projekt bardzo ważny dla mnie emocjonalnie, bo sam pochodzę z Kowna. Znam bardzo dobrze miasto i jego życie kulturalne, przez lata byłem związany z kowieńskim życiem akademickim. Jako minister współpracowałem z samorządem Kowna. Znam więc mieszkańców miasta, jego możliwości. Sądzę, że drużyna, która pracuje nad tym projektem jest bardzo entuzjastyczna i bardzo zaangażowana. Mój mistrz prof. Leonidas Donskis, także pracował na rzecz projektu, niestety zmarł dwa lata temu. Problemem jest niestety nasze złe doświadczenie z europejską stolicą kultury. Wilno było nią w 2009 r., miało wiele fantastycznych projektów, które później albo trzeba było przyciąć, albo wyrzucić do kosza, bo przyszedł kryzys gospodarczy. Skądinąd wtedy ideę Wilna jako stolicy kultury bardzo dyskredytowały media prokremlowskie, starając się przedstawić ją jako zupełną klapę. Dla wielu mieszkańców Litwy kulturalna stolica to z jednej strony klęska, z drugiej strony wiele pieniędzy, które rzekomo zmarnowano. Ostatecznie sądy stwierdziły, że wszystko odbywało się zgodnie z prawem, fama jednak pozostała. Mam informację, że tym razem wszystko powinno wyjść lepiej, że nie będzie to tylko projekt elitarny, dla wąskiej grupy mieszkańców Litwy, ale będzie w pełni otwarty, inkluzyjny, przyciągnie szersze grono.

Przeczytaj także:  Zmarł litewski filozof i eseista prof. Leonidas Donskis

Co ma Pan na myśli mówiąc inkluzyjny?

Chodzi mi z jednej strony o włączenie do niego zwyczajnych ludzi na ulicy, ale także organizacji pozarządowych, instytucji kulturalnych, różnych grup wiekowych, a także centrów kultury i mieszkańców nie tylko z centrum Kowna, ale także z jego dzielnic peryferyjnych. To nie będzie tylko kultura dla uprzywilejowanych, dla wybranych, mieszkających w centrum miasta.

Jak by Pan chciał pokazać Kowno nie tylko mieszkańcom Litwy, którzy je znają, ale także tym, którzy przyjadą z zagranicy?

Jeśli mówimy Kowno, to myślimy o przedwojennej stolicy państwa, którą zbudowano od zera. Gdy w 1919 r. przenoszono stolicę z Wilna do Kowna, to drugie miasto było prowincjonalnym ośrodkiem Rosji carskiej, stolicą guberni w Kraju Północno-Zachodnim. Gdy dziennikarze z Europy Zachodniej przyjeżdżali do Kowna, łapali się za głowę: „naprawdę chcecie urządzić tutaj swoją stolicę?”. Ale później stał się cud i doszło do eksplozji. Eksplozji pomysłów, architektów, wizji miasta, które stało się wizytówką modernizmu. Kowno stało się stolicą sztuki, edukacji, bo założono tu Uniwersytet Litewski, późniejszy Uniwersytet Witolda Wielkiego. Ale była to także stolica gospodarcza z kooperatywami spożywczymi, mięsnymi czy mleczarskimi, a także z lotniskiem dla tej części Europy. Myślę, że do tej przedwojennej kreatywności, do tego „szaleństwa modernizmu” możemy odwoływać się w projekcie Kowno 2022. To jest wielka inspiracja. Mam na sobie koszulkę, która mówi o Kownie: from temporary capital to contemporary capital. A więc jest tu bezpośrednie nawiązanie do tego, co się działo tutaj przed wojną, a co także teraz może wydawać się nowoczesne, inspirujące, młodzieńcze czy po prostu cool.

Obecnie Kowno jest jednym z najbardziej litewskich miast Litwy, prawie wszyscy mieszkańcy są Litwinami. Ale do 1940 r. istniała tu silna społeczność żydowska, polska, rosyjska czy niemiecka. Czy chcieliby Państwo pokazać Kowno jako miasto multi-kulti?

Bardzo wielu partnerów tego projektu będzie pochodzić z zagranicy. Przyniosą ze sobą różne doświadczenia. Chcemy nawiązywać do wielonarodowościowego Kowna sprzed wojny, ale musimy także myśleć o teraźniejszości. A obecnie miasto jest miastem akademickim. Do czasu reformy było tutaj dziewięć uniwersytetów. Co najmniej trzy z nich na pewno pozostaną, a więc Uniwersytet Witolda Wielkiego, Uniwersytet Technologiczny oraz Medyczny, który przyciąga studentów nie tylko z Europy, ale także Afryki i Azji. A więc dzięki swojej akademickości Kowno już teraz coraz bardziej otwiera się na inne kultury. Ale na tym nie możemy poprzestać. Litwa jest krajem z najmniejszą liczbą zagranicznych obywateli żyjących tutaj. A my nie możemy się bać, mieć lęków, bo naprawdę nie ma żadnego zagrożenia dla naszej kultury, tożsamości czy języka. W tym wszystkim może pomóc idea Kowna jako stolicy kulturalnej. Bo wciąż nie jest ono miastem znanym międzynarodowo.

W naszej wcześniejszej rozmowie wspomnieliśmy cztery obiekty na Litwie, którą są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, wśród nich wileńska starówka, Mierzeja Kurońska, Kiernów, południk Struvego. Wiem, że pewne szanse, by znaleźć się na tej liście ma także Kowno ze swoim modernizmem. Pan był ambasadorem przy UNESCO, czy może Pan opowiedzieć naszym czytelnikom, jak wygląda ta sprawa?

To trudne zadanie. Kiedy byłem ambasadorem przy UNESCO rozmawiałem z dyplomatami i oni mi mówili: „czego chcesz, cztery obiekty dla takiego kraju jak Litwa to całkiem sporo”. Mieliśmy także trudną historię, parę okupacji w XX wieku, które sprawiły, że wiele wyposażeń wnętrz, wiele archiwów zostało zniszczonych. Okradziono i zdewastowano także rezydencje polsko-litewskiej szlachty czy arystokratów niemieckiego, francuskiego pochodzenia. Ta część historii wciąż musi zostać odnowiona. A co do Kowna, to początkowo było trudno, ale im bardziej zaczęliśmy się w to wszystko zagłębiać, odkrywać wspaniałe budowle z okresu międzywojennego, tym więcej ludzi zaczęło się fascynować wpisaniem Kowna na listę UNESCO. Na razie w 2014 r. dostaliśmy od Unii Europejskiej European Heritage Label, która mówi, że w skali europejskiej modernizm kowieński ma swoje znaczenie. Teraz chcemy się posunąć dalej. Jeśli poszuka Pan w internecie Kowna i jego modernizmu, to zobaczy Pan, że w 2017 r. zostaliśmy już wpisani na wstępną listę UNESCO. Rozmawiałem z przedstawicielami z Wielkiej Brytanii i Libanu, powiedzieli, że szanse są bardzo duże. Bo za tym stoją nie tylko same budynki w Kownie, ale także historie ich i ich architektów. Młody naród wierząc w swoją przyszłość zbudował sobie nową stolicę, dokonał cudu. To fascynująca historia, która niestety skończyła się w 1940 r. trzema okupacjami i zagładą kowieńskich Żydów.

Właśnie, jaki był udział mniejszości narodowych w budowie modernistycznego Kowna?

Jako wykładowca nauczałem o historii kowieńskiego modernizmu i wpływie Litwaków na ten kierunek. Mój referat na ten temat został nawet już zaakceptowany na krakowską konferencję o żydowskim dziedzictwie w tej części Europy, która odbędzie się w tym roku. Niektórzy zachęcają mnie nawet, bym zrobił z tego książkę. Zresztą, gdy budowano przedwojenną stolicę, w Kownie byli nie tylko Żydzi, ale także Rosjanie, którzy uciekli przed rewolucją bolszewicką tacy jak Władimir Dubieniecki, który studiował architekturę w Petersburgu, czy Lew Karsawin, wykładowca Uniwersytetu Witolda Wielkiego. Oni tutaj rozkwitali. Pierwszy z nich budował wspaniałe gmachy takie jak Muzeum Witolda Wielkiego, kinoteatr „Metropoliten”, Kowieńską Szkołę Sztuki czy Muzeum Čiurlionisa, drugi był filozofem religii, historykiem średniowiecza i poetą. Z kolei Żydzi kowieńscy byli ważną częścią życia politycznego, społecznego czy kulturalnego. To był złoty okres dla społeczności żydowskiej, mieli tutaj swoje biznesy mleczne czy tekstylne, byli częścią rady miejskiej czy parlamentu.

Z kolei w okresie sowieckim Kowno podupadło.

Nazywane było wtedy „burżuazyjną stolicą” ze wszystkim złem, które się z tym wiązało. Nikt nie badał tego naukowo, historię o przedwojennym sukcesie przemilczano, marginalizowano. Zaczęto to dopiero badać w latach dziewięćdziesiątych. A ja wyrastałem wśród tych budynków i niewiele o nich wiedziałem. Kowno zresztą w ogóle było na cenzurowanym, jeśli weźmiemy np. historię samospalenia Romasa Kalanty na lokalnej alei Wolności, która była centralną aleją przedwojennego Kowna. Miasto przesiane było kagiebistami. Także w mojej szkole byli ludzie z KGB, o których się wiedziało. Kowno miało status miasta burżuazyjnego, nacjonalistycznego i dysydenckiego, nie tylko z powodu Kalanty, ale także zespołów muzycznych czy lokalnego, bardzo dobrego teatru. Trzeba oczywiście także wspomnieć o kościele katolickim i jego kronice, największym dysydenckim wydawnictwie. To było trudne miasto dla Sowietów.

Porozmawiajmy o Pana udziale w rządzie Andriusa Kubiliusa. Przez dwa lata był Pan ministrem kultury w jego gabinecie. W tym okresie miały miejsce różne wydarzenia, wśród nich stulecie Czesława Miłosza w 2011 roku, wtedy otwarto chociażby centrum w Krasnogrudzie. W Wilnie powstała zaś Biblioteka Żydowska…

Na pewno dopisałbym do tego także utworzenie Rady Kulturalnej na Litwie, która wzorowana była na Wielkiej Brytanii i Skandynawii. To kosztowało nas wiele energii, ale było sukcesem. Teraz pieniędzy nie mógł rozdzielać tylko urzędnik, ale pojawili się eksperci. Zlikwidowano finansowanie czegoś tylko dlatego, że “kolega zadzwonił”. Politycy przestali wpływać na kulturę. Jako minister zrobiłem, co mogłem. Miałem background akademicki i kulturalny, a więc swego rodzaju know how. Byłem nominowany przez Partię Wskrzeszenia Narodowego, która szybko przestała istnieć, gromadziła jednak ludzi związanych z kulturą popularną. Ja jednak nie byłem politykiem, musiałem się nauczyć tych wszystkich sztuczek politycznych. Muszę powiedzieć, że miałem w rządzie dużą autonomię, udało mi się zgromadzić wokół siebie zespół, który nie był upolityczniony, a premier Kubilius był człowiekiem całkiem liberalnym i dawał mi wolną rękę. Mogliśmy jako ministrowie sami planować budżet swoich resortów, co było dużą nowością. Wcześniej budżety projektowali urzędnicy rządowi, dając je ministrowi tylko do podpisu. Niestety na ten okres nałożył się kryzys gospodarczy na Litwie i z wielu rzeczy musieliśmy zrezygnować. Pojawiły się cięcia i musieliśmy koncentrować się na projektach, które nie wymagały wielkiego finansowania.

Ma Pan jakąś personalną listę trzech największych sukcesów jako minister?

W trakcie mojej kadencji stworzono trzy instytucje. O Radzie Kulturalnej już wspomniałem. Niestety za mojej kadencji prezydent podpisała tylko odpowiednią ustawę, fizycznie tę instytucję otworzył już Šarūnas Birutis, minister w rządzie Algirdasa Butkevičiusa. Kolejna rzecz, która mi się udała to Narodowe Centrum Kina, dla którego znaleźliśmy nawet siedzibę i które teraz ma duże sukcesy. W trakcie mojej kadencji powstała także Biblioteka Żydowska, mała instytucja, ale bardzo ważna dla życia kulturalnego w Wilnie. Udawało mi się także wiele innych rzeczy, wyjaśnianie znaczenia kultury dla Litwy. Wydaje mi się, że jako filozof miałem  lingwistyczne kompetencje, by to robić. Z kolei mój background artystyczny także pomagał. Już po ukończeniu kadencji wiele osób mówiło mi, że byłem dobrym ambasadorem kultury na Litwie.

W czasach rządu Andriusa Kubiliusa mieliśmy kryzys w relacjach polsko-litewskich, ale nie wpłynęło to na kulturę.

Do dziś mam medal, który dostałem od ministra Bogdana Zdrojewskiego za zasługi na rzecz kultury polskiej. To wydarzyło się dzięki aktywnej współpracy Ministerstwa Kultury z Instytutem Kultury Polskiej w Wilnie z racji roku Czesława Miłosza. Także później współpraca się układała. Polska kultura jest bowiem bardzo ważna i inspirująca dla Litwy. Wartości europejskie przychodziły na Litwę z Polski. W XIX wieku wielu litewskich inteligentów studiowało nie tylko w Sankt Petersburgu czy Moskwie, ale także w Warszawie czy Krakowie.

Najlepszym przykładem jest autor hymnu litewskiego Vincas Kudirka.

Chociażby, ale podobnie Čiurlionis, który mówił po polski i bardzo późno zaczął uczyć się litewskiego. Współpraca między Polską a Litwą układa się dobrze w sferze kultury. Nie jestem neurotyczny, ale myślę, że największą bolączką Kremla jest fakt, że Warszawie i Wilnu może się udać zbudować dobre relacje. Rzeczpospolita Obojga Narodów była bowiem jedyną siłą, która mogła powstrzymać ekspansję Rosji na Europę. Na razie Rosja stara się pokazać jak bardzo Polska jest niebezpieczna dla litewskiej tożsamości czy języka, że znowu odzyska Wilno. Albo, że zażąda wprowadzenia literki „w” do alfabetu, o której nacjonaliści nie wspominają, że jest także literą francuską, holenderską czy brytyjską. To są oczywiście mity, ale za ich pomocą można bardzo dobrze manipulować ludźmi. Zresztą te mity funkcjonują po obu stronach, zarówno litewskiej, jak i polskiej.

Przeczytaj także:  Mikalojus Konstantinas Čiurlionis. Litewski modernista, którego wstydzą się Marki
Przeczytaj także:  Tabliczka z ulicą Čiurlionisa, czyli co zostało po wielkim twórcy w Markach

Przez cztery lata miał Pan przerwę od polityki, bo został Pan ambasadorem Litwy przy UNESCO w Paryżu. Jak widziana jest Litwa we Francji, czy jest jakieś francuskie wyobrażenie o Litwie?

Powiedziałbym, że Litwa wciąż jest mało znana w Paryżu. Ludzie pamiętają zabójstwo francuskiej aktorki Marie Trintignant przez francuskiego muzyka rockowego, z zespołu „Noir Désir”, Bertranda Cantata, które miało miejsce w Wilnie. We Francji ludzie o tym mówili, ale to jest raczej coś złego, z czym kojarzy się Litwę. Francuzi, którzy orientują się w historii, wiedzą, że wielu żołnierzy napoleońskich zginęło na Litwie, gdy wracali w 1812 roku z wyprawy na Moskwę. Myślę, że mamy jeszcze wiele pracy. Emmanuel Macron, którego naprawdę podziwiam, chce dodać Europie więcej energii i siły. Jako liberał go podziwiam. On miał siłę przepędzić populizm Marine Le Pen z Francji, a populizm niestety zagraża także naszej części Europy, wystarczy wspomnieć Grupę Wyszehradzką, w tym Polskę i Węgry. Żyjemy w bardzo dziwnych i niebezpiecznych czasach. Ja stoję na czele grupy litewsko-francuskiej w Sejmie. Myślę, że z Macronem mamy szansę wiele osiągnąć. Ostatnio nasza grupa spotkała się w parlamencie francuskim ze wspaniałym przyjęciem. To jest coś, czego w zasadzie nie było nigdy. Kraje bałtyckie nigdy nie były geopolitycznie priorytetem dla Francji, bo ma ona swój świat francuski, dawne kolonie w Afryce i Azji, natomiast z tej racji, że Macron patrzy na Europę w sposób świeży, widzi populizm w wielu krajach, to państwa bałtyckie ze swą demokracją mają szansę odgrywać w Europie większą rolę. Mamy więc renesans i okres bardzo dobrych litewsko-francuskich relacji. Wracając do kultury to mamy bardzo ciekawą wystawę trzech krajów bałtyckich w Musée d’Orsay w Paryżu, z okazji stulecia Litwy, Łotwy i Estonii, poświęconą symbolizmowi.

A jaka jest obecność kultury francuskiej na Litwie?

Francuzi mają w Wilnie wspaniałą instytucję kulturalną, która nazywa się Institut Français de Lituanie. Pokazują kino francuskie, literaturę, organizują wystawy czy naukę francuskiego. Nawet kiedy pracowałem jako wykładowca sztuki, mieliśmy z nimi kontakty. Tak więc kultura francuska jest reprezentowana, ale życzyłbym  sobie, by Litwini poświęcali jej więcej uwagi, ucząc się francuskiego jako drugiego języka. Niech to nawet będzie trzeci język. Mam syna, który nie mówi już po rosyjsku, ale mówi po angielsku, francusku i niemiecku.

Kolejna Pańska pasja to Japonia, studiował Pan w Tokio, mówi po japońsku…

Mówię na tyle, żeby porozumieć się czy porozmawiać o sprawach kultury.

Jakie znaczenie dla Litwy ma Japonia?

Tutaj powiedziałbym nie tylko o turystach czy kulturze, gdy Japończycy dawali Litwinom granty choćby na kupno instrumentów muzycznych, przyznawali stypendia, pieniądze na festiwale japońskie, ale także o sprawach obronnych. Przez lata Japonia była krajem zdemilitaryzowanym. Obecnie, mając takich sąsiadów jak Chiny i Rosja, to wszystko zaczyna się powoli zmieniać.

Macie z Japonią także związki historyczne, wystarczy wspomnieć o postaci Chiune Sugihary, wicekonsula Japonii w Kownie, który uratował bardzo wielu Żydów polskich i litewskich.

To jest jeden z niewielu przykładów w kulturze japońskiej na nieposłuszeństwo wobec władzy. On zrobił coś wbrew prawu, ale zrobił to dla ludzkości i jest do dziś podziwiany na świecie, jest najbardziej znanym obywatelem Japonii na świecie. Japonia nie ma innych postaci, które byłyby porównywalne z Sugiharą. Kiedy Sugihara przyjechał z powrotem do Tokio, był traktowany jako przestępca, jako osoba, która złamała pewne zasady. Dopiero niedawno powołano do życia Fundację Diplomats for Life, która stworzyła Dom Sugihary w Kownie. To się narodziło z inicjatywy profesora Egidijusa Aleksandravičiusa i przedsiębiorcy Ramūnasa Garbaravičiusa. Ja miałem okazję zaprojektować logo dla tego domu. Poznałem też żonę Chiune Sugihary, która miała 87 lat jak ze mną rozmawiała. Dzieliła się bardzo ciekawymi obserwacjami o Kownie. Wtedy ten projekt był czymś niszowym, ale okazało się, że ci, którzy go stworzyli byli swego rodzaju wizjonerami. Obecnie mamy bowiem tysiące Japończyków, którzy przyjeżdżają do tego miejsca, jako do celu pielgrzymek narodowych.

Przeczytaj także:  Jan Zwartendijk. Holenderski konsul w Kownie, który ratował Żydów

W 2016 r. zdecydował się Pan wrócić do polityki, został posłem na Sejm z listy Ruchu Liberałów.

Zawsze czułem się liberałem, bo pochodzę ze środowiska artystycznego, jestem indywidualistą. Jedynie Japonia trochę mnie zmieniła, zrozumiałem, jak ważna jest współpraca z innymi. Ale bycie liberałem to nie jest jedyny powód, dla którego wróciłem do polityki. Ruch Liberałów przeżył ogromny skandal korupcyjny, który w tym roku znajdzie finał w sądzie. Doszło do kryzysu reputacyjnego. Mimo, że w sprawę było zaangażowanych zaledwie parę osób, liberałowie stracili wielu wyborców. Ja dostałem propozycję kandydowania, ale zdecydowałem się dopiero po maju 2016 r., gdy wybuchł skandal. Stwierdziłem, że musimy ocalić liberalną politykę na Litwie. Zrezygnowałem więc ze swego stanowiska w UNESCO, a my w październiku 2016 r. weszliśmy do Sejmu z całkiem dobrym wynikiem.

Myśli Pan, że Ruch Liberałów przetrwa?

Gdybym potrafił odpowiedzieć na pytanie, dostałbym z pewnością Nobla. Ale to nie są nauki ścisłe. Mam tylko nadzieję, że ludzie, którzy tworzą trzon tej partii, tak czy inaczej zostaną w polityce. Niezależnie czy to będzie Ruch Liberałów czy jakaś inna partia. Mamy wielu młodych zdolnych polityków takich jak Aušrinė Armonaitė, Simonas Kairys czy Simonas Gentvilas. Oni chcą polityki, która nie opiera się tylko na zakazach, populizmie czy manewrowaniu raportami służb specjalnych. Zresztą jeśli popatrzeć na mapę Europy, to liberalizm przechodzi kryzys chyba w każdym kraju…

Przeczytaj także:  Simonas Gentvilas: Na Litwie mamy mało polityki w polityce

W Polsce idealnym przykładem jest Nowoczesna, która ma 4% poparcia w sondażach.

Ale Macron napawa jakąś nadzieją. Oni nie nazywają się wprost liberałami, ale chyba idą w tym kierunku.

Wracając do Litwy…

Myślę, że liberalna polityka przetrwa. Albo Ruch Liberałów odzyska poparcie, albo odrodzi się w jakiejś innej formie, z popiołów. Ale mówiąc szczerze: to jest naprawdę ciężki czas dla liberałów.

 

Zdjęcie tytułowe: Panorama Kowna. Zdj. Lithuania Travel.

Polub nas na Facebooku!