Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Dmitrij Sawwin: Zajęcie Krymu było antyrosyjskie

Ja z sympatią odnoszę się do Ukrainy. Ale przeciwko aneksji Krymu występowałem dlatego, że jestem rosyjskim patriotą. Nie mogłem popierać aneksji Krymu, bo uważam reżim Putina za przestępczy, za antyrosyjski. Byłoby absurdalne cieszyć się, że ten reżim rozciąga swoje panowanie na jeszcze większą liczbę Rosjan. Po traktacie ryskim w 1921 roku część Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi trafiła pod polskie panowanie. Nie jest tajemnicą, że duża część emigracji rosyjskiej uważała te tereny za rosyjskie. Polska polityka wobec Ukraińców czy Białorusinów nie była najszczęśliwsza. Problem polega jednak na tym, że gdy nastąpiła agresja sowiecka 17 września 1939 r. nikt z lokalnych Rosjan nie uważał tego za usprawiedliwione. Uważali to za wielką tragedię. I o to samo chodzi na Krymie – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim Dmitrij Sawwin, rosyjski nacjonalista, uchodźca polityczny na Łotwie, współtwórca założonej w maju 2018 r. organizacji na rzecz społeczeństwa obywatelskiego w Rosji i wspierania emigrantów AREM.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Dmitrij Sawwin urodził się w 1984 r. w Czycie w Kraju Zabajkalskim, gdzie w młodości związał się z cerkwią prawosławną, redagował jej gazetę. Z wykształcenia jest historykiem, absolwentem, a także wykładowcą Zabajkalskiego Uniwersytetu Humanistyczno-Pedagogicznego. Po przeprowadzce z Czyty pracował jako dziennikarz w Sankt Petersburgu. Napisał książkę „Превыше всего. Роман о церковной, нецерковной и антицерковной жизни” („Ponad wszystko. Powieść o życiu cerkiewnym, niecerkiewnym i antycerkiewnym”).  Publikował także na temat historii cerkwi prawosławnej na Zabajkalu w początkach Związku Sowieckiego. Był członkiem prawicowej partii „Nowa Siła”. W 2015 r. po przeszukaniu w swoim petersburskim mieszkaniu przez FSB w związku z proukraińskimi artykułami publikowanymi na kijowskim portalu „petrimazepa.com” poprosił o azyl polityczny na Łotwie, który otrzymał rok później. Mieszka w Lipawie.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Dlaczego Pan zamieszkał akurat w Lipawie?

Dmitrij Sawwin: Nie planowałem tego. Jeśli ktoś ucieka z Rosji, od reżimu putinowskiego, to rzadko planuje, że chce osiąść w tym czy innym miejscu. Nie znam emigranta, który by wyjeżdżał z myślą, że to już będzie na stałe. Każdy myśli, że to dwa czy trzy miesiące. A u mnie jest już parę lat. Ja akurat miałem kontakty na Łotwie. Jeszcze mieszkając w Petersburgu robiłem wspólne projekty z Muzeum Okupacji w Rydze. Dlatego łatwo dostałem wizę i przyjechałem na Łotwę. Nie było łatwo zostawić swoją pracę, swoje mieszkanie w Rosji. W Lipawie żyli moi przyjaciele, powiedzieli: „przyjeżdżaj”. Pobyłem tam parę miesięcy. Później wyjechałem na Bałkany, do Serbii, Bośni i Czarnogóry. Pobyłem tam, ale wkrótce znowu wróciłem do Lipawy, a w 2016 r. uzyskałem status uchodźcy politycznego.

Jak wygląda życie rosyjskie w Lipawie? W mieście co trzecia osoba ma korzenie rosyjskie…

Ale oficjalne organizacje rosyjskie są sowieckie, proputinowskie. Ja nie mam o czym z nimi rozmawiać. Najlepiej to widać, gdy zbliża się Święto Zwycięstwa 9 maja. Ludzie dostają szału. Ja jestem chrześcijaninem, jednowiercą („jednowiercy” –staroobrzędowcy popowcy, którzy powrócili do jedności z Kościołem Prawosławnym, zachowując jednak stary obrządek sprzed reformy Nikona – przyp. red.), i dla mnie najważniejsze święto to Wielkanoc. A swego rodzaju „sowiecką Wielkanocą” w Lipawie stała się właśnie data 9 maja. Zresztą to nie jest tylko problem Lipawy, ale także Rygi. W ogóle całej Łotwy.

Przeczytaj także:  8 i 9 maja na Łotwie: zwycięstwo nadal dzieli

Porozmawiamy jeszcze o Dniu Zwycięstwa. Chciałbym zapytać o organizację AREM, o bardzo długiej nazwie, jak ją określiła prawicowa „Latvijas Avīze”, „organizacja lojalnych Rosjan”, która została niedawno zarejestrowana na Łotwie…

Dokładnie 28 maja. Oficjalnie organizacja jest zarejestrowana w Lipawie i nazywa się Stowarzyszenie na rzecz Wspierania Rosyjskiego Społeczeństwa Obywatelskiego i Rosyjskich Emigrantów. Pierwsza nasza akcja nastąpiła jednak przed rejestracją, kiedy mieliśmy w Sejmie wystąpienie o więźniach politycznych w Federacji Rosyjskiej. Jesteśmy inicjatywą niewielkiej grupy ludzi, nie mamy żadnych „możnych” czy sponsorów, którzy by nas wspierali. Założyliśmy, że chcemy być małym stowarzyszeniem otwartym na konkretne projekty. Stawiamy na „jakość”, nie na „ilość”. Bardziej cenne jest dla nas, gdy przyjdzie do nas jeden człowiek, żeby pracować niż dziesięciu, którzy przyjdą sobie pogadać. Naszym celem jest pokazanie, że jest alternatywa wobec putinizmu. Chcemy połączyć ze sobą dwie grupy funkcjonujące na Łotwie…

Właśnie, do jakiej części ludności rosyjskojęzycznej na Łotwie chcecie docierać?

Na Łotwie istnieje duża społeczność rosyjska czy rosyjskojęzyczna, która w trakcie trzydziestu lat niepodległości była wystawiona na żer propagandy kremlowskiej. Byli konsumentami różnego rodzaju mediów z Federacji Rosyjskiej. Żadnej odpowiedzi na Łotwie na tę propagandę nie było. I muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o mentalność czy światopogląd duża część mieszkających na Łotwie Rosjan można nazwać nie „Rosjanami”, a „Sowietami”. Z drugiej strony istnieje tutaj inteligencja rosyjska, która ma stanowisko antyputinowskie, nie podoba im się ten reżim neosowiecki, który istnieje w Moskwie, to inteligencja, która wspiera niepodległość Łotwy, choć może sceptycznie odnosić się do poszczególnych jej władz. Problem polega na tym, że ci ludzie pozostają niezauważeni.

Bo jest ich mało.

Owszem, ich może być mało, ale jednak istnieją. Ponadto na Łotwie mieszkają liczni imigranci z Federacji Rosyjskiej, którzy przyjechali w czasach Putina. Oni przyjechali bo mogli łatwiej uzyskać wizę, albo nabywali jakieś nieruchomości na Łotwie. Przyjechały także osoby z powodów politycznych, na przykład ja. W 2016 r. przyznano mi na Łotwie status uchodźcy politycznego w związku z moją publicystyką antywojenną, wymierzoną przeciwko temu, co się dzieje na Ukrainie. W Federacji Rosyjskiej nie mogłem dłużej żyć ze względu na prześladowania ze strony FSB czy policji. Tak więc istnieją na Łotwie te dwie społeczności, miejscowi antyputiniści i emigranci z Rosji i do tego czasu nie miały ze sobą zbytniego kontaktu. AREM ma na celu temu zaradzić.

Jakie są główne cele waszej organizacji?

Przede wszystkim jest cel informacyjny. Chcemy informować społeczeństwo łotewskie i władze Łotwy o tym, co naprawdę się dzieje w Rosji. Bo tej jakościowej informacji jest naprawdę niewiele. Dominuje propaganda albo artykuły zaangażowane politycznie. Niewiele jest informacji w mediach łotewskojęzycznych, o tym co ma miejsce w Rosji, podobnie jak w prasie rosyjskiej w Federacji raczej nie ujrzymy sensownych informacji o Łotwie. Tak więc chcemy informować łotewskie media, łotewskie społeczeństwo czy władze o tym, co jest w Rosji. Jednak nasz cel informacyjny odnosi się także do społeczności rosyjskiej na Łotwie.

Drugi cel naszej działalności to kwestie konsultacyjne i związane z ochroną praw człowieka. Kiedy zakładaliśmy AREM, to myśleliśmy przede wszystkim o historycznym przykładzie Biura ds. Rosyjskich, które funkcjonowało w Chinach wtedy, kiedy te nie uznawały jeszcze Rosji Sowieckiej. Oni zajmowali się wtedy działalnością konsultacyjną, konsularną, bo nie mogły robić tego oficjalnie działające placówki sowieckie, których tam po prostu nie było. Później kiedy Chiny uznały Związek Sowiecki, to wtedy ta instytucja została pozbawiona praw konsularnych i została przekształcona w „białe poselstwo” w Szanghaju.  To był organ, który służył kontaktowi władz chińskich z „białą diasporą rosyjską” funkcjonującą w Chinach.

Jakie ten historyczny przykład ma przełożenie na sytuację dzisiejszą?

Dziś sytuacja jest podobna, bo rosyjska emigracja nie ma żadnych przedstawicielstw na Łotwie. Nie jest tym przedstawicielstwem ambasada rosyjska, która wspiera przestępczy, głównie wobec Rosjan, reżim funkcjonujący w Federacji Rosyjskiej. Oni chcą zniszczyć niezależne centra rosyjskie, które funkcjonują poza granicami Rosji. To nie może być zatem nasze przedstawicielstwo. Chcemy, by właśnie AREM stał się pierwszym krokiem do budowy takiego „białego konsulatu”, który będzie reprezentował antysowiecko nastawionych Rosjan i lokalną społeczność rosyjską.

Obecnie władze łotewskie mają kłopot. Niewiele wiedzą o tym, co się dzieje w Federacji Rosyjskiej. Mogą tu przyjeżdżać różne osoby, które będą agentami reżimu Władimira Putina albo osoby, które w Federacji Rosyjskiej prowadziły działalność przestępczą. Bo władze w Rydze nie wiedzą, kto jest kim. Takiej pomocy przy sprawdzeniu tych osób mógłby udzielać AREM. My wiemy, kto jest kim w opozycji rosyjskiej, komu można zaufać, a komu nie. Bo są takie sytuacje, że niektórzy z Rosji są w stanie pozwolić sobie, by de facto kupić pozwolenie na pobyt na Łotwie, zaś ci, który rzeczywiście są prześladowani przez władze rosyjskie, nie mają nawet na adwokata.

Waszym zadaniem jest oddzielenie tego, co „sowieckie”, od tego co „rosyjskie”.

My dajemy ludziom „trzeci wybór”. Dotychczas Rosjanie na Łotwie mogli zostać albo „Europejczykami” albo „Łotyszami”. Albo mogli być patriotami „sowieckiej ojczyzny”. My jesteśmy za tym, by ludzie mogli się rozwijać jako zwyczajni Rosjanie. Dotychczas wszyscy stawiali znak równości między Rosjanami a Sowietami, robi to także neosowiecki reżim Putina. My chcemy pokazać, że system sowiecki był w istocie antyrosyjski. Mówimy oficjalnie o tym, że to był reżim totalitarny, który nienawidził swoich obywateli. My potępiamy również okupację sowiecką Łotwy w 1940 r. Staramy się także pamiętać o różnych ważnych datach historycznych. Na przykład w tym roku 5 września obchodzimy setną rocznicę dekretu o czerwonym terrorze, od którego rozpoczęło się oficjalnie sowieckie ludobójstwo. O tym powinni pamiętać zarówno Łotysze, jak i Rosjanie. Ci ostatni może nie są doskonali, ale mają tysiącletnią tradycję państwowości. Mamy być z czego dumni. Niestety po 1918 r. doszło w Rosji do tragedii, do budowy systemu antyrosyjskiego.

W waszej organizacji są Łotysze?

Oczywiście. My pracujemy z miejscowymi Rosjanami, jak i Łotyszami. Jak już mówiłem, chodzi o to, by stworzyć bazę dla komunikacji między dwoma społecznościami. Obecność Łotyszy jest zatem oczywista, a my z niej się cieszymy. Swoją drogą najbardziej popierają nas Łotysze z Łatgalii. Z jednej strony oni są lojalni wobec państwa łotewskiego, z drugiej strony znają mentalność Rosjan i rozumieją nasze problemy. Na przykład założycielem grupy roboczej w Sejmie, która nas wspiera był poseł z Łatgalii Juris Viļums. Z jednej strony jest patriotą Łotwy, z drugiej strony wspiera nas i nasze projekty, bo rozumie Rosjan.

Przeczytaj także:  Juris Viļums: Łotwa nie prowadzi polityki regionalnej

Będziecie działać jako AREM jedynie w Rydze czy także w innych regionach Łotwy?

Bardzo duża nasza komórka jest już w Lipawie, gdzie mieszkam. Chcemy się także otworzyć na inne regiony, w tym na wspomnianą Łatgalię. Wiem, że to także dla Polaków region, do którego odnosicie się nieobojętnie. A Dyneburg jest rosyjskojęzycznym miastem ze swoimi rosyjskimi tradycjami. Zresztą cała Łatgalia ma związki z Rosją, bo przecież tam osiedli staroobrzędowcy, którzy uciekali ze swojego kraju przed prześladowaniami. To jest namacalna część historycznych związków rosyjsko-łotewskich.

Na Łotwie jest społeczność rosyjska, która ma tutaj przedwojenne korzenie…

Wśród której ludzie zwracają się do siebie po imieniu, bo bardzo dobrze się znają. Po 1940 r. ci ludzie zostali poddani prześladowaniom ze strony NKWD. Zaczął się masowy terror. Niedługo będziemy mieli rocznicę wywózek z 1941 r. (wywiad był nagrywany w czerwcu 2018 r. – przyp. red.). Od swoich łotewskich kolegów zawsze słyszę: pamiętajcie o tym, że to nie była tylko nasza tragedia, wywożono także Rosjan, Żydów, Polaków. AREM podkreśla, że Rosjanie ucierpieli od systemu sowieckiego nie mniej niż Łotysze. To nasza wspólna tragedia, nasz wspólny ból.

Przeczytaj także:  Sowieckie deportacje w czerwcu 1941 roku

Kto finansuje waszą organizację?

W Rosji jest już dużo fake’u na ten temat. Można przeczytać mnóstwo oszczerstw na nasz temat, także na Sputniku. Pisano, że finansuje nas Departament Bezpieczeństwa USA. Później, że łotewskie Biuro Ochrony Konstytucji (śmiech).

Co to znaczy być antysowieckim Rosjaninem na współczesnej Łotwie? Czy to wierność tradycji, prawosławiu, posiadanie korzeni tutaj, a nie w Związku Sowieckim?

W 1917 r., gdy wybuchła rewolucja październikowa, Rosjanie mieli już swoją tożsamość, opartą głównie na religii. My nie jesteśmy klerykałami i u nas są także ateiści. Ale prawosławie to część rosyjskiej tożsamości, podobnie jak rosyjska literatura. Skądinąd uważam, ze Rosjanie są narodem europejskim, a mówienie o jakimś kierunku euroazjatyckim to kompletna bzdura. Nawet tak źle oceniany przez Polaków Iwan Groźny był Europejczykiem. Jeśli spojrzymy na to jak rozwijała się wspólnota staroobrzędowców, jak powstawały różne instytucje na Rusi Moskiewskiej, to to jest część Europy Wschodniej. My chcemy także być uznawani przez Europę za Europejczyków. Mogę Pana zapewnić jako osoba urodzona w mieście Czyta, na Zabajkalu, niedaleko chińskiej granicy, że Rosjanin jest bliższy Portugalczykowi, Hiszpanowi, Polakowi czy Łotyszowi niż swojemu sąsiadowi zza miedzy.

Jakie postaci wśród Rosjan łotewskich są ważne dla tożsamości waszego ruchu?

Trudno powiedzieć, bo w AREM biorą udział ludzie o różnych poglądach. Są liberałowie, konserwatyści tacy jak ja, ludzie mniej lub bardziej religijni. Dlatego wziąć na sztandar jedną postać historyczną byłoby niemożliwe. Dla mnie osobiście bardzo ważna jest staroobrzędowość.

Nie ma Pan korzeni na Łotwie?

Nie, nie mam, po prostu przyjechałem jako emigrant. Ale nawet w mojej rodzinnej miejscowości są ciekawostki związane z Łotwą. Na przykład generał Rūdolfs Bangerskis, postać ważna dla Łotyszy, był ostatnim komendantem Białej Armii w miejscowości Czyta, gdzie się urodziłem (w czasie II wojny światowej Bangerskis, wcześniej minister obrony Łotwy, był także inspektorem generalnym Legionu Łotewskiego SS – przyp. red.). Ciekawa jest także historia pochodzącego z Inflant barona von Ungerna-Sternberga. Ja jednak po opuszczeniu Zabajkala byłem bardziej związany z Petersburgiem, gdzie prowadziłem działalność opozycyjną, publicystyczną, która przywiodła mnie ostatecznie na Łotwę.

W Lipawie bada Pan związki miasta z Rosją?

Robiliśmy na ten temat projekty, m.in. w ramach lokalnej telewizji. Lipawa to port imperatora Aleksandra III. Z drugiej strony miasto, gdzie sporo kupców rosyjskich do 1918 r. postawiło swoje domy. Nawet dziś chodzimy po Lipawie i wskazujemy sobie palcem domu w stylu petersburskiego modernizmu. Ale prawdziwe związki z Rosją miało kurlandzkie miasto Grobiņa.

Pan negatywnie odnowi się do 9 maja? Nie przypina Pan wstążeczki georgijewskiej?

Przede wszystkim nie nazwałbym jej wstążeczką georgijewską, bo ta ostatnia inaczej wyglądała. Nigdy w Rosji jej nie nosiłem. Zresztą, nie jestem kawalerem Orderu Św. Jerzego, by ją nosić. Co do wojny z lat 1941-1945, to myślę, że nie powinniśmy się chować za frazami „zwyciężył naród” czy „zwyciężył nasz kraj”. Zwyciężył konkretny reżim polityczny. 9 maja to zwycięstwo Stalina, sowieckiego totalitaryzmu. Zresztą mało Rosjan chciało walczyć po stronie sowieckiej, oddawali się masowo w niewolę w 1941 r. Dopiero przestępstwa nazistowskie sprawiły, że wygrała strona sowiecka. Wie Pan, dlaczego tak długo broniła się twierdza brzeska? Bo to były wojska NWKD. Najbardziej lojalne wobec Stalina. A reszta Rosjan? Cały milion Rosjan wojował po stronie niemieckiej. Nie z miłości do Hitlera. Oni wcześniej walczyli przecież z Niemcami w czasach I wojny światowej. I nie robili tego jak teraz, na Facebooku. Oni byli germanofobami tak jak Łotysze do 1940 r. I nagle ci germanofobi walczyli po stronie Hitlera.

Gdyby obchody 9 maja wyglądały inaczej, koncentrowały się na tych ludziach, którzy zginęli w tej wojnie. Były związane z nabożeństwami w cerkwi czy odwiedzeniem kombatantów byłoby inaczej. Ale jeśli ktoś wychodzi i macha czerwoną flagą, to on po prostu świętuje zwycięstwo stalinizmu. A my nie jesteśmy za tym, by 9 maja zamieniał się w święto neosowieckiego rewanżyzmu. Obecnie kult „wielkiej wojny ojczyźnianej” jest wykorzystywany przez Kreml dla ideologicznej resowietyzacji.

A niech Pan powie dlaczego zdecydował się wspierać Ukrainę po aneksji Krymu i wojny w Donbasie?

Ja z sympatią odnoszę się do Ukrainy. Ale przeciwko aneksji Krymu występowałem dlatego, że jestem rosyjskim patriotą. Nie mogłem popierać aneksji Krymu, bo uważam reżim Putina za przestępczy, za antyrosyjski. Byłoby absurdalne cieszyć się, że ten reżim rozciąga swoje panowanie na jeszcze większą liczbę Rosjan. Nawiązując do historii. Po traktacie ryskim w 1921 roku duża część Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi trafiła pod polskie panowanie. Nie jest tajemnicą, że duża część emigracji rosyjskiej uważała te tereny za rosyjskie. Polska polityka wobec Ukraińców czy Białorusinów nie była najszczęśliwsza. Polacy uważają Piłsudskiego za bohatera narodowego i ja mogę to rozumieć, ale Rosjanie mają inny do tego stosunek. Problem polega jednak na tym, że gdy nastąpiła agresja sowiecka 17 września 1939 r. nikt z lokalnych Rosjan nie uważał tego za usprawiedliwione. Rosjanie nie mówili o tym, że teraz nastąpiło „zjednoczenie ziem rosyjskich”. Uważali to za wielką tragedię. I o to samo chodzi na Krymie. Nie sądzę, by na Półwyspie do 2014 r. Rosjanie byli do tego stopnia zagrożeni jak Ukraińcy czy Białorusini w przedwojennej Polsce. Propaganda putinowska mówi, że miały być zaplanowane jakieś czystki etniczne. Ale ich nie było. Ja odwiedzałem Krym i niczego takiego nie było. Owszem, gdyby doszło do masowych mordów, czystek, pierwszy byłbym za tym, by nie zważając na prawo międzynarodowe, wprowadzić wojska. Ale tutaj chodziło tylko o rozszerzenie panowania przez przestępczy reżim na część Ukrainy. Ostatecznie wszystko obróci się przeciwko zwykłym Rosjanom, bo reżim Putina będzie zbierać pieniądze na broń, by atakować Ukrainę, za to w poliklinikach nie będzie lekarstw, by leczyć ludzi. W dodatku nastąpiła izolacja międzynarodowa Rosji, sankcje, podczas gdy odwrotnie, powinniśmy zbliżać, a nie oddalać się od Europy.

Uważa Pan, ze Ukraina jest częścią „ruskiego mira”?

A co to jest „ruski mir”? Początkowo to było pojęcie typowo religijne, utworzone przez patriarchę Cyryla. Chodziło o to, że Ukraina, Białoruś czy Kazachstan znajdują się na kanonicznym terenie Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Chociaż to są inne narody. Pojęcie początkowo wyglądało niewinne, później zaś stało się alibi dla różnych międzynarodowych posunięć Kremla, że budujemy sojusz z Kazachstanem czy Białorusią. Problem w tym, że Putin bardzo chce stworzyć imperium. A dla budowy imperium potrzebna jest jakaś uniwersalna idea. Związek Sowiecki miał marksizm-leninizm. Imperium Rzymskie chrześcijaństwo. Rzeczpospolita ekspansję katolicyzmu na tereny ruskie. Putin tej idei nie ma. On cały czas coś imituje. I bardzo użyteczny okazał się dla niego konstrukt „ruskiego miru”. Choć nikt nie jest w stanie powiedzieć, co tam się znajduje poza „georgijewską lentoczką”.

Może „ruskim mirem” mógłby być urodzony w Kijowie Michaił Bułhakow czy znany konstruktor Igor Sikorski, który nie uważał siebie za Ukraińca. Albo Fiodor Dostojewski, w ogóle cała bogata literatura rosyjska. Nasze miasta, ich specyficzna architektura od Władywostoku do Rygi. Ale o tym w Rosji nikt nie mówi. Przypina się wstążeczkę.

Jeśli chodzi o Ukrainę…

… możemy się kłócić o jej genezę. To zawsze było terytorium pograniczne. Terytorium sporu między Rzeczpospolitą a Rusią Moskiewską. Zastanawiano się czy to ma być „Małopolska” czy „Małorosja”. Ale obecnie naród ukraiński istnieje. Tak samo jak istnieje państwo ukraińskie złożone z parudziesięciu milionów Ukraińców. Zaprzeczanie temu jest głupotą. Mogę nie zgadzać się z poglądami takich Ukraińców jak Mychajło Hruszewski (ukraiński historyk i polityk, przewodniczący Ukraińskiej Centralnej Rady w latach 1917-1918 – przyp. red.) , ale Ukraina istnieje.

W przypadku Białorusi też Pan wierzy, że to jest odrębny naród?

Myślę, że tak. Nawet taki polityk jak Aleksandr Łukaszenko, który był uległy wobec Rosji, w ostateczności zmuszony jest do konfrontacji. Zresztą nie ma sensu teraz dyskutować, czy ktoś jest narodem czy nie. Jestem za integracją europejską. Ona może i powinna być na różnych poziomach, na przykład wschodnioeuropejskim, co obejmowałoby Ukrainę i Białoruś. Rosja powinna być jej częścią. Myślę, że gdybyśmy poszli z integracją europejską na wyższy poziom, to dla ludzi o wiele ważniejsze, czy istnieje kultura białoruska, byłoby to, że mogą podróżować bez granic i sami wybierać miejsce zamieszkania. Czy to będzie Władywostok, czy Petersburg, czy Kijów czy Ryga.

Powiedział Pan, że jest człowiekiem o prawicowych poglądach, konserwatystą, nacjonalistą…

Pojęcie nacjonalizmu na Łotwie i w Rosji różni się. Na Łotwie właściwie wszystkie partie poza „Zgodą” można uznać za nacjonalistyczne. To w sumie jest normalne i pozytywne. Jeśli zaś chodzi o współczesną Federację Rosyjską, to nie jest to Rosja, a jakiś spadkobierca Związku Sowieckiego. Putin próbuje z Rosjan zrobić nowy naród, postsowiecki, na bazie wstążeczki georgijewskiej, 9 maja, swojej polityki międzynarodowej. Obecnie Rosjanie są chyba najbardziej „zdenacjonalizowanym” narodem. Niech Pan spyta młodych Rosjan, czy znają jakąś narodową pieśń rosyjską czy taniec. Niech Pan poszuka kogoś w Rydze, z lokalnych Rosjan, który tak jak ja nosi kosoworotkę. Zadaniem rosyjskich nacjonalistów jest się przed czym bronić. Tak, ja jestem nacjonalistą, bo domagam się zachowania tradycyjnej rosyjskiej, a nie sowieckiej, tożsamości. Jestem za tym, by Rosja była państwem narodowym, nie w sensie ograniczania autonomii innych narodów żyjących w Federacji, ale w sensie obrony tożsamości rosyjskiej. To taki nacjonalizm jak w Chinach na początku XX wieku.

Wracając do ideologii…

Negatywnie odnoszę się do socjalizmu w jego odmianach, jestem zwolennikiem wolnego rynku. Uważam, ze państwo narodowe wciąż ma sens i powinno być głównym aktorem polityki międzynarodowej. To odnosi się także do Unii Europejskiej. W tym sensie muszę powiedzieć otwarcie, że obecnie wielu prawicowych młodych Rosjan z nadzieją patrzy na Polskę. To jak stawiacie się Brukseli i Moskwie, budzi podziw. Macie swoją politykę i jej bronicie. Mam nadzieję, że nie zejdziecie z tej drogi.

Skąd się wzięły Pańskie związki z Sojuszem Narodowym na Łotwie, z łotewskimi nacjonalistami?

Spotkałem kiedyś w Rydze polityka Sojuszu Narodowego, który zaproponował, że przedstawi mnie w narodowej gazecie „Latvijas avīze”. Mówiłem tam o 9 maja. Miałem także kontakty z Muzeum Okupacji z Rydze. Oczywiście nie we wszystkim muszę się zgadzać z łotewskimi narodowcami, ale jak mówią, jednomyślność jest tylko na cmentarzu.

Uważa Pan, że na Łotwie powinna być edukacja rosyjska czy wszystko powinno się odbywać po łotewsku?

Na problem należy patrzeć szerzej. Dopóki na Rosjan będzie się patrzeć na Łotwie jak na ludność sowiecką, to wciąż budzić będą grozę jako potencjalny napastnik. Pierwszym zadaniem AREM będzie rozdzielenie pojęć „rosyjski” i „sowiecki”. Rosjanie nie są zagrożeniem dla Łotwy, Sowieci owszem. Generalnie nasza pozycja jest taka, że jesteśmy za integracją, ale przeciwko asymilacji. Jeśli mieszkasz w Łotwie, powinieneś znać łotewski. Pan go zna, ja się go uczę, choć wciąż wierzę, że wrócę do Rosji. Jesteśmy za tym, by każdy absolwent znał dobrze język państwowy, ale także zachował własną tożsamość. Może najlepszym pomysłem byłoby wprowadzenie jednego typu szkoły, gdzie absolwenci znaliby perfekcyjnie trzy języki: łotewski, rosyjski i angielski.

Problem szkół na Łotwie jest spolityzowany. Ale żeby to zmienić musi istnieć jakaś platforma. Taką platformą jest AREM.

Przeczytaj także:  Reforma oświaty na Łotwie wejdzie w życie, polskie szkoły w Łatgalii i Rydze zostają

Czy rosyjski powinien być językiem regionalnym na Łotwie, np. w Łatgalii?

Wszystko jest kwestią polityzacji i każdy po 2014 r. rozumie, że pytanie o język to pytanie o politykę Rosji. Na razie zatem nie można odpowiedzieć na to pytanie. Na razie Łotwa jest jedynym krajem na świecie, gdzie chroni się język łotewski. Rosjanie muszą to zrozumieć. Z drugiej strony może kiedyś w Łotwie będzie można normalnie o tym mówić. W przyszłości, patrząc na kraje europejskie, dlaczego rosyjski nie miałby wejść do samorządów. Na razie jednak sytuacja międzynarodowa jest zupełnie inna…

 

Zdjęcie tytułowe: Kreml, Moskwa. Zdj. Pavel Kazachkov / Flickr / CC.

Polub nas na Facebooku!