Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

Jak Litwini zareagowali na Praską Wiosnę?

Dzisiejszy dzień to szczególnie bolesna data w historii Europy Środkowej i Wschodniej. Dokładnie 50 lat temu, w nocy z 20 na 21 sierpnia pół miliona żołnierzy Związku Sowieckiego i jego satelitów wtargnęło do Czechosłowacji i okupowało ją.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

Ówczesny I sekretarz Komunistycznej Partii Czechosłowacji Alexander Dubček, który rozpoczął reformy w partii oraz przywrócił ludziom wolność słowa i prasy, naiwnie wierzył, że socjalizm może być humanistyczny – z ludzką twarzą. Zniesiono cenzurę, rozpoczęto reformy polityczne i ekonomiczne.

Dubček został jednak zaproszony do złożenia wyjaśnień w Moskwie i tam pojmany. Kreml znalazł kolaborantów. Praska Wiosna została stłumiona.

Czesi i Słowacy witali okupantów okrzykami: „Okupanci, wracajcie do domu, to nasza sprawa”, „Iwan, do domu!”, „Breżniew = Hitler”. W starciach z okupantami zginęło 108 Czechów i Słowaków, stu zostało rannych. Na Zachód uciekło ok. 300 tys. ludzi.

Po zdławieniu Praskiej Wiosny w Czechosłowacji zapanowała cisza. Zdaniem wielu czeskich intelektualistów, odbywające się w ramach „procesu normalizacji” psychologiczne i moralne łamanie ludzi było bardziej dotkliwe niż sama sowiecka inwazja. Moralne zastraszenie stało się nieodłączną częścią życia osobistego.

W okupacji Czechosłowacji uczestniczyły także tysiące Litwinów wziętych pod przymusem do sowieckiej armii. Wydaje się, że żaden z naszych historyków nie policzył jeszcze, ilu ich było. Jak dotąd wiadomo tylko tyle, że w czasie operacji „Dunaj” zginęło trzech Litwinów – służący w okupacyjnej armii sierżanci Edmundas Augulis, Sigitas Merkevičius i Algirdas Sinkevičius.

I my sami nie zdajemy sobie sprawy, jaki los przypadł w udziale tym, którzy nie ze swej woli stali się okupacyjnymi oprycznikami w próbującym odzyskać wolność kraju. Wiedząc, że oficerowie Armii Sowieckiej cenili żołnierzy litewskich, nie powinniśmy odrzucać możliwości, że także w Czechosłowacji Litwini dali się poznać jako nazbyt gorliwi wykonawcy woli reżimu.

Czy takich okupantów Czechosłowacji pod przymusem powinniśmy potępić z mocą wsteczną? Uchowaj Boże, na pewno nie. „Nie mam ojczyzny, bo niewolnik nie może mieć ojczyzny, a jeśli nawet ją mamy, to okupują ją komuniści” – pisał w tamtym czasie w swoim dzienniku rosyjski aktor Gieorgij Burkow.

Według nieżyjącego już rosyjskiego aktora „pomogliśmy faszystom spustoszyć Europę, a Chinom – Azję, nie myśleliśmy o ludziach, nie wierzyliśmy ludziom, bo naszym ideałem było stado. I koniec końców zbudowaliśmy najgorszy z możliwych wariantów wspólnego domu”.

Słowa Gierogija Burkowa i dzisiaj brzmią jak ostrzeżenie dla wszystkich ludzi broniących swojej wolności: „Łatwość, z jaką wchodzimy do obcych krajów – Czechosłowacji, Węgier, Polski, NRD, Kuby, Chin, Wietnamu i innych – dowodzi tego, że Zachód nie na darmo się zbroi. Jesteśmy profesjonalnymi agresorami. I jak dotąd nie porzuciliśmy myśli o panowaniu nad światem”.

W sierpniu 1968 roku, 12 lat po powstaniu węgierskim i 7 lat po wybudowaniu muru berlińskiego, prysły ostatnie złudzenia, że system komunistyczny może służyć ludziom.

Protest przeciwko kremlowskiej inwazji na Czechosłowację na Placu Czerwonym naprzeciwko Kremla zorganizowała utalentowana rosyjska poetka i tłumaczka Natalia Gorbaniewska. Miała wtedy zaledwie 32 lata. Ta dzielna młoda kobieta została poddana długiemu przymusowemu leczeniu w szpitalu psychiatrycznym. Czy możemy sobie dziś choć po części wyobrazić, ile odwagi potrzeba było młodej poetce, by samotnie stanąć przeciwko całemu komunistycznemu imperium z plakatem potępiającym okupację Czechosłowacji?

W 1968 roku niespokojnie było także w Polsce. W marcu polscy studenci rozpoczęli protest, gdy komuniści zakazali dalszego pokazywania spektaklu wystawionego na podstawie „Dziadów” Adama Mickiewicza. Komuniści podjęli taką decyzję, bo w czasie przedstawienia rozemocjonwana publiczność reagowała owacjami, gdy deklamowane były te fragmenty poematu, które piętnowały rosyjskie rządy.

Działania milicji przeciw studentom były szczególnie brutalne. W samej tylko Warszawie policja zatrzymała 1200 studentów. Jeden z liderów studenckich protestów Jacek Kuroń, jak i kilku innych studentów, dekadę później stał się z jednym z liderów ruchu „Solidarność”, który obalił komunistyczną władzę i komunizm.

A co działo się pół wieku temu na Litwie? Jak Litwini reagowali na Praską Wiosnę?

Inaczej niż w przypadku węgierskiego powstania przeciwko Sowietom w 1956 roku, gdy w Wilnie i Kownie w czasie Zaduszek miały miejsce tysięczne demonstracje studenckie, społecznych protestów nie było. Dopiero cztery lata później, gdy Romas Kalanta wzorem Czecha Jana Palacha podpali się naprzeciwko Teatru Muzycznego [w Kownie – przyp. red.] młodzież wyjdzie na ulice.

Ale reakcje mimo wszystko były. Oto poeta Marcelijus Martinaitis opowiadał, że gdy tuż po kremlowskiej inwazji zaszedł do kawiarni w hotelu „Vilnius”, zobaczył tam Tomasa Venclovę, gdy ten komentował okupację Czechosłowacji oraz czytał i objaśniał swój najnowszy „Wiersz o przyjaciołach”.

Venclova nie ukrywał, że wiersz ten dedykował Natalii Gorbaniewskiej – jednej z siedmiorga Rosjan, którzy nie bali się pójść na Plac Czerwony, by protestować przeciwko inwazji ZSRS na Czechosłowację. „I pierwszy liść położył się na chodnik / Plamą kanciastą jak rycerski herb” [tłum. Stanisław Barańczak – przyp. red.].

Co dziwne, w 1969 roku wiersz ten został nawet opublikowany w zbiorze „Poezijos pavasaris” [lit. „Wiosna poezji” – przyp. red.], choć co prawda zamiast „Natalii Gorbaniewskiej” widniały tam tylko inicjały N.G. Po trzech latach cenzura naprawiła swój błąd i wycięła wiersz z przygotowywanego do druku zbioru poezji Tomasa Venclovy „Piętno mowy”.

Przeczytaj także:  Pamięć zachowuje wszystko. O książce Tomasa Venclovy i Ellen Hinsey „Magnetyczna Północ”

W 1968 roku reżyserzy Algirdas Dausa i Almantas Grikevičius nakręcili film fabularny „Jausmai” [lit. „Uczucia” – przyp. red.], który na festiwalu filmowym w San Remo otrzymał specjalną nagrodę jury.

Sowieckie władze tę wiadomość próbowały ukryć przed autorami filmu. Sam film, który jest chyba jednym z najlepszych litewskich filmów, jakie kiedykolwiek zostały nakręcone, był pokazywany tylko w półotwartych klubach filmowych, a w przestrzeni imperium w ogóle nie był wyświetlany.

Ostatniego dnia 1968 roku w Teatrze Dramatycznym w Kownie miała miejsce premiera „Polowania na mamuty” Kazysa Saji w reżyserii Jonasa Jurašasa. Sztuka była niesamowicie popularna. Jednak w repertuarze teatru nie przetrwała nawet roku. „Polowanie na mamuty” zostało zdjęte z afisza. Okupacyjna władza nie mogła znieść groteski, gdy poszukiwanie nierealnego święta kończy się ugrzęźnięciem w smole. Tak Saja wyobrażał sobie marsz ku świetlanemu komunistycznemu jutru.

Partia komunistyczna w tym czasie zorganizowała atak przeciwko takim malarzom jak Vincas Kisarauskas, Aloyzas Stasiulevičius, Antanas Kmieliauskas, oskarżając ich o „bezideowość i formalizm”.

Światowej sławy antropolożka Marija Gimbutienė, która w tamtym czasie wygłaszała wykład na Uniwersytecie Wileńskim, tak opisywała atmosferę, panującą w czasie jej wystąpienia: „Jakby dopiero teraz do żył napłynęła świeża krew. Wielka sala kolumnowa Uniwersytetu Wileńskiego była pełna po brzegi. Gdyby ktoś zechciał otoczyć pierścieniem całą Litwę za jednym razem – miał ku temu dobrą okazję; byli tam chyba wszyscy artyści, pisarze, naukowcy, młodzi i starzy, z Wilna, z Kowna i zewsząd, a najwięcej było zupełnie młodych studentów”.

W liście do Vytautasa Kavolisa podkreśliła, że numery redagowanego przez niego czasopisma „Metmenys” przechodziły na Litwie z rąk do rąk niczym w czasach przemytników książek [Vytautas Kavolis – działacz emigracyjny, założyciel liberalnej organizacji Santara-Šviesa, działającej w środowisku litewskim w USA – przyp. red.].

Taki był rok 1968. Czym różni się tegoroczny 20 sierpnia od tego sprzed pięćdziesięciu lat w Czechosłowacji?

Jeśli przypomnimy sobie prorocze słowa rosyjskiego aktora Burkowa o tym, że Rosja nie wyzbyła się idei panowania nad światem, tylko że dziś próbuje to osiągnąć małymi kroczkami, to moglibyśmy powiedzieć, że niemal niczym. Moskwa zajęła już kawałek Gruzji, anektowała Krym i dużą część Donbasu.

Mimo to różnic jest dużo i są oczywiste. Kreml już raz przegrał z kretesem wyścig zbrojeń z Zachodem. Wiadomość o nowych amerykańskich sankcjach za użycie broni chemicznej w Anglii przyniosła załamanie się kursu rubla. Dla Rosji te sankcje mogą okazać się takim samym ciosem, jak plan Ronalda Reagana pokonania imperium zła.

W odróżnieniu od ówczesnej elity Breżniewa, która nie miała żadnego majątku na Zachodzie, a więc i nie miała nic do stracenia, gang Putina ma co stracić. Po drugie, inaczej niż banda Breżniewa, gang Putina w nic nie wierzy. Ani oni, ani ich najbliżsi nie będą w stanie przeżyć bez penthouse’ów w Miami, ferrari i zakupów w najdroższych zachodnich sklepach. Nie przesiądą się już do wołg i żiguli. I choć „Krym jest nasz”, to wcale się tam nie wybierają.

A Rosja nie ma czym odpowiedzieć na amerykańskie sankcje. Sankcje są jak maraton: wygrywa ten, kto jest mocniejszy i bardziej cierpliwy. I chwała Bogu.

Komentarz został wygłoszony 20 sierpnia na antenie Žinių radijas w programie „Dešimt minučių su Rimvydu Valatka” („Dziesięć minut z Rimvydasem Valatką”). Tekst komentarza został opublikowany na portalu ziniuradijas.lt. Przedruk za zgodą autora. Tłumaczenie z języka litewskiego Dominik Wilczewski.

Zdjęcie tytułowe: Płonący sowiecki czołg i Czesi niosący flagę Czechosłowacji. Zdj. The Central Intelligence Agency.

Wszystkie treści w Przeglądzie Bałtyckim udostępniamy bezpłatnie. Wesprzyj nas - dzięki Twojej pomocy opublikujemy kolejne pogłębione artykuły dotyczące regionu Morza Bałtyckiego!

Polub nas na Facebooku!