Piszemy o krajach regionu Morza Bałtyckiego

„Mało nas”. Polacy w Druskienikach

Przed wojną Druskieniki były polsko-żydowskim miastem. Za ich najważniejszego obywatela, rezydującego na Pogance, wypada uznać marszałka Józefa Piłsudskiego. Po II wojnie światowej polskość z miasta zniknęła w dwóch falach repatriacji. Odrodziła się na moment za czasów Pauliny Lipowicz, która w 1992 r. założyła lokalny Związek Polaków na Litwie. Wtedy w jego oddziale działało paręset osób. Dziś jest trzy razy mniej. Na papierze, bo de facto na rzecz polskości pracuje w mieście zaledwie garstka osób. Symbolem trudnej sytuacji lokalnych społeczników, działaczy na rzecz polskości jest zeszłoroczny wyjazd szefowej lokalnego Związku Polaków Wiktorii Sienkiewicz na Cypr. Wciąż jednak żyje pani Paulina Lipowicz, która chętnie opowiada Przeglądowi Bałtyckiemu jak wyglądało odrodzenie polskości w mieście. To, że jest trudniej niż w latach dziewięćdziesiątych, gdy miasto zalała fala polskich turystów, to truizm. Bardziej ciekawe jest pytanie, czy polskość w mieście ma w ogóle szansę się odrodzić.

Wszystkie treści w Przeglądzie Bałtyckim udostępniamy bezpłatnie. Wesprzyj nas - dzięki Twojej pomocy opublikujemy kolejne pogłębione artykuły dotyczące regionu Morza Bałtyckiego!

Kłótnie na samym początku

„W Druskienikach, które choć podobnie jak Wilno przed wojną należały do Polski, nie ma żadnego polskiego lobby: druskienicka mniejszość polska – to w dużej części emeryci i bezrobotni, nie ma tu polskich szkół, polskich przedstawicieli we władzach lokalnych, ani polskiego konsulatu” – pisała dwanaście lat temu dla „Tygodnika Wileńszczyzny” Anna Pilarczyk, nie zdając sobie sprawy, że i tak opisuje sytuację, która jest lepsza niż w 2018 r.. „Jesteśmy trochę tak jakby odosobnioną wyspą. I, niestety, ci którzy chcą nam zaszkodzić, to wyczuwają i wykorzystują” – narzekała wtedy w rozmowie z wileńską dziennikarką pierwsza prezes Związku Polaków w Druskienikach Paulina Lipowicz, w apogeum konfliktu polsko-polskiego, gdy w wyniku działań Ryszarda Maciejkiańca, byłego prezesa Związku Polaków w Wilnie, zmieniono zamki do Domu Polskiego w Druskienikach. „Do naszego Domu przychodziły setki polskich kuracjuszy, organizowaliśmy wieczorki, wspólnie śpiewaliśmy polskie piosenki, rozmawialiśmy. W naszych planach było otwarcie biblioteki. Udało się zdobyć bardzo dużo dobrych książek, one znajdują się w tym domu już tyle lat i nie wiadomo w jakim są stanie. My już zaczęliśmy robić katalogi biblioteczne, ale pan Maciejkianiec zmienił zamki i tak zostaliśmy bezdomni” – mówiła „Tygodnikowi Wileńszczyzny” Paulina Lipowicz. Co zmieniło się po dwunastu latach w mieście – postanowił sprawdzić Przegląd Bałtycki.

Paulina Lipowicz

***

Przed wojną w Druskienikach mieszkało parę tysięcy Polaków i parę tysięcy Żydów, Litwinów było jak na lekarstwo. Większa część Polaków wyjechała w wyniku pierwszej fazy repatriacji, kolejna część w latach pięćdziesiątych. Z tych osób najwyżej, bo do Sejmu Polski Ludowej, zaszedł Jerzy Surowiec, urodzony w 1944 roku w Druskienikach działacz Stronnictwa Demokratycznego, po II wojnie światowej wraz z rodziną skazany na zsyłkę za działalność antysowiecką. Obecnie mieszka w Darłowie na Pomorzu. Na tegorocznym „Maju nad Wilią”, organizowanym przez Romualda Mieczkowskiego, pojawił się dziennikarz „Polityki” Marian Turski, urodzony w Druskienikach, który jednak podkreśla, że jego związki z miastem są dość przypadkowe. W 1939 r. urodził się tutaj także Jeremy Bujakowski, indyjski narciarz alpejski polskiego pochodzenia, dwukrotny reprezentant Indii na zimowych igrzyskach olimpijskich, syn Haliny Korolec-Bujakowskiej, która w latach trzydziestych wspólnie z mężem odbyła podróż motocyklem z Druskiennik przez kraje Europy, Bliski i Środkowy Wschód, Indie, Birmę, Indochiny do chińskiego Szanghaju. Później w Druskienikach Polaków została garstka. Jednak gdy odradzało się życie polskie w latach dziewięćdziesiątych, był entuzjazm. Jeszcze o tym wspomnimy.

Chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat? Subskrybuj nasz newsletter!
Raz w miesiącu otrzymasz na swoją skrzynkę zestawienie najważniejszych artykułów.

***

Z Wiktorią Sienkiewicz, która od 2015 r. sprawowała funkcję szefowej Związku Polaków w Druskienikach, spotkałem się jeszcze w zeszłym roku. Miałem szczęście – parę miesięcy po naszym spotkaniu wyjechała szukać szczęścia na Cyprze. – Prezeska druskienickiego oddziału wyemigrowała – ogłosił z trybuny podczas (słynnego z innych rzeczy) majowego zjazdu prezes Związku Polaków na Litwie Michał Mackiewicz. W 2017 r. spotkaliśmy się nad brzegiem Niemna, w kawiarni, w której pracowała, opowiedziała mi o swoim pradziadku, co do Druskienik przyjechał z Warszawy, pracując jako kolejarz, a także o dziadku Bolesławie, który po 1990 r. zaangażował się w działalność polską na Litwie. Został szefem lokalnej AWPL, tworząc tandem z Pauliną Lipowicz, szefową druskienickiego Związku Polaków, a Wiktoria, rocznik 1985, była kimś w rodzaju jego sekretarki. To dzięki pracy Bolesława Sienkiewicza i Pauliny Lipowicz nabyto Dom Polski, który możemy podziwiać dziś przy ulicy Klonio. – Mamy w domu zdjęcia marszałka Piłsudskiego – kusiła moją ciekawość Wiktoria. Miałem je zobaczyć, nie zdążyłem. – Najbardziej chciałabym być barmanką. Każdy marzy, żeby wyjechać, taka jest sytuacja, może to będzie Polska, choć tam ciężko o kontakty. Moja siostra jest w Wielkiej Brytanii – powiedziała na odchodne. Skończyło się na Cyprze. W tym roku spotkałem jednak w Druskienikach jej rodziców.

***

Dom Polski przy ulicy Klonio.

Maj 2018. Moją pierwszą rozmówczynię spotykam na polskiej mszy w kościele Matki Boskiej Szkaplerznej, gdzie śpiewa w chórze. To Teresa Igumnowa, nieformalna przewodnicząca oddziału Związku Polaków, po tym jak na emigrację udała się Wiktoria Sienkiewicz. W Domu Polskim przy ulicy Klonio w Druskienikach poza Igumnową siedzi jej córka o takim samym imieniu i nazwisku, a także Helena Jacewicz, Polka rodem z Białorusi, matka lokalnego prawnika. Teresa Igumnowa, z domu Sadowska, urodziła się w 1941 r. w Druskienikach, w czasie okupacji sowieckiej, gdy miasto należało już do Litewskiej SRS. Ojciec Sergiusz Sadowski pochodził z Przewałki, parę kilometrów od Druskienik, pracował jako chemik w lokalnym laboratorium. – Rodzina była patriotyczna, w wieku sześciu lat wiedziałam już co to jest Katyń, co to jest Kozielsk – deklaruje z dumą Teresa. Mama z ojcem politykowali między sobą, a dzieci wszystko słyszały. Ojciec słuchał zresztą Radia Wolna Europa. Choć Teresa Igumnowa nie może pamiętać II wojny światowej, w przekazach rodzinnych zachowały się dwa wydarzenia. Zabicie przez Gestapo lokalnego księdza Bolesława Wołejko, bardzo popularnego wśród lokalnych parafian, a także utworzenie w Druskienikach getta. – Musieliśmy przeprowadzić się do mieszkania koło druskienickiej cerkwi. Ja mając pół roku ciężko zachorowałam. Gdyby nie maść przyniesiona przez lokalną Żydówkę, nie byłoby mnie. Do dziś pamiętam jej nazwę. „Lasalle” – mówi ze łzami w oczach Igumnowa. Tematyka żydowska zresztą co chwila wraca podczas mojego pobytu w Druskienikach. – W piwnicy u mojej ciotki ukrywali się podczas II wojny światowej Żydzi, doniósł na nich Polak, który pracował w niemieckiej żandarmerii. Później, za Sowietów, ciotka miała nieprzyjemności, że przez nią Niemcy zabili tych Żydów. A to przecież nie była jej wina. Musiała uciekać do Słupska – opowiada Paulina Lipowicz, pierwsza prezeska Związku Polaków w Druskienikach, która podejmuje mnie herbatą w swoim mieszkaniu przy ulicy Čiurlionisa.

Tymczasowa przewodnicząca oddziału Związku Polaków Teresa Igumnowa.

Tymczasem jesteśmy wciąż na Klonio. Córka Teresy Igumnowej, która nazywa się tak samo i pracuje dla litewskiego konsulatu w Grodnie (od razu widać, bo jej samochód ma czerwoną rejestrację), jest przedstawicielką młodego pokolenia. – Poza mną nikt z młodych nie angażuje się w druskienicki Związek Polaków – dodaje. – Gdy zakładano Dom Polski w latach dziewięćdziesiątych było dużo młodzieży, mieliśmy własny chór, szkółkę dla dzieci. Później ludzie zaczęli wyjeżdżać, zabrakło także dorosłych, którzy dbaliby o to, by przyciągać młode pokolenie – opowiada. Teresa Igumnowa junior jednak nigdy nie myślała, by wyjechać z Druskienik. – To moja ojczyzna – uśmiecha się. Praca w litewskim konsulacie jest może monotonna, ale stabilna. – Wydajemy wizy, organizujemy koncerty, wystawy – wylicza. Życie na Białorusi w zasadzie nie różni się wiele od tego, co jest na litewskiej prowincji. – Choć może zostały stare zwyczaje, z czasów sowieckich – zaraz dodaje.

Kubańczyk działa w Związku Polaków

Siedzimy w domu przy ulicy Klonio i pani Teresa (starsza) pokazuje mi listę osób, które działają w lokalnym oddziale Związku Polaków. Co dziesiątą osobę trzeba by było wykreślić, nie żyje. Cześć przychodzi do Domu Polskiego, kolejna część się w ogóle nie udziela. Większość lokalnych Polaków nie ma korzeni w Druskienikach, najwyżej co trzeci może mówić o czymś takim. – W kwietniu pochowaliśmy czterech Polaków urodzonych w Druskienikach – ze smutkiem opowiadają obie panie. – Trudno powiedzieć ilu nas jest w oddziale opowiada pani Teresa Igumnowa. – Oddanych szczerze dla naszego domu, bardzo mało. Na piśmie z kolei bardzo dużo – mówi z uśmiechem, ponad setka. – Aktywnych jakieś trzydzieści osób, głównie w starszym wieku – dodaje Helena Jacewicz, która sama pochodzi z Zabłoci pod Lidą, a w Druskienikach zjawiła się, bo dostała nakaz pracy jako felczerka. Była zatrudniona w sanatorium „Draugystė”. W ogóle w mieście zamieszkało po wojnie sporo Polaków z Białorusi, najczęściej z Porzecza, Przywałki. Mówią polsko-białoruskim dialektem. Zdominowali lokalną polską społeczność. Związki Druskienik z Białorusią istnieją do dziś. Choćby trzydziestopięcioletni syn pani Heleny, Paweł, który regularnie kandyduje z listy AWPL w wyborach samorządowych, ukończył prawo na Uniwersytecie Janki Kupały w Grodnie. Lokalny oddział Związku Polaków może się pochwalić także egzotycznymi członkami. Lazaro Herrero, czarny mieszkaniec Kuby, przyjechał do Druskienik za swoją miłością. Razem mają dom w pobliskich Bałtaszyszkach.

***

W Druskienikach jest polska msza. To najdalej wysunięty na zachód kawałek przedwojennej Wileńszczyzny, który taką mszę organizuje. – Na nabożeństwa majowe przychodzi jakieś dziesięć, piętnaście osób – mówią Teresa i Helena. Wiosną i latem na niedzielnej mszy u Matki Boskiej Szkaplerznej bywa nawet do stu osób. Większość to jednak polscy turyści. – Polskie msze były tutaj nawet w czasach sowieckich, był polski ksiądz Konstanty Gajewski, wspaniały człowiek – mówi Helena Jacewicz. Podobnie jak ksiądz Ronald, który później wyjechał do Ejszyszek i siostra Bożena, która prosiła swoich byłych parafian, by modlili się za nią, by wróciła do Druskienik (o siostrze Bożenie pisał kiedyś katolicki tygodnik „Niedziela”). Rozmawiam z księdzem proboszczem Kęstutisem Masevičiusem. Trudno jest mu wskazać statystyki, jeśli chodzi o polskich wiernych. – Można powiedzieć, że z pięciu i pół tysiąca parafian (w Druskienikach są dwie parafie) pięćset to są Polacy – ocenia. Pani Teresa twierdzi, że to zbyt optymistyczne szacunki. Z księdzem rozmawiam po polsku. Pochodzi z mieszanej rodziny, z rejonu malackiego, która swego czasu zbudowała dom w Podbrodziu. – Wtedy trzeba było zacząć mówić po polsku, choć do szkoły chodziłem litewskiej – uśmiecha się proboszcz.

Wilno się nie interesuje

Budynek gospodarczy Domu Polskiego.

Wracamy do Domu Polskiego. Tutaj problemy są prozaiczne. Posprzątać, zmienić płot.  Budynkom przy ulicy Klonio przydałaby się dobra ręka. Gdyby odremontować skład, w którym panuje okropny bałagan, mógłby służyć jako kawiarnia albo miejsce spotkań. – Nas jest mało, mieliśmy sponsorów, ale człowiek, który nam pomagał, zmarł – rozkłada ręce pani Teresa. Problemy są także z pieniędzmi. – Jest maj i do tej pory nie dostałam żadnych środków finansowych z Polski na swoją działalność. Wszystko muszę opłacać z własnych pieniędzy – narzeka Teresa. Wcześniej, za rządów Wiktorii Sienkiewicz, przychodziły pieniądze na koszenie trawy i sprzątanie, ale nikt ich nie widział. – Trawy było potąd – mówi Teresa. A jak przyjechał do Druskienik Michał Mackiewicz i zastał Dom Polski oblodzony i ośnieżony, powiedział, że żadnych pieniędzy dawać więcej nie będzie. Władze Związku Polaków w Wilnie Druskienikami interesują się zresztą o tyle, o ile. – Przyjeżdżają do nas z władz w Wilnie, popiją kawę, pogadają i tak to wygląda. Jesteśmy na peryferiach – mówi pani Helena Jacewicz. Wyjściem byłoby założenie tutaj polskiego pensjonatu, ale problemem jest status prawny. Nie wiadomo kto miałby się tym zająć. Póki co do Domu Polskiego można jednak przyjeżdżać mieszkać. Wystarczy uiścić opłatę dziesięć euro, są łóżka, jest łazienka. W pensjonatach druskienickich ceny są co najmniej pięć razy wyższe. Problem może być tylko zimą, gdy pierwsze piętro nie jest ogrzewane.

***

W Domu Polskim można przenocować…

– Mamy całą torbę książek, które po prostu zgniły – rozkładają ręce działaczki Związku Polaków. Rozmawiamy następnego dnia po wyborach w Związku Polaków na Litwie, które wygrał po raz kolejny Michał Mackiewicz. – Nam jest wszystko jedno, kto jest szefem, wybrali go, to niech będzie, Druskienikami i tak nikt się nie interesuje – przyznaje z rezygnacją Helena Jacewicz. Z kolei Teresa Igumnowa liczy na to, że po wyborach władze wileńskie jednak będą miały więcej czasu, by zaciekawić się lokalnym oddziałem. – Wcześniej dzwoniłam do Pawła Stefanowicza i zawsze była ta sama odpowiedź: „nie mamy dla was czasu”. No tak, Druskieniki to nie są Ejszyszki czy Soleczniki. Z samego Wilna jedzie się tutaj autobusem dwie godziny.

Zagłosuj na Akcję

Teresa Sadowska, była polska radna, obecnie przewodniczka miejska.

Lokalnej polskiej społeczności z pewnością pomogliby właśni samorządowcy. Przed laty Polacy byli sobie w stanie wywalczyć swoich radnych w Druskienikach. Aż do 2000 r. Akcja Wyborcza Polaków na Litwie była reprezentowana w radzie miejskiej. Funkcję radnych pełnili Jan Mankielewicz i Teresa Sadowska. Ta ostatnia, emerytowana dyrektorka szkoły, jest dziś przewodniczką miejską po Druskienikach. Z kolei Jan Mankielewicz ponad dekadę temu był bohaterem afery, która toczyła się wokół lokalnego Związku Polaków i trafiła na łamy prasy polskiej w Koronie i na Litwie. – Chcę wierzyć, że pan Mankielewicz w szybkim czasie zechce zabrać swoje rzeczy. Pogodzi się też z myślą, że budynek przy ul. Klonio w Druskienikach nie jest jego własnością i zaprzestanie prowadzenia w nim interesu. Mankielewicz dopuszcza się wykroczenia nie tylko administracyjnego, ale też karnego, gdyż zagarnął i korzysta z mienia o niemałej wartości, które do niego nie należy – mówił w 2007 r. „Tygodnikowi Wileńszczyzny” sekretarz Związku Polaków na Litwie, obecnie jego wiceprzewodniczący, Edward Trusewicz, strasząc przy okazji, że związek rozważa przekazanie sprawy do prokuratury. Takie lokalne polskie wojenki, które w prowincjonalnych Druskienikach osiągnęły swoje apogeum.

Później Polaków coraz bardziej ubywało, umierali, wyjeżdżali. Jednak w 2011 r. Akcja Wyborcza Polaków na Litwie znów wystawiła swoją listę, na którą łącznie padło 208 głosów. Na starówce przekroczyła nawet próg wyborczy. Efekt świeżości? Cztery lata później przy polskich kandydatach postawiono zaledwie 97 krzyżyków. To pięć razy za mało, by wybrać swoich radnych. Na papierze członków Związku Polaków w Druskienikach jest więcej niż oddano głosów na polską listę. W wyborach do Sejmu w 2016 r. kandydat polskiej partii na posła, Litwin Rokas Dailydė, absolwent lokalnego gimnazjum „Rytas”, mąż Wiktorii Sienkiewicz, a także syn radnego Druskienik z listy litewskiej partii, zgarnął 195 głosów, ale było to w całym okręgu Łoździeje-Druskieniki. Ogólnie polska partia startuje w Druskienikach chyba tylko po to, by pokazać, że jeszcze mieszkają tutaj jacyś Polacy. Na sukces nie ma żadnych szans.

Zresztą wielu Polaków w Druskienikach woli głosować na Kristinę Miškinienė, od 2000 r. wiceburmistrz miasta, zaś od 2012 do 2016 r. posłankę na Sejm z listy socjaldemokratów.  – Koleżankę pytałam, na kogo ty głosowałaś, ona na to „na swoich, na Krystynę”. Ale jaka ona tam swoja, fakt, Polka urodzona w Solecznikach, ale do polskości się nigdy nie przyznawała – macha ręką Helena Jacewicz. W Druskienikach to wciąż nie do końca jest dobrze być Polakiem, dlatego była posłanka, z którą miałem okazję rozmawiać w 2012 r., nagrodzona w Polsce godnością honorowego obywatela Strzelec Opolskich, nie afiszuje się ze swoją polskością. Męża ma zresztą Litwina. – To jest najgorsze – dodają zgodnie Helena i Teresa. – Jeśli Polka wyjdzie za Rosjanina, wciąż ma szansę zachować swoją tożsamość. Jeśli mężem jest Litwin, to szybko się lituanizuje – mówi Teresa, która sama miała męża Rosjanina. Mieszkaniec Syberii nauczył się jednak polskiego. Dla swojej żony.

Budynek, gdzie kiedyś mieściła się polska szkoła.

Trudne i łatwe początki

Początkowo Dom Polski miał być gdzie indziej, przy ulicy Kościuszki. – Planowaliśmy umiejscowić tam pensjonat dla Polaków, szkołę, kuchnię, stołówkę. Z prezesem „Wspólnoty Polskiej” Andrzejem Stelmachowskim obchodziliśmy ten dom kilka razy. Pisaliśmy do władz miejskich, żeby nam go oddali jako Związkowi Polaków. Niestety okazało się, że on ma należeć do związków zawodowych – opowiada mi pani Paulina Lipowicz, pierwsza prezes Związku Polaków w Druskienikach, wdowa i „najstarsza Polka w mieście”, jak sama się przedstawia. Stała na czele lokalnego oddziału przez siedemnaście lat, odeszła na emeryturę kilka lat temu, zastąpiła ją Helena Ališkevičienė. – Gdy w 1992 r. organizowaliśmy życie polskie w Druskienikach, to do sanatorium „Litwa”, gdzie pracowałam, przyszli delegaci i pytali się kto jest Polakiem. Choć pracowało tam parę Polek, tylko ja się zgłosiłam, inne się bały, i tak to się zaczęło – mówi Paulina Lipowicz, której rodzina mieszka na tej ziemi od pokoleń. – Gdy mnie pochowają, będę czwartym pokoleniem, które mieszkało w Druskienikach – przyznaje. W latach entuzjazmu do lokalnego związku zapisała się nawet wspomniana Kristina Miškinienė z rodziną. Później, gdy została zastępcą mera, zdystansowała się. Ważnej personie w Druskienikach nie wypadało być Polką.

– W ogóle lata dziewięćdziesiąte to był wspaniały czas dla polskości, która nagle wybuchła – zaczyna opowieść Teresa Igumnowa. – Na każdym kroku słyszało się język polski, polscy turyści zaczepiali nas, łaknęli wiedzy o historii Druskienik i lokalnej polskiej społeczności. Teraz tego nie ma, przyjeżdża coraz więcej Rosjan i Białorusinów, a Polaków jakby mniej – załamuje ręce Teresa. W zeszłym roku Wiktoria Sienkiewicz mówiła mi, że wtedy udawało się sprzedać kuracjuszom do stu polskich gazet dziennie. Szło wszystko, głównie „Gazeta Wyborcza”, „Polityka”, „Kurier Wileński”.

– Jestem z domu Czurlanis, mój ojciec pochodził z Bałtaszyszek, które są za Niemnem. Parę lat przepracował w Anglii – kontynuuje opowieść o sobie Paulina Lipowicz, która podkreśla, że mimo podobieństwa nazwiska ze znanym malarzem i kompozytorem rodem z Druskienik Čiurlionisem nic ją nie łączy, choć wielu Litwinów myślało, że jest inaczej.

Litwini nas nie lubią, ale czy sami się lubimy?

Kościół Matki Boskiej Szkaplerznej.

Po II wojnie światowej Polaków w Druskienikach zostało zresztą mało. Zaczęli przyjeżdżać Rosjanie, Białorusini. – Litwini pojawili się w latach pięćdziesiątych, przyjechali zza Niemna – mówi Teresa Igumnowa. W jednej z druskienickich szkół istniały klasy, gdzie wszystkie przedmioty wykładano po polsku. – Matematyki uczył nas Polak Tadeusz Sztolberg, który później wyjechał do Polski, dyrektorem szkoły był Rosjanin – wspomina Teresa. Nauczanie po polsku trwało sześć lat, skończyło się w 1958 r. – Wezwali rodziców i powiedzieli, że nie ma już kadr, by zapewnić edukację w języku polskim. Została polska msza w kościele Matki Boskiej Szkaplerznej. – Do kościoła chodziliśmy wszyscy, starzy, młodzi. Nikt się nie bał, choć oczywiście pewne rzeczy były zakazane – opowiada Teresa, która po 1958 r. musiała pójść do rosyjskiej szkoły. – Litewskiego jeszcze wtedy nie znałam – dodaje.

– Mam chyba chorobę nerwową – mówi Paulina Lipowicz, która po odejściu na emeryturę bezpłatnie pracowała na rzecz polskości. – To od tego, że po nocach pisałam podania do Landsbergisa, Kubiliusa w sprawie zwrotu ziemi Polakom w Druskienikach. Litwini nie byli przychylni do naszego związku, po tym, jak założyłam lokalny oddział Związku Polaków, musiałam odejść na emeryturę. Zaczął się czas „Sąjūdisu”, „prawdziwych Litwinów” – teraz Paulina Lipowicz trochę zgorzkniała. – Litwini nas nie lubią, już prędzej z Żydami się lepiej żyło – dodaje ze smutkiem. – A kiedy Litwini nas lubili – pyta retorycznie Teresa Igumnowa.

***

Smutna jest historia konfliktu o Dom Polski, który wybuchł w latach dziewięćdziesiątych. – Wszystko zaczęło się od Jana Mankielewicza, prawdziwego Polaka – ironicznie zaczyna Lipowicz. – On mnie nienawidził. Zapraszał na kawę, herbatkę swoich znajomych do siedziby polskiej organizacji. Kiedyś i ja tam przyszłam, jako prezes lokalnego oddziału. Na to on do mnie, „a po co pani przyszła” – opowiada. Takie lokalne polskie piekiełko, które trwało dobre parę lat, opisywane wiele razy w prasie jako przykład kłótliwości rodaków na Kresach. Dom Polski kupiło w 1996 r. Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” ze środków Senatu na potrzeby Związku Polaków na Litwie. „Od kilku lat w tym domu jest prowadzony biznes prywatny. Członkowie miejscowego oddziału ZPL dostępu do domu niby polskiego ostatnio, niestety, nie mają. Nowy sezon turystyczny jeszcze się nie rozpoczął, toteż całe ogrodzone terytorium zamknięte. Posiadaczem klucza jest niejaki Mankielewicz, znany nie z najlepszej strony wśród społeczności polskiej w Druskienikach” – pisał w 2007 r. „Tygodnik Wileńszczyzny”. Można odnieść wrażenie, że Mankielewicz to taki lokalny demon. – Możliwe, że to jego rodzina w czasie II wojny światowej wydała księdza Wołejkę – podejrzewa do dziś Paulina Lipowicz. Od czasu Mankielewicza dużo jednak się w Druskienikach zmieniło. Za kadencji nowej prezes Heleny Ališkevičienė sytuacja w mieście uspokoiła się. Później ster rządów w Druskienikach przejęła Wiktoria Sienkiewicz.

Zostały pamiątkowe albumy

Najwięcej o przedwojennych Druskienikach wiedział wspomniany już dziadek Wiktorii, Bolesław Sienkiewicz, rocznik 1934, były szef lokalnego AWPL. Jeszcze w 2015 r. kandydował z listy polskiej partii do samorządu. Nie żyje od dwóch lat. Gdy odwiedzam jego syna i synową, rozkładają ręce. – Ojciec zostawił albumy, z pamiątkowymi zdjęciami, ale nie mieliśmy siły ich obejrzeć. Prowadzimy tak intensywne życie, że nie ma na to czasu. Nie rozmawialiśmy zresztą z tatą często na tematy historyczne – odpowiada małżeństwo (mąż Polak, żona Białorusinka), które oficjalnie wciąż należy do Związku Polaków. Dziadek Bolesław Sienkiewicz był na tyle popularny, że mógłby w 1995 r. wejść z polskiej listy do rady Druskienik, ale zrzekł się miejsca na rzecz doktora Jana Mankielewicza. – Polakiem w Druskienikach być jest ciężko. Teoretycznie nikt nie ma żadnych uprzedzeń, ale jakbym zaczął jakąś aktywność polską, to byłyby uwagi. Pewnie za moimi plecami, ale byłyby – mówi Bogusław Sienkiewicz, syn Bolesława, który sam bardzo dawno startował do rady miejskiej z listy polskiej partii, ale mało kto z Litwinów już o tym pamięta.

Małżeństwo Sienkiewiczów.

– W latach dziewięćdziesiątych było trochę inaczej, sprzedawaliśmy kuracjuszom polskie gazety, ale obecnie nikt sobie tego w mieście nie życzy – dodaje pan Bogusław, jednak podkreśla, że stosunki z Litwinami ma oficjalnie dobre. – Sam znam jednak ludzi w urzędach, w administracji publicznej, którzy mówią, że są Polakami, ale proszą, żeby to zachować dla siebie – mówi Bogusław. Mer Druskienik Ričardas Malinauskas, kiedyś socjaldemokrata, obecnie niezależny, jest dość chytrą osobą. Kiedyś proponował, by w Druskienikach upamiętnić Józefa Piłsudskiego. – On oficjalnie mówi jedno, ale robić może coś zupełnie drugiego, to dość dwulicowy człowiek – mówi Bogusław.  Myślę, że gdyby znalazły się pieniądze, pomnik Piłsudskiego byłby, on jest pragmatyczny – kontruje żona Tamara.

Pytam o zainteresowanie językiem polskim w Druskienikach, w końcu do granicy z Polską jest tutaj bardzo blisko. – Na poziomie biznesu może i jest. Córka Wiktoria próbowała przeszkolić kolegów w restauracji z podstaw języka polskiego, żeby mogli łatwiej porozumieć się z polskimi turystami. Ale Polska w sensie kultury, mało kogo tu interesuje – dodaje Bogusław.

***

Dąb Piłsudskiego, kiedy jeszcze istniał.

Żegnam się z panią Pauliną Lipowicz. – Wielu rzeczy jeszcze nie zrobiłam. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak bardzo chce mi się pracować – rzuca starsza pani na odchodne. – Jak pan przyjedzie następny raz, pokażę panu dokumenty. Pisałam do Wałęsy, do Stelmachowskiego… Obiecuję, że przyjadę, choć w Druskienikach wiatr w oczy polskości wieje już od dawna. Może właśnie dlatego należy tu bywać.

Z drugiej strony wszyscy Polacy na Cypr nie wyjadą. Światło jeszcze nie zagasło. W tym roku podczas wichury złamał się jednak słynny dąb Piłsudskiego. To zły znak dla kurortu i jego polskich mieszkańców. Może jak zupełnie znikną, ktoś z Litwinów się ocknie i posadzi nowy, jak zaproponował swego czasu wileński lekarz i społecznik Dariusz Żybort. Inna znana mi osoba, tym razem z Korony, marzy o tym, by w Druskienikach odbudować dom marszałka Piłsudskiego na Pogance.

Bo może polskości się już nie da?

 

Autorem wszystkich zdjęć jest Tomasz Otocki.

Polub nas na Facebooku!