Myślimy i pamiętamy czasami, niestety, coraz mniej. Sztuczna inteligencja nawet myśli za niektórych z nas. Pamięć zewnętrzną uzupełniamy zaś o kolejne giga- czy już nawet terabajty. Wspomnienia często mają formę szybkich zdjęć, liczonych w setkach, tysiącach czy dziesiątkach tysięcy, do których z reguły nie wracamy. Każemy wirtualnym chmurom zapamiętywać coraz więcej, bez powracania do tego, co było. Dlatego lektura wspomnień, zwłaszcza cudzych, zwłaszcza przetworzonych na słowa, misternie utkaną narrację, wydaje się obecnie nie tylko czynnością bardzo intymną (którą w istocie zawsze przecież była), lecz także aktem odwagi potrzebnej do zmierzenia z cudzą wizją przeszłości. I chociaż Jałowieckiego od nas nie dzieli nawet stulecie, mógłby być dziadkiem czy pradziadkiem naszych rodziców, to jednak jego opowieści o świecie z końca XIX wieku wydają się już być opowieściami o kresowej Atlantydzie.
W przypadku opowieści o Inflantach słowo kresowy ma pewne uzasadnienie, gdyż dawniej była to kraina, gdzie znajdowały się granice I Rzeczypospolitej. Kraina nad Dźwiną, w opowieściach Jałowieckiego nie odeszła jednak do lamusa, nie zatonęła jak Atlantyda. Zostały po niej zgliszcza, nad którymi – według słowa Antoniego Urbańskiego[1] – należało odprawiać podzwonne. Najpierw pierwsza wojna światowa, potem rewolucja bolszewicka, później okropności drugiej wojny światowej, w końcu terror okupacji komunistycznej krajów bałtyckich przez Związek…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Dołącz do naszej społeczności. Dzięki Twojej prenumeracie rozwijamy portal i publikujemy nowe artykuły.


