Słowem wstępu powinnam zaznaczyć, że wybrzmiewająca na początku frustracja na dotychczasową narrację względem Wileńszczyzny jest w pełni uzasadniona: zarówno w Akademii, jak i w przestrzeni literackiej, bez względu na pochodzenie autora (i Polacy z Wileńszczyzny, i Polacy-Koroniarze takich zabiegów się dopuszczają) o „Kresach” (w cudzysłowie, bo to filar polskiego języka kolonialnego, oznaczający polskie peryferie, dodatkowo pomijający wątek wielokulturowości i wielonarodowości terenu) mówi się – no właśnie – z perspektywy sentymentu, gloryfikacji i wizji utopii, która już nie tylko się przejadła, ale jest po prostu nieprawdziwa oraz niebezpieczna. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że Wileńszczyzna nie jest przestrzenią romantyczną – bo jest – ale sprowadzanie jej tylko i wyłącznie do kwestii fantasmagorii jest zdecydowanie zniewagą zarówno dla literatury, tak i…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

