Tak, zgadzam się z zarzutami krytycznymi pod adresem koncepcji ekspozycji, jednowymiarowej, z którą faktycznie niekoniecznie wszyscy, czy nawet większość, będą mogli się utożsamiać. Z drugiej strony rozumiem argument, że historia krakowskiego Muzeum Narodowego, które kolekcjonowało arcydzieła sztuki wysokiej doprowadziła do zgromadzenia określonych obiektów. Faktycznie może niełatwo byłoby zadowolić wszystkich i między orientalne tkaniny i porcelanowe filiżanki wstawić fragment kurnej chaty, a przynajmniej jakieś cepy czy kosy, choć akurat z tym nie powinno być problemu, gdyż jednym z oddziałów Muzeum jest Muzeum Etnograficzne im. Seweryna Udzieli. Nie wiem. Chcę powiedzieć o czymś innym. Nie zamierzam omawiać całości wystawy. Ten krótki tekst jest poświęcony trzem obiektom zaprezentowanym w ramach ekspozycji. Wszystkie trzy zostały przyporządkowane do kategorii #geografia. Wszystkie trzy powielają stereotypy i ugruntowują niewiedzę na temat Inflant. Chyba nie takie było założenie autorów wystawy. Choć kto wie, czy o Inflantach w ogóle pomyślano? Raczej nie. Gdzie te Inflanty? Dlaczego w tytule pojawia się „dziedzictwo błędne”? Kolebka chrześcijaństwa i tygiel demokracji z 1988 r. autorstwa Włodzimierza Pawlaka pokazuje bardzo rozszerzone na północ, południe, zachód i wschód granice wyobrażonej Polski. Od morza do morza, czy międzymorza. Niby wspaniale, Polska w glorii chwały, ale… Na tym obrazie można dostrzec jeden błąd. Kardynalną pomyłkę. Nie w katalogu polskich władców, nawet nie w tym, że taki kraj istniał tylko w wyobraźni autora dzieła. Od biedy długości i szerokości geograficzne mogłyby się zgadzać. Po uważnym prześledzeniu mapy, choć fachowcom od spraw inflanckich wystarczy rzut oka jak Gustawowi Manteufflowi, okazuje się, że ten artysta w swojej apoteozie wielkości państwa polskiego pomylił się w oznaczeniu stolicy dawnych Inflant Polskich. Nie ukrywał przy tym swojego oczywistego i pozostawionego – chyba na wieczną rzeczy pamiątkę – błędu, nawet nie próbował. Pomyłka w określeniu lokalizacji Dyneburga (dziś Daugavpils na Łotwie), to coś więcej niż kilka prostych niepoprawnych machnięć pędzlem. Oczywiście nie ma tu co biadolić, że wiemy o Inflantach mniej niż o Sumatrze i Borneo, bo to wciąż – niestety – fakt. Gorzej, że dowodu naszej ignorancji nie staramy się zatrzeć lub zamalować tak, aby ślad po niej nie pozostał. Jeżeli w komentarzu do tego dzieła zamieszczonym w katalogu do wystawy „gorzko-ironiczna” wymowa obrazu wiązała się z postaciami Piłsudskiego czy Wałęsy, to dla mnie wymowę tę potęguje ta nieświadoma, a może właśnie umyślna – bo bazująca na powszechnej niewiedzy – pomyłka? Czy takie właśnie jest nasze dziedzictwo? Po prostu błędne?
Niedokończona mapa Pół…Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

