– Wezwali mnie 8 maja, naczelnik pierwszego oddziału, czyli KGB, w naszym przedsiębiorstwie wręczył mi wezwanie. Zapytałem go, co to jest, a on odpowiedział, że szkolenie. Taka próba, jak szybko rezerwiści przybędą do punktu poborowego. Kiedy pojawił się na miejscu, zrozumiałem, że coś jest nie tak, ponieważ nie działał tam żaden telefon i nikogo stamtąd nie wypuszczali. To było bardzo dziwne. Niedługo później podjechały autobusy, kazali nam wsiadać i zawieźli prosto do jednostki wojskowej. I tylko po pewnym czasie zaczęły się rozchodzić słuchy, że wysyłają nas do Czarnobyla. Ale nam tego nie powiedzieli, w ogóle niczego nie mówili. Dopiero jak już wiedziałem, że to będzie Czarnobyl, udało mi się namówić jednego żołnierza, żeby pozwolił mi zadzwonić do miasta, bo żona całą dobę nie wiedziała, gdzie jestem. Wtedy jej powiedziałem, że jedziemy do Czarnobyla. To wspomnienie Vairisa Mētry – łotewskiego plutonowego rezerwy, który był jednym z wielu dziesiątek tysięcy likwidatorów czarnobylskiej katastrofy. Likwidatorzy do skażonej strefy trafili ze wszystkich zakątków ówczesnego Związku Sowieckiego. Choć mieszkańcy ówczesnej Pribałtyki stanowili jedynie ułamek spośród wszystkich likwidatorów, to dla małych narodów kolejna danina krwi oddana Związkowi Sowieckiemu, uważanemu za okupanta, była ogromną tragedią. Bałtyckie „bioroboty” Łącznie do strefy skażenia wokół Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej im. Włodzimierza Lenina trafiło około 20 tys. mieszkańców państw bałtyckich, w tym 8 tys. Litwinów, 5 tys. Estończyków oraz co najmniej 6 tys. Łotyszy, z czego połowa trafiła do „zony” w najtrudniejszym okresie, bo jeszcze w maju 1986 roku (wybuch nastąpił 26 kwietnia – przyp. red.). Większość z nich stanowili żołnierze z oddziałów Obrony Cywilnej przynależących do Bałtyckiego Okręgu Wojskowego z siedzibą w Rydze. Większość z tych, którzy podobnie jak plutonowy Mētra pojechali na Ukrainę „w pierwszej fali”, niemal do samego końca nie wiedziała, gdzie jedzie. Mobilizacja często była prowadzona w atmosferze strachu oraz tajemnicy. Większość rezerwistów wysłanych do strefy skażenia była zatrzymywana w miejscach pracy i wprost zawożona do jednostki i dalej do służby na Ukrainie. Często nawet nie mogli poinformować rodziny i najbliższych dokąd jadą ani jak długo będą poza domem. Zniszczenia po wybuchu w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Zdj. Wikimedia Commons. Znaczna część z żołnierzy z Bałtyckiego Okręgu Wojskowego, którzy w pierwszych dniach trafili do strefy skażenia, wykonywała najtrudniejsze prace na dachu elektrowni. Zostali oni nazwani biorobotami. Początkowo najtrudniejsze prace na dachu elektrowni planowano wykonać bez udziału ludzi, właśnie za pomocą robotów. Wysoki poziom promieniowania uniemożliwił jednak sprawne wykorzystanie zdalnie sterowanych urządzeń. Tylko spośród samych Łotyszy…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

