Pozorna bezkształtność Wybierając literaturę z pogranicza rzeczywistości i fikcji, często kieruję się własnym, skrajnie subiektywnym stosunkiem do miejsc, o których opowiadają lub w których osadzona jest akcja. Najczęściej przyciągają mnie pozycje o miastach i regionach, w których mieszkałem lub do których szczególnie często podróżowałem, dzięki czemu nawiązałem z nimi nić emocji. Szczególnie hołubię te, które podarowały mi płaszczyznę do poznania ludzi kształtujących trajektorię moich doświadczeń, przeżyć i wyborów zostających na lata. Warmia w tym prywatnym świecie stanowi krainę obok, sąsiednie nie-Mazury, per analogiam do moich matczynych, iławskich nie-Mazur. Obszaru zupełnie już wyzutego z pamięci o Prusach Górnych, jednej z kilku swoich przedwojennych nazw. Każda z tych trzech krain ma podobną historię choroby, pustoszącej tę część Europy od połowy XIX wieku. Wojujący nacjonalizm przybrał tu formę forsownej germanizacji, która już pod koniec stulecia zaczęła zabierać im wielobarwność kulturową i językową. Plebiscyt 1920 roku tylko obnażył ignorancję i bezsilność polskich elit politycznych i kulturalnych, a następnie dał początek niemal dwudziestu latom strachów umiejętnie konstruowanych i reżyserowanych gdzie indziej. Wreszcie dopadło Warmię i jej sąsiadów brunatnienie, tylko częściowo narzucone z zewnątrz, które wymiotło stąd prawie wszystkich po siedmiu, a może i więcej, wiekach stopniowego nawarstwiania się ludzi, zwyczajów, słów i rzeczy. [caption id="attachment_27059"…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

