Aleś Bialacki Aleś Bialacki jest białoruskim opozycjonistą i obrońcą praw człowieka, na przełomie lat 80. i 90. był działaczem Białoruskiego Frontu Ludowego, od 1996 roku kieruje Centrum Obrony Praw Człowieka „Wiosna”, jest wiceprzewodniczącym Międzynarodowej Federacji Praw Człowieka. Wielokrotnie zatrzymywany i represjonowany, w latach 2011-2014 więziony. W ubiegłym tygodniu występował pan na Forum Społeczeństwa Obywatelskiego w czasie szczytu Partnerstwa Wschodniego w Rydze. Wielu ekspertów i komentatorów było niezadowolonych rezultatami szczytu, pojawiły się opinie, że nie ma sensu, aby Partnerstwo Wschodnie istniało w takim formacie jak do tej pory. Czy podziela pan ten pogląd? Jeśli chodzi o szczyt, to oceny są różne, od całkowicie krytycznych do umiarkowanie krytycznych, ale wydaje mi się, że nie ma nikogo, kto byłby w pełni zadowolony. Ale ja podchodzę do tego trzeźwo i rozumiem, w jakiej sytuacji znajduje się obecnie nasz region. A są to poważne wyzwania i kryzysy, które w mniejszym lub większym stopniu dotknęły praktycznie całego region i wszystkie kraje. Mamy konkretne problemy terytorialne w pięciu spośród sześciu krajów (Partnerstwa Wschodniego – DW): niezakończona wojna między Armenią a Azerbejdżanem, Naddniestrze, wojna w Donbasie, Krym. Wszyscy są mniej lub bardziej wciągnięci w te konflikty. To byłoby zbyt proste oczekiwać, że da się z nich wyjść, biorąc pod uwagę obecną pozycję Rosji. A jest ona jasna: Rosja jest zainteresowana tym, aby wszelkimi sposobami jak najściślej kontrolować sytuację w tych państwach. To jest rola Rosji w utrzymywaniu czy podgrzewaniu tych konfliktów. Jeśli spojrzeć z drugiej strony, bardziej trzeźwo: to, że szczyt się odbył, świadczy o tym, że wszystkie sześć krajów Partnerstwa Wschodniego jest zainteresowanych stosunkami z Unią Europejską. Ale różnią się one między sobą: widzimy trzy stosunkowo proeuropejskie kraje, w których są proeuropejskie rządy i większość ludności, która popiera proeuropejski kierunek (Gruzja, Mołdawia, Ukraina – DW). Jest Armenia, która nie może się określić i jej strategia jest dość niebezpieczna dla niej samej, bo i kraj, i strategia jest słaba. Armenia jest uzależniona od pomocy Rosji. Jest bardzo uzależniona od pomocy Rosji, ale w tym samym czasie chce ułożyć stosunki z Unią Europejską. I jednocześnie jest najsłabsza: mały kraj, który nie może rozwiązać zbyt dużych problemów. I są dwa kraje, które mają swoje własne cele, dla których Unia Europejska to nic więcej, jak instrument. To Białoruś, która w Unii Europejskiej widzi tylko uczestnika relacji ekonomicznych, możliwość otrzymywania kredytów, technologii i inwestycji dla poprawy swojego wizerunku. To jest pozycja Białorusi, w moim kraju nic się nie zmienia. Nie poddaje się on żadnym zasadom, na których tworzone było Partnerstwo Wschodnie. Jest wreszcie Azerbejdżan, który nie potrzebuje ani kredytów, ani inwestycji, ma wystarczająco dużo pieniędzy, a jest zainteresowany poprawą stosunków w wymiarze technologicznym i politycznym. Dla Azerbejdżanu ważne jest poparcie polityczne, biorąc pod uwagę konflikt z Armenią, stąd też i Igrzyska Europejskie itp. Ale w tym samym czasie reżim jest jeszcze ostrzejszy niż w Białorusi: dziesiątki więźniów politycznych, setki uchodźców politycznych, zmuszonych do ucieczki i praktycznie rozbite społeczeństwo obywatelskie. Na Białorusi są jeszcze pewne możliwości pracy, a tam ich praktycznie nie ma. Jak widać, są to różne kraje. I unijne instrumenty współpracy z tymi krajami powinny uwzględniać różny stopień zainteresowania współpracą. Wydaje mi się, że urzędnicy unijni – ci, którzy brali udział w szczycie – rozumieją to. Dlatego myślę, że niezadowolenie jest u wszystkich, w tym na Białorusi, bo np. nie otrzymano sygnału poprawy stosunków ekonomicznych z Unią Europejską. Ale nie można było go otrzymać, bo nawet i my przestrzegaliśmy polityków europejskich przed zmianą stosunku wobec Białorusi – są określone ramy i wymagania – zanim nie zmieni się sytuacja w samej Białorusi. Inaczej po prostu przekreśla się wszystkie moralne zasady, wartości, do których apelowano w czasie, gdy byliśmy…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

