Studia pani Krystyny na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wileńskiego w 1949 roku były również przerwane właśnie z tego powodu – w marcu tamtego roku została ona zesłana wraz z matką do obwodu irkuckiego. Dziś pani Krystyna odniosła się do wydarzeń swojego życia sprzed ponad 70 lat i podzieliła się swoimi wspomnieniami o Wilnie, studiach, zesłaniu i powrocie. Uniwersytet Wileński: Czy często pani dziś odwiedza Wilno i czy często pani je wspomina? Krystyna Rzewuska: W Wilnie bywam bardzo często, bo mam jeszcze koleżanki z gimnazjum, które tam mieszkają, więc mam się gdzie zatrzymać i z kim rozmawiać. Poza tym, tereny wileńskie i podwileńskie są mi dobrze znane, więc zawsze z taką łezką w oku jadę tam. Jakie jest najjaskrawsze wspomnienie z dzieciństwa, które utkwiło w pani pamięci do dziś? Chyba to, że byłam na pogrzebie serca Józefa Piłsudskiego. Chociaż byłam wtedy malutka i wspomnienia nie są najjaskrawsze, jednak pamiętam tłum ludzi i zamieszanie na ulicach miasta. Które miejsca w Wilnie z czasów młodości pamięta pani najlepiej? Które miejsca w Wilnie są dla pani najważniejsze? Najpiękniejsze i najlepsze wspomnienia zachowały się ze Zwierzyńca. Urodziłam się tam, nad samą rzeką, gdzie obecnie znajduje się drugi most (ob. Liubarto tiltas, Most Lubarta – przyp. aut.). Kiedyś był tam dom, w którym mieszkałam. Kiedy jednak budowali wspomniany most, dom został zburzony. Na Zwierzyńcu było bardzo ciekawie, bo na Grodzkiej (ob. Liubarto gatvė, ulica Lubarta), gdzie mieszkałam, była kenesa (karaimski dom modlitwy), był piękny kościół prawosławny nad Wilią, a w Sołtaniszkach był kościół katolicki. Ponieważ mieszkali tam ludzie o różnych poglądach, różnych religiach, więc każdy mógł znaleźć dla siebie miejsce. Poza tym, na ulicy, na której mieszkałam, była górka i były sosny. Zimą zjeżdżaliśmy na sankach z tej górki, aż dojeżdżaliśmy do samej kenesy. Tak więc Zwierzyniec był chyba najpiękniejszą dzielnicą Wilna i pewnie taki pozostał, przynajmniej tak mi się wydaje. Natomiast moja szkoła była dość daleko od domu, bo chodziłam do Sióstr Nazaretanek na Podgórnej. Jak wspomina pani swoją rodzinę? Jaki był ich los? O swoich rodzicach pamiętam wszystko. Tata poszedł na wojnę w sierpniu 1939 roku i trafił do rosyjskiego obozu jenieckiego. Na początku II wojny światowej dołączył do Armii Andersa i z nią udał się do Iraku, do Iranu, walczyli pod Monte Cassino. I wreszcie znalazł się w Londynie, gdzie się z nim spotykałam. Mój brat opuścił Wilno w 1946 roku z ówczesną wielką falą emigracji. Pojechał do Gdańska i tam zamieszkał. Moja mama…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

