Smak lemoniady Wostok Podczas gdy przez ulicę przejeżdża sześć czołgów, Abdu i jego kumple oglądają w sklepie lodówkę. Nie starczy im pieniędzy. Młodzi chłopcy pochodzą z Syrii, mieszkają tutaj w centrum integracji dla uchodźców. Blondynek Abdu opowiada, uśmiechając się przyjacielsko, że jego matka wychowała się w sąsiedniej Białorusi i przyjechała później do jego ojca w Aleppo. Kiedy wojna robiła się coraz bardziej niszczycielska, jego rodzice uciekli z nim i jego rodzeństwem. Po paru miesiącach spędzonych w niemieckim domu dla ubiegających się o azyl zostali wysłani na Litwę dzięki unijnemu programowi rozdzielania uchodźców. Abdu w Rukli się podoba. „Tu jest pięknie. Rozumiemy się dobrze” - mówi i ma na myśli dzieci uchodźców, które między sobą rozmawiają po arabsku. „W szkole nauczyciele rozmawiają z nami po litewsku. Ja coś rozumiem, ale inni w ogóle nic”. Wjazd do Rukli. Zdj. Nils Mohr. Żołnierze Bundeswehry wciąż biegają spoceni dwójkami przez Ruklę. Chłopcy wałęsają się po tyłach osiedla wojskowego. Bloki mieszkalne wznieśli sowieccy żołnierze w środku sosnowego lasu, który od ośmiu dekad służy jako miejsce manewrów: w latach trzydziestych ubiegłego stulecia litewskiej armii, do sowieckiej okupacji, która zaczęła się tutaj w 1940 roku. Rok później Wehrmacht zajął Litwę. Od 1944 roku aż do początku lat dziewięćdziesiątych Rukla była znów sowiecką bazą wojskową. A teraz do trzech jednostek armii litewskiej dochodzi batalion NATO. Litwa zobowiązała się przyjąć 1105 uchodźców. Do tej pory z obszarów wojennych na Bliskim Wschodzie przyjechało do kraju liczącego mniej niż trzy miliony mieszkańców 468 osób. Większość z nich zdążyła już opuścić Litwę. W 2016 roku donoszono na Litwie o spektakularnej akcji 32 Syryjczyków i trzech Irakijczyków, którzy w listopadzie wynajęli bus, by na własną rękę dotrzeć do „ziemi obiecanej” – do Niemiec. Szesnastu skierowano ponownie z Niemiec na Litwę, bo ich prawo pobytu w ramach Unii Europejskiej powiązane jest z konkretnym państwem. Dzieci uchodźców w Rukli. Zdj. Nils Mohr. Z Rukli do oddalonego o siedem kilometrów Janowa jeździ autobus. Wszędzie w liczącym 28 tysięcy mieszkańców mieście parkują wypucowane audi i volkswageny – używane samochody z Niemiec. Nawet pojemniki na śmieci nazywają się tutaj Otto i powstały w Neuruppin. Mieszkańcy Janowa mogą kupować w nowym Lidlu ser z Coburga i sałatkę mięsną z Neckarsulm. Za kasą stoi starsza pani w okularach przeciwsłonecznych, jedyna osoba w supermarkecie, która uśmiecha się. „Niech Pan podejdzie, pokażę Panu drogę do centrum. Z Kowna do Janowa przeprowadziłam się dla spacerów!”.…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

