Martin Helme urodził się w 1976 roku w Tallinnie. Kształcił się na studiach historycznych na Uniwersytecie w Tartu. W młodości pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w tym na placówkach w Bonn i w Kijowie. W 2003 roku był twarzą kampanii przeciwko wejściu Estonii do Unii Europejskiej. Został zatrudniony jako nauczyciel historii, wiedzy o społeczeństwie, a także filozofii. Sprawował funkcję redaktora w dziale zagranicznym portalu delfi.ee. W 2012 roku przystąpił do Estońskiej Konserwatywnej Partii Ludowej (EKRE), która sytuuje się na prawo od dotychczasowych ugrupowań i deklaruje się jako partia nacjonalistyczna. Został jej wiceprzewodniczącym. W wyborach w 2015 roku uzyskał mandat posła do Riigikogu, dwa lata później także radnego Tallinna. W parlamencie został szefem frakcji nacjonalistów. Interesuje się jazzem i sportem. Jego ojciec Mart Helme jest szefem EKRE, jej kandydatem na premiera po wyborach w 2019 r., a także byłym ambasadorem w Moskwie. Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Rozmowę na temat Pańskiej partii EKRE chciałbym zacząć od spraw historycznych. Parę tygodni temu w miejscowości Ambla przy waszym poparciu odsłonięto pomnik adwokata Artura Sirka, przedwojennego nacjonalisty, przywódcy ruchu „wabsów”, opozycyjnego wobec mniej radykalnej prawicowej dyktatury Konstantina Pätsa, ostatniego prezydenta Estonii przed okupacją sowiecką. Czy wy odwołujecie się do ruchu wabsów? Martin Helme: Uroczystości w Ambla nawiązywały po prostu do naszego rozumienia historii, kto był w niej dobry, a kto nie miał racji. Chcę przypomnieć, że po estońskiej wojnie o niepodległość w latach 1918-1920 organizacja weteranów, czyli „wabsowie” – ich nazwa wywodzi się od słowa „vabaduse”, a więc „wolność” – stała się ruchem politycznym. Jego ideologia była patriotyczna, nacjonalistyczna, choć dziś pewnie nazwani by zostali „populistami”. Kiedy w latach trzydziestych nastąpił kryzys gospodarczy, ich popularność wzrosła do parudziesięciu procent. Wabsowie wygrywali wybory lokalne, działali także na rzecz reformy systemu politycznego, by stworzyć silny urząd głowy państwa. Bo wcześniej Estonia miała system z dominacją parlamentu, gdzie nie było nawet urzędu prezydenta. Jednak wszyscy zjednoczyli się przeciwko wabsom, wszystkie najważniejsze ugrupowania, zaczynając od socjaldemokratów, poprzez agrarystów, kończąc zaś na prawicy. W końcu w marcu 1934 roku doszło do puczu wojskowego, który wyniósł Konstantina Pätsa do roli prezydenta. Wabsowie zostali wtedy poddani represjom. W drugiej połowie lat trzydziestych Estonia nie była już wolnym krajem, co wpłynęło także na jej sytuację po wybuchu II wojny światowej. W 1939 roku Konstantin Päts zaakceptował ultimatum sowieckie, w wyniku którego na terenie Estonii pojawiły się sowieckie wojska. W czerwcu 1940 roku Estończycy oddali swój kraj bez jednego wystrzału. Uważam, że gdyby wtedy…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

