Właśnie w ten sposób ja, który wyrosłem na Karolince (dzielnica Wilna – przyp. red.), w dzieciństwie prowadzony obowiązkowo za rączkę do ówczesnej Galerii Obrazów w Katedrze, do nieskończonych barokowych cudów św. Piotra i Pawła – było ich zawsze zbyt dużo, abym mógł ogarnąć je dziecięcymi myślami, w pamięci zachowywałem jedynie uczucie wirującego chaosu białych stworzeń i form – stąpający posłusznie zaśnieżonymi alejkami przy grobie Jonasa Basanavičiusa z okazji 16 lutego, gdzie oglądający się przez ramię ludzie rzędami wynurzali się z ciszy i gęstnieli nagle w niewielki milczący tłum przy oświetlonym tysiącem zniczy pagórku, i wszystkie te wydarzenia były niesamowite, po dziecinnemu ważne w tamtym czasie, gdy brało się w nich udział, ale zarazem były częścią jakiegoś obcego świata dorosłych, bo tylko oni wiedzieli, dlaczego tak ważne jest, by iść zimą dwa kilometry do grobu na cmentarzu na Rossie – koniec końców wszystko to z czasem splotło się w niejasną, zlewającą się materię, złożoną z zapamiętanych obrazów, uczuć i fantazji, tak zwane „wspomnienia z dzieciństwa” – w ich prawdziwość i wiarygodność czasem sam mocno powątpiewałem – aż w końcu z nadejściem wieku dojrzewania odnalazłem ten świat dzieciństwa już w nowej formie, już jako moje miasto, jako nikomu nieznany, przez nikogo nie widziany nowy świat, kiedy Stare Miasto stało się dla mnie oazą, egzystencjalną alternatywą dla betonowej i pozbawionej struktury rzeczywistości sowieckiego osiedla. Próbowałem dostać się do tej oazy w każde wolne popołudnie – czy niekoniecznie wolne: wolność można było zdobyć sobie samemu, uciekając z lekcji. Stare Miasto było właśnie przestrzenią wolności – wolności nie tylko od odpychających szkolnych rytuałów i nudy obowiązków narzuconych przez świat dorosłych, ale i wolności od nieuniknionej sowieckiej rzeczywistości, od szarych i smutnych portretów członków Biura Politycznego w pokoju nauczycielskim, od złudzenia, wciskającego się przez wszystkie otwory, że niemożliwa jest żadna inna, a tylko ta pełna betonowej szarości i brutalności, sama się okłamująca, sama sobie nie wierząca, straszliwa i nędzna rzeczywistość radzieckiego społeczeństwa. Stare Miasto było dowodem, że życie może być inne, niż głosi to radio, podręczniki tudzież owa postawa tchórzliwego i cynicznego przystosowania, którą nie tyle słowami, ile gestem i intonacją głosu transmitowała większość poznanych osób dorosłych. Wspomniałem, że Stare Miasto było dowodem na możliwość innego życia. Możliwość innego życia zakłada wolność wyboru – a z wolnego wyboru rodzi się inny nurt czasu, inna historia, alternatywna wobec konieczności materializmu historycznego. Ta alternatywa obejmowała zarówno przeszłość, wypełnioną zupełnie innymi wartościami i innymi znaczeniami, niż twierdziły oficjalne podręczniki…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

