Mniej więcej rok temu idąc Krakowskim Przedmieściem przypadkiem trafiłam na wystawę zatytułowaną „Najdalsze Krańce Polski”. Autorzy postanowili poświęcić ją głównie Szczecinowi: historii „przywracania do macierzy” miasta, powojennemu formowaniu się administracji, strajkom. Moja szczecińska duma została z jednej strony połechtana, z drugiej obrażona. Połechtana, bo niewiele w „Centrali” (tak moja świętej pamięci Babcia mówiła na Polskę centralną) wie się i mówi o moim ukochanym mieście. Obrażona, bo przecież nie jest to najdalszy kraniec Polski! Jest jeszcze Świnoujście i cały archipelag wokół. Świnoujście zawsze było dla mnie słowem-wytrychem. Kiedy w Bieszczadach moja odpowiedź na pytanie: „skąd jestem?” wprawiała rozmówców w zaskoczenie zmieszane z lekkim podziwem (tyle kilometrów, dalej się nie da!), zawsze skromnie odpowiadałam „Jest jeszcze Świnoujście”. Dość często (choć nie zawsze)…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

