„Niegłośno” stanęło na skrzyżowaniu dwóch moich pasji – bałtyckiej i literackiej. Dotychczas z kręgu łotewskiej poezji czytałem tylko „Niosłem ci kanapeczkę” Kārlisa Vērdiņša w przekładzie Jacka Dehnela (dokonanym we współpracy z autorem podczas warsztatów translatorskich) i „ale nie to” Siemiona Chanina spolszone z języka rosyjskiego przez Bohdana Zadurę. Powyższe książki, obydwie wydane przez Biuro Literackie, nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Nawet już za bardzo nie pamiętam, co w nich było. Z tym większą ciekawością zabrałem się za lekturę utworów Timofiejewa. „Niegłośno” czyta się sprawnie i komfortowo, z czego ktoś mógłby zrobić zarzut, a inny ktoś – walor. Poeta żyje za pan brat z językiem potocznym, czemu daje wszelkie możliwe wyrazy. Nie bawi się w eksperymenty znaczeniowe. Celowo rozrzedza tkankę znaczeniową. Widzę to tak, jakby bardzo silnie chciał nawiązać znajomość (albo i jakiś pakt, braterstwo, koleżeństwo) z czytelnikiem. Łotewski autor stara się rozegrać komunika...
Pozostało jeszcze 87% artykułu.
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!
Zyskaj dostęp do setek eksperckich artykułów poświęconych państwom regionu Morza Bałtyckiego.


