Mark Rothko, jeden z ważniejszych twórców ekspresjonizmu abstrakcyjnego nie był Łotyszem, mimo tego, że w spektaklu słychać go mówiącego po łotewsku (jego rolę świetnie odgrywa Juris Bartkevičs). Był Żydem urodzonym w Daugavpils, mieście nazywanym po polsku Dyneburgiem lub Dźwińskiem. Siedem lat po urodzeniu Marka rodzina Rothkowitzów wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych i to z tym krajem będzie się utożsamiał sławny malarz. Pamięć Łotyszy do Rothki jest jednak niesamowita. W 2013 roku w dyneburskich fortyfikacjach otwarto Centrum Sztuki Marka Rothki – wspaniałą nowoczesną galerię, posiadającą unikatową kolekcję prac patrona oraz miejsce ciekawych wystaw czasowych. Spektakl "Rohtko" reż. Łukasz Twarkowski. Zdj. Artūrs Pavlovs / Dailes teātris. Scenariusz sztuki napisany przez Ankę Herbut, zinscenizowany na obydwu scenach – polskiej i łotewskiej – przez Łukasza Twarkowskiego nie jest prostą biografią, a jednak poboczną stawką, którą przed sobą stawia (i którą osiąga) jest zmierzenie się z postacią mistrza ekspresjonizmu abstrakcyjnego. Cel ten udaje się zdobyć podczas kilku scen, w których tytułowej postaci oddaje się głos w realistycznych, niespiesznie toczonych dialogach. Amerykański malarz dochodzi jednak do głosu także w inny sposób. Mistrzowska technologicznie i estetycznie scenografia, której konfiguracja stróżuje rytmowi spektaklu, starała się z całkiem niezłym skutkiem oddać językiem sceny to, co swoimi monochromatycznymi obrazami chciał przekazać Mark Rothko. Pomiędzy „mansjonami” umieszczanymi na scenie, i odtwarzającymi legendarny dla amerykańskiej elity art worldu nowojorski lokal, krążyli kamerzyści, dzięki którym, w zaskakująco świetnej jakości obrazu, widz mógł na ekranie ponad sceną zobaczyć akcję sztuki z bliska. Scenografia bowiem, misternie rozplanowana przez Francuza Fabiena Lédé (znanego z wcześniejszej współpracy z polskimi galeriami i teatrami) wraz z niezapomnianą reżyserią światła Litwina, Eugenijusa Sabaliauskasa, zdaje się tu być podstawową tkanką tworzywa teatralnego. Takiego właśnie teatru szukam, skupionego na plastyce, na empirycznym doświadczeniu przekazywanym widzowi. Zapytać można całkiem zasadnie, czym są te cztery godziny, skoro ten czas się nijak nie dłuży. Tuż przed przerwą kontemplacyjna scena w takt kalorycznej muzyki Ludomira Grzelaka trwa może i dwadzieścia minut. Ma w sobie jednak taką upajającą moc, że tę sekwencję teatralnego ruchu można oglądać długo. Publiczność wcale nie zrywa się na przerwę po półtoragodzinnej pierwszej części do czasu, aż na scenie przestaje dziać się cokolwiek. Konia z rzędem temu, kto będzie umiał w taki sposób zdobyć teatralną widownię. Spektakl "Rohtko" reż. Łukasz Twarkowski. Zdj. Artūrs Pavlovs / Dailes teātris. Pomiędzy estetycznymi kontemplacyjnymi dłużyznami odbywały się knajpiane rozmowy eksplorujące czołowy temat inscenizowanego tekstu. Wewnątrz ustawionej na scenie galerii sztuki…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

