W czasie wojny na Zalewie Szczecińskim nie łowiono. W tym czasie nagromadziła się tam ogromna ilość ryb. Osadnicy, którzy przybywali tu z odległych stron mieli za to ogromny problem z dostępem do żywności. Pożywne, bogate w białko ryby zaspokajały te potrzeby. Pan Józef, rybak z Karsiboru opowiadał nam: „Węgorza było dużo… jak ja rybaczyłem to 1 maja miałem 1360 kilo, 2 maja 900 kilo, 3 maja 700 kilo. Jednego miesiąca my zdali ponad 13 ton ryby! A jeden handlarz przyjeżdżał wołgą i daliśmy mu 480 kilogramów ryby. To auto aż było krzywe! Tam gdzie kierowca siedział na przodzie to wór 180 kilo miał… A ten handlarz płacił nam 4 złote za kilogram. Wtedy inna ryba się nie liczyła tylko węgorz… Ryby było bardzo dużo…”.
Nic dziwnego, że rybaczenie zaczęło być w tym okresie postrzegane nie tylko jako szansa na wyżywienie siebie i rodziny, ale również na wzbogacenie. Ludzie, którzy pamiętają tamte czasy wspominają, że rybacy dość szybko zaczęli wyróżniać się statusem materialnym. Choć zawód ten do łatwych nigdy nie należał. Anatol Drywa, autor wspomnień zatytułowanych „Na Zalewie Szczecińskim” (1975) pisał: „w sezonie zarabiałem trzykrotnie więcej aniżeli na wyspie w Gdańskim Urzędzie Morskim. Praca była ciężka i mozolna. Hartowała młodego człowieka podczas jesiennych sztormów i mgieł. Wyrywane przez żywioł żaki stawiane były ponownie, łącznie z przestawami żakowymi. Nikt się nie zrażał dodatkowymi niezapłaconymi robotami i nocowaniem pod gołym niebem na wyspie pod latarniami, gdy nagły sztorm nie pozwalał wracać do portu macierzystego. Dopiero teraz naprawdę poznałem trudny i niebezpieczny zawód rybaka. (…) Zarobek uzyskany w sezonie wystarczał w zupełności do nowego sezonu wiosennego, a nawet dłużej!”.
Taki zawód zaczął przyciągać na wyspy kolejnych śmiałków, którzy liczyli na dobry zarobek. Na dłużej byli w stanie pozostać przy nim jednak tylko najwytrwalsi i najdzielniejsi. Nic dziwnego, że z czasem ten rybacki świat zwrócił uwagę ówczesnych poszukiwaczy przygód oraz literatów. Stanisław Telega napisze później, że był to świat, w którym „rybacy są jednocześnie rolnikami, myśliwymi, a przede wszystkim namiętnymi kłusownikami i piratami wodnymi, płynącymi na połowy nie tylko ze sprzętem rybackim, ale i z flinta czy wnykami na zające. (…) Była to dzika trochę, żywiołowa i niespokojna nowa społeczność, tkwiąca po uszy, po sam rdzeń swych namiętności w rybołówstwie pojętym bardzo osobliwie i bardzo powoli wytwarzająca nową tradycję i moralność rybacką” (S. Telega, Odkrycie Bałtyku w literaturze, 1970).
Najciekawiej nasz region przedstawili w swych opowiadaniach Czesław Schabowski oraz Jan Papuga. Pierwszy dużą część roku…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Dołącz do naszej społeczności. Dzięki Twojej prenumeracie rozwijamy portal i publikujemy nowe artykuły.

