Sytuacje, które rozgrywają się w wierszach Grajauskasa nie są ani intymną liryką konfesyjną, ani reporterskim podglądaniem życia, chociaż wiele tekstów kieruje na obydwa te tropy. Rozbieżność trybów mówienia oraz krajobraz opowiadanych historii sugeruje, że składające się na imaginarium wypowiedzi i obrazy nie zostawiają wątpliwości wobec swojej syntetyczności. Są takie tony poetyckie, które zawstydzają mnie swoją bezpośredniością, są i takie, które nie dają mi spokoju, gdzie się kończy źródłowość, a zaczyna kreacja. Tu jest coś innego. Tu jest miasto, a w nim jego tętno, którego jakiś poblask chce poeta przekazać tym, którzy będą go czytać. Grajauskas śmiało tworzy swoje historie niemal na moich oczach. Igranie z banałem, po które sięga on chętnie, odnajduję jako środek budujący właśnie ten sposób tworzenia sytuacji lirycznej. Ciężko jest znaleźć jakąś jedną stawkę, o którą walczyłby Grauajskas tą książką. Nie ma jednej osi, która skupiałaby jego imaginarium. Trudno tu o wiersze, które rozkładałyby czytelnika na łopatki, starając się wywrzeć na nim konkretne wrażenie. To poezja towarzyszenia, która zapewne z towarzyszenia wyrosła. Jak cień oddaje ona z wielką precyzją sylwetki - ale jedynie w konturze. Jednak stanowiące książkę wiersze nie są ani abstrakcyjne, ani brnące w bezpostaciową medytacyjność. Ich wskazanie w najdobitniejszy sposób zmierza w kierunku absurdu,…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

