Paweł Żemojcin: Nie karmmy wileńskich Polaków disco polo

-

Trzeba zaznaczyć, że nie ma nic gorszego niż Polacy z Warszawy, którzy chcą decydować o losie Polaków z Wilna. Polacy z Korony często nie chcą dowiedzieć się, jaka jest realna sytuacja, nie mają odpowiedniego oglądu. Gorzej, oni często nie chcą pytać lokalnych działaczy z Wileńszczyzny, co oni myślą. Co do disco polo. Każdy styl muzyczny może istnieć. Można wybierać jak w supermarkecie. Ale narzucać disco polo? Czy my żyjemy w Związku Sowieckim? Niech każdy decyduje, czego chce słuchać – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim wileński muzyk i impresario Paweł Żemojcin, kandydujący w wyborach samorządowych z listy Litewskiego Związku Wolności.

Paweł Żemojcin. Zdj. Profil Pawła Żemojcina na Facebooku.

Paweł Żemojcin urodził się w 1986 roku w Sużanach na Wileńszczyźnie. Kształcił się na Wydziale Sztuki Kolegium Wileńskiego, a także w Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru. W 2011 roku wraz z siostrą Katarzyną Żemojcin założył zespół StaraNova WNO, grający w stylu new folk, world music. Trzy lata później znalazł się wśród założycieli Polskiego Klubu Dyskusyjnego w Wilnie. W 2017 r. założył firmę „Polskie imprezy na Litwie” („Lenkiški renginiai Lietuvoje”), której jest prezesem. Organizuje koncerty polskich zespołów na Wileńszczyźnie. Angażuje się także na rzecz Społecznego Komitetu Opieki nad Starą Rossą. Przez ostatnie lata brał udział w życiu politycznym Litwy, zaczynając od Ruchu Liberałów, poprzez lewicę, a kończąc na Litewskim Związku Wolności.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Powiedz mi w jakiej Ty jesteś teraz partii, bo się zupełnie pogubiłem?

Paweł Żemojcin: Nie jestem w żadnej partii. Kandyduję z listy Artūrasa Zuokasa w Wilnie. Jestem na trzydziestym pierwszym miejscu ze stu dwu.

Ale miałeś już bogatą historię partyjną, która zaczęła się od Ruchu Liberałów.

Niestety trafiłem na zły moment polityczny na Litwie. Działałem aktywnie w partii Egidijusa Masiulisa, wraz z Julią Mackiewicz pracowałem w Komitecie ds. Mniejszości Narodowych. Udawało nam się robić fajne rzeczy. Pod koniec 2015 r. zaproponowano mi formalne wstąpienie do partii, zgodziłem się. Niestety wybuchł skandal korupcyjny Masiulisa, więc po dwóch tygodniach od tego wydarzenia zdecydowałem, że moje miejsce jest poza Ruchem Liberałów. Był zresztą z tego duży problem. Później Robert Duchniewicz, szef Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej w rejonie wileńskim, namówił mnie, żeby przyjść na ich spotkanie. Ja mówiłem mu: „nie chcę do żadnej partii, koniec z działalnością polityczną”. Ale Robert nalegał i się zdecydowałem. Tak naprawdę zrobiliśmy z Duchniewiczem o wiele więcej rzeczy niż udało mi się zrobić w Ruchu Liberałów. Pracowałem z nim nad planem kulturalnym dla rejonu wileńskiego, dałem mu dużo rad, odnośnie ośrodków kultury, reorganizacji, która została przeprowadzona bardzo nieefektywnie. Rejon wileński jako jeden z ostatnich rejonów na Litwie był zmuszony w 2013 r. do tej reorganizacji. Wszystko było jednak na papierze. Ja przedstawiłem Robertowi plan, on włączył go do programu socjaldemokracji.

Przeczytaj także:  Robert Duchniewicz: nie tylko AWPL może rozwiązywać problemy Wileńszczyzny

Później szybko opuściłeś partię Duchniewicza.

Niestety pół roku po moim wstąpieniu rozpadła się Litewska Partia Socjaldemokratyczna, podzieliła się na ugrupowania Kirkilasa i Paluckasa.

Ty wybrałeś Kirkilasa i jego Litewską Socjaldemokratyczną Partię Pracy.

Przyczyną był brak dialogu w partii Gintautasa Paluckasa. On ma bardzo duży minus, nie zauważa aktywnych ludzi, którzy chcą coś zrobić i mogą być pożyteczni. Chodzi o takich ludzi jak ja. Ja nie miałem możliwości, by złożyć Paluckasowi jakieś propozycje, choć miałem pomysły.

Rozmawiałeś o tym z Robertem Duchniewiczem?

Tak, ale Robert sam nic nie mógł zrobić przez pół roku. Ja powiedziałem: „Robert, przepraszam, ale ja nie mogę więcej być w tej partii”.

Czułeś się odtrącony przez Paluckasa?

Jasne, wiele razy próbowałem rozmawiać i on nigdy nie miał czasu. Dla niego sprawy mniejszości narodowych wcale nie są takie ważne, jak mówi.

Przeczytaj także:  Gintautas Paluckas: Litewska socjaldemokracja musi wrócić do swoich podstawowych wartości

Litewska Partia Socjaldemokratyczna przygotowała projekt ustawy o mniejszościach narodowych.

Ale to jest zasługa Roberta Duchniewicza i Aleksandra Radczenki, a nie Gintautasa Paluckasa. Ten pierwszy zajmował się w partii lobbingiem na rzecz mniejszości narodowych. O czym my mówimy, jeśli w ugrupowaniu lewicowym za prawami mniejszości trzeba lobbować? On powinien był przyjść bezpośrednio do Paluckasa, a nie lobbować. Zrobić tak jak ja, gdy przyszedłem do Zuokasa. Ten od razu zgodził się na mój program kulturalny dla Wilna. Niestety Paluckas nie był otwarty.

Przeczytaj także:  Aleksander Radczenko: dla mniejszości w Wilnie najważniejsze są szkoły

Kirkilas przekonał Cię jako polityk do siebie?

Nie, przez parę miesięcy próbowałem coś zrobić, ale to nie miało sensu. Powiedziałem sobie, że nie wejdę już do żadnej partii. Jednak w końcu skontaktowali się ze mną ludzie Artūrasa Zuokasa. Spotkanie było na początku grudnia 2018 r. Już teraz mamy jego rezultaty. W Wilnie skończyła się w tej kadencji strategia miasta, a Zuokas ma dobrą inicjatywę: „Wilno 2035”. Mogę powiedzieć, że do tej strategii Zuokasa udało nam się wpisać sprawy mniejszości narodowych. Obecnie rusza grupa robocza ludzi, którzy będą pracować nad planem dla mniejszości, a więc kultura, biznes, innowacje, szkolnictwo. Uważam, że ustawa o mniejszościach jest ważna, ale nasz plan jest bardziej konkretny. Jeśli Zuokas wygra, będzie go realizować.

Remigijus Šimašius stara się uchodzić za mera przyjaznego mniejszościom.

Ale to jest głównie PR, odsłanianie tabliczek…

Przeczytaj także:  Wileńskie ulice przyjaźni

Ale co konkretnego zrobi Zuokas?

Ja już coś zaproponowałem. Obecnie wszystkie projekty kulturalne mniejszości narodowych w Wilnie trafią do jednej puli, w ramach której muszą konkurować. My chcemy zrobić oddzielną pulę dla mniejszości, regularnie przeznaczać na ten cel jakiś budżet. Druga sprawa to projekty priorytetowe, które będą każdego roku, kiedy będzie można ubiegać się o większe kwoty niż obecnie, a więc 800-1000 euro. My mówimy o kwotach rzędu 15-30 tysięcy euro na jeden duży projekt.

Wraz ze Zuokasem chcemy zadbać o rejony, gdzie mieszkają mniejszości narodowe, a więc o Nową Wilejkę i Grzegorzewo. Obecnie te dzielnice mają spore problemy. Na razie niewiele tam się dzieje.

Co chcecie zrobić konkretnego dla Nowej Wilejki?

Przede wszystkim tam jest problem z infrastrukturą. Druga sprawa to transport miejski, dojazd do tej dzielnicy. Na dzień dzisiejszy nie mogę jednak podawać konkretów naszego planu.

Remigijus Šimašius Ci się nie podoba jako mer?

Sam go popierałem w 2015 r., agitowałem za nim. Jak został merem, to ja jeszcze byłem przez pół roku członkiem partii. Pisałem do niego, korespondowałem, a on to wszystko ignorował. Dlatego denerwuje mnie, że teraz przychodzi do Polskiego Klubu Dyskusyjnego i chce rozmawiać o sprawach mniejszości.

Zuokas wypadł lepiej podczas ostatniej debaty w Polskim Klubie Dyskusyjnym?

To jest człowiek intelektualista, bardzo mądry, on nie rzuca obietnic, bardziej pewne wizje. Obiecać można dużo jak Remigijus Šimašius i nic nie zrobić. Ja chciałem się dowiedzieć, czy Zuokas rzeczywiście traktuje mnie poważnie. Nie chcę, by powtórzyła się sytuacja z 2015 r., gdy agitowałem za Šimašiusem, a później ludzie mieli do mnie pretensje. Zuokas jest jednak solidnym facetem. Jeśli wygra wybory, wszystko będzie realizowane. Jestem co do tego przekonany.

Jesteś na 31 miejscu. To kiepsko.

Nie powiedziałbym.

Ewelina Dobrowolska jest na 18, to lepiej.

Ale jest na 18 miejscu z 60 kandydatów, zaś u Zuokasa jest 102 kandydatów.

Uważasz, że to jest dobre miejsce?

Absolutnie.

Żeby dostać się do rady, musiałbyś być na lepszym miejscu.

Ale moim celem nie jest być za wszelką cenę w radzie. Ja chcę coś osiągnąć dla mniejszości, ale mogę to robić także poza radą wileńską. Nie rwę się za wszelką cenę do samorządu, jak inni polscy kandydaci.

Ilu jest przedstawicieli mniejszości narodowych na liście Zuokasa?

Jest jeszcze dwóch Polaków, nie znam ich jednak osobiście. Z Rosjan są kandydaci, ale nie jest ich dużo. Cała Frakcja Polska przy Związku Wolności Litwy odeszła do wileńskiego komitetu „Lokys”.

Przeczytaj także:  Rajmund Klonowski: środki unijne nie powinny być dla wilnian złotym cielcem

Gdybyś dostał się do rady miasta, to Twoimi priorytetami…

…są kultura, oświata, innowacyjność, start-upy. Wszystko dla mniejszości narodowych. Nawet jak się nie dostanę do rady, będę to robił. Sprawy społeczne są także ważne, ale o to samorząd stara się od wielu lat, skutecznie walczy z ubóstwem.

Jesteś osobą z Niemenczyna, czujesz się bardziej związany z rejonem wileńskim czy stolicą?

Jestem człowiekiem z Wileńszczyzny. Nie dzielę jej na Wilno, Niemenczyn, Soleczniki czy Troki. Dla mnie ważni są wszyscy ludzie, niezależnie, gdzie mieszkają. Ja pomagałem w rejonie trockim, w sprawach kulturowych, miałem bardzo dobre pomysły. Rejon solecznicki mnie kocha i lubi, trocki mnie lubi, mamy bardzo dobre relacje. Ale rejon wileński… tutaj jestem wrogiem numer jeden dla Akcji Wyborczej Polaków na Litwie. Dlaczego, tego nie wiem.

Ciężko być prorokiem we własnym kraju. Powiedz, jaki jest stan kultury polskiej na Wileńszczyźnie?

Polepsza się, ale bardzo powoli.

Co to oznacza?

To się dzieje m.in. dzięki moim radom. Ja mam duże zasługi, wcale się nie chwalę. Ale kulturę w Wileńszczyźnie trzeba podzielić na folklor i kulturę masową. Z tym pierwszym nigdy nie mieliśmy problemu, bo już w 1990 r. decydenci postawili na folklor, kulturę ludową. Wyłącznie z Wileńszczyzny. Ta tendencja jest do dziś, ona wiele zniszczyła. Zadziałała negatywnie. Później pojawiła się przez to rusyfikacja. Gdyby w Polsce był tylko folklor, ludzie też zaczęliby oglądać telewizję rosyjską.

Może rządząca Wileńszczyzną AWPL-ZChR ma rację? Polacy na Litwie to klasa ludowa, w 1945 r. Wilno i Kowno, a więc dwa duże miasta, wyjechały do Polski.

Ja sam działałem w zespołach folklorystycznych, zjeździłem z nimi całą Polskę. Tworzyłem zespoły ludowe na Wileńszczyźnie. Przytoczę przykład budowy domu. Folklor to jest podstawa, fundament. Ale dalej musimy budować ściany, a więc muzyka popowa, dach, a więc jazz. Musimy robić wyrównanie ścian, a więc muzyka poważna. Tymczasem u nas ludzi karmiono wyłącznie folklorem. Taka była polityka ludzi, którzy kreują budżety w rejonach. Nic się nie zmieniło do dzisiaj.

Politycy AWPL-ZChR nie lubią jazzu? Muzyki poważnej?

Ci, którzy decydują, nie rozumieją ani muzyki klasycznej, ani jazzu. Oni słuchają Russkoje radio. Nie twierdzę, że kultura rosyjska jest zła, ale nie można się na niej ciągle opierać.

To, że AWPL-ZChR postawiła na folklor, to brak kompetencji…

Oraz pewna tendencyjność. Po 1990 r. głoszono, że Litwini nas zeżrą, nie trzeba się uczyć litewskiego, że zawsze tylko folklor, bo on nas uratuje, z Polaków na Wileńszczyźnie chcieli zrobić zombie… Nie było kultury masowej, która była potrzebna. Gdyby była, Polacy nie poszliby oglądać rosyjskich kanałów.

To tak samo jak z telewizją polską. Gdyby była, Polacy oswoiliby się z nią i nie zakochali w rosyjskich programach.

A teraz mamy skutki ostatniego dwudziestolecia.

Dobra, robisz w Niemenczynie koncert jazzowy.

Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie tego. Nikt nie przyjdzie. Chyba, że zaczniesz to robić jeden raz, później drugi, trzeci, czwarty. Wtedy ludzie się przyzwyczają.

Na początku przyjdzie dziesięć osób, później pięćdziesiąt, sto…

Ale politycy AWPL-ZChR w rejonach musieliby popracować. Nie chcę jednak ciągle krytykować tej partii. W rejonie solecznickim bardzo dobrze na rzecz kultury działa mer Zdzisław Palewicz. Organizuje koncerty Golców, Bratanków, Kombi, Zakopowera. To się dzieje każdego roku. On zebrał dobrą ekipę w rejonie. Tylko on to robił paręnaście lat.

Rejon wileński nie chciał?

W Solecznikach chcieli i mają. Jeśli jesteś inteligentny i oczytany, to także rządzisz inaczej. W rejonie wileńskim mamy zaś totalną dyktaturę. Wystarczy zobaczyć, kto zarządzał kulturą w rejonie wileńskim. Nie powiem nazwiska. Ale to nie była kultura, tylko kulturystyka.

Ja powiem to nazwisko, to Edmund Szot.

W AWPL-ZChR jest wiele rozsądnych, kreatywnych ludzi. Ale jak tylko pokazują swoją kreatywność, są wyrzucani na margines. Partia nie potrzebuje takich osób, nie potrzebuje idei, pomysłów. A wszystkim zarządza, jak w Korei Północnej, jedna osoba.

Chciałeś być w AWPL-ZChR?

To było piętnaście lat temu, jak byłem bardzo młody. Miałem swoje pomysły. Teraz nie ma o czym mówić.

Słuchaj, nie rozmawiajmy ciągle o polityce, chcę zapytać o Twoją organizację „Polskie imprezy na Litwie”.

W październiku 2018 r. świętowaliśmy rok od powstania.

Jakie są wasze największe osiągnięcia?

Wielkim osiągnięciem było siedem koncertów, w których uczestniczyło dziesięć tysięcy osób. Pierwszy koncert odbył się w październiku 2017 r., ostatnio w grudniu 2018 r.

W zeszłym roku było osiem imprez?

Zaprosiliśmy Ryszarda Rynkowskiego. Janusza Laskowskiego, Iwana Komarenkę. Przyjechał także Teatr Rozrywki z Chorzowa, który zaproponował w Wilnie bajkę o małym złomiarzu. Moja agencja wprowadza trendy na Wileńszczyźnie. Polacy na Litwie narzekali, że nie ma polskich bajek. Ja przywiozłem bajkę ze Śląska. Straciłem na tym dużo pieniędzy, ale osiągnąłem swój cel.

Jaka była reakcja publiczności wileńskiej?

Wspaniała, nie było wcześniej czegoś takiego. Teatr Rozrywki z Chorzowa to jest polska czołówka. W Polsce trendy dyktuje Górny Śląsk. Poziom na Wileńszczyźnie znacznie przez to wzrósł. Obecnie miejscowe teatry stawiają na dzieci.

Za chwilę będzie Enej. Nieznany na Litwie.

Nie powiedziałbym, „Radio znad Wilii” ich puszcza. Polacy na Litwie znają Eneja, oczywiście ci, którzy interesują się polską, a nie rosyjską muzyką.

Organizujesz polskie imprezy od dłuższego czasu, ale nie masz łatwej sytuacji na Wileńszczyźnie.

Niestety. Miałem nieprzyjemne przejścia z ambasadą polską w Wilnie. Organizowałem koncert Edyty Górniak z okazji 3 maja 2018 r. Niestety nie udało się, a ambasada oskarżała mnie o różne brzydkie rzeczy. Miałem niemiłą rozmowę z konsulem. Nie mamy poparcia ze strony Polski. Składamy wnioski o finansowanie do Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, ale nic z tego nie wynika. To bardzo dziwi, bo ogólny poziom organizowanego przeze mnie koncertu z okazji dnia konstytucji był bardzo dobry. Podobnie jak koncert z okazji Dnia Niepodległości 11 listopada.

Ty na koncertach nie zarabiasz, choć wypłacasz sobie co miesiąc pensję.

Chcę podkreślić, że „Polskie imprezy na Litwie” nie są projektem komercyjnym. My nie zarabiamy na naszych koncertach. Mamy status organizacji pożytku publicznego, po litewsku Viešoji įstaiga (VšĮ). Zaspokajamy potrzeby Polaków na Wileńszczyźnie. Państwo polskie musi skończyć z uznaniowym podziałem organizacji polskich na Litwie, na „lepsze” i „gorsze”. Nam mówi się: „sprzedajecie bilety, zarabiacie, nie wesprzemy was, bo macie pieniądze”. Tymczasem inne organizacje robią to samo, sprzedają bilety, a i tak dostają dofinansowanie z Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie. Mam na myśli choćby Dom Kultury Polskiej w Wilnie. Trzeba skończyć z tą obłudą, z podwójnym standardami.

Sprzedajecie bilety za dziesięć euro, ale ciężko na tym zarobić. Powiedz, ile kosztuje dobra polska impreza na Litwie?

W okolicy 25-30 tysięcy euro, czyli ok. 130 tys. złotych. Ściągnięcie dowolnego wykonawcy polskiego z wysokiej półki, to jest właśnie tyle, z czego płacimy około 45% na honorarium, reszta idzie na światło, nagłośnienie, wynajem sali, zapłacenie ZAIKS, catering, hotele, dojazdy. Do tego dochodzą podatki.

Tego wszystkiego nie da się sfinansować z biletów.

Nie da się. Panowie z Fundacji, którzy mówią, że jesteśmy spółką komercyjną, nie raczą nawet sprawdzić dokumentów. A my chcemy pokazać, że na jednym koncercie my zarobimy, a na inny musimy sporo dopłacić.

Żeby zasypać dziurę w budżecie.

Stosunek ambasady polskiej i Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie wobec mojej organizacji jest bardzo dziwny. Prezes Mikołaj Falkowski głośno deklaruje, że on wspiera kulturę na szeroko pojętą skalę. To nie jest prawda. Mówi jedno, robi zupełnie co innego. Mnie wiele razy mówił wprost, że nie uważa mojego działania za sensowne i nie będzie go wspierał. Dla kultury polskiej na Wileńszczyźnie obecnie nie ma miejsca.

Za miesiąc będzie koncert Eneja. Po ile będą bilety?

Od dziesięciu do czterdziestu euro. Za tę ostatnią kwotę mamy jedynie trzydzieści miejsc.

Zarobicie?

Ten koncert będzie bardzo dużą stratą. Napisałem oficjalny list do konsula Marcina Zieniewicza. Do tej pory nie dostałem odpowiedzi i chyba jej nie otrzymamy.

Może my zapytamy. Nie będziesz miał żadnego finansowania na Eneja?

Na dziś brakuje bardzo dużo pieniędzy.

A jest możliwość, że koncert się nie odbędzie?

Na pewno się odbędzie, nie ma mowy, by go odwoływać, ja zrobię wszystko, by się odbył. Mamy problem z dźwiękiem i światłem, a tego za darmo nikt nie zrobi. Może pozwolą mi opóźnić płatność.

Gdzie będzie koncert?

W Compensie.

Przed wywiadem mówiłeś mi, że za rok będzie koncert „Simply Red” w Kownie.

Tak, ale to już organizuję nie jako agencja „Polskie imprezy na Litwie”. Obecnie w mojej działalności mam bowiem dwa kierunki, jeden jest ogólny na Litwę, drugi na Wileńszczyznę. W ramach tego drugiego organizuję imprezy wyłącznie dla mniejszości narodowych.

Opowiedz, co z Twoją działalnością muzyczną, z zespołem „StaraNowa”?

Nie ma jej. Zrezygnowałem.

Dlaczego?

Dobre pytanie. Przekazałem działalność swojej siostrze. Ona gra na skrzypcach. Jest w tym bardzo dobra. Interesuje się folklorem. Robi to w stylu elektro-pop-folk. Ja zaś wybrałem bycie nie po stronie wykonawcy, a organizatora, menadżera, generatora idei czy projektów dla Polaków na Wileńszczyźnie. Nie siedzę już za perkusją. Z tym czuję się bardzo dobrze, siedzę na swoim krześle. Mam swoją działkę.

Jeśli będziesz miał szczęście, zostaniesz radnym. Ostatnie pytanie. Pewna dziennikarka z Warszawy, która ma w telewizji ciekawy program o Wschodzie, chciała promować na Wileńszczyźnie disco polo. Bo nawet ono jest lepsze niż rosyjska popsa.

(Paweł Żemojcin puka się kilka razy w głowę, zamyśla się) Która to dziennikarka?

Ma swój program w telewizji, prowadzi Studio Wschód.

Masakra…

Nie będziemy dłużej mówić?

Trzeba zaznaczyć, że nie ma nic gorszego niż Polacy z Warszawy, którzy chcą decydować o losie Polaków z Wilna. Albo na odwrót, ale tak akurat raczej nie bywa. Polacy z Korony często nie chcą dowiedzieć się, jaka jest realna sytuacja, nie mają odpowiedniego oglądu. Gorzej, oni często nie chcą pytać lokalnych działaczy z Wileńszczyzny, co oni myślą.

Co do disco polo. Każdy styl muzyczny może istnieć. Można wybierać jak w supermarkecie. Ale narzucać disco polo? Czy my żyjemy w Związku Sowieckim? Niech każdy decyduje, czego chce słuchać. Disco polo nie uratuje Polaków na Wileńszczyźnie. Te koncerty są coraz mniej popularne na Litwie. Nie zbierają mas. Ostatni koncert był na dziewięciuset ludzi. To dno. Lepiej iść na Kirkorowa…

Albo Grigorija Lepsa.

Niech „majteczki w kropeczki” będą, ale proszę, nie ratujmy Polaków disco polo.

Poza Enejem macie jakieś plany na ten rok?

Z okazji Dnia Kobiet będzie w Wilnie Edyta Geppert, pod koniec kwietnia mamy pięćdziesięciolecie Krzysztofa Cugowskiego w „Compensie”. A później jest bomba, czyli koncert Edyty Górniak, pierwszy raz na Litwie, w „Siemens arena”.

Chcesz powiedzieć coś jeszcze?

Powiem tak. Przykro, że polska strona chce nas widzieć w strojach ludowych, gumowych butach, tańczących hopaka…

Albo disco polo.

Nie, o disco polo już nie rozmawiajmy.

Dzięki za rozmowę.

 

Wywiad został nagrany pod koniec stycznia, przesłany Pawłowi Żemojcinowi do autoryzacji 29 stycznia, mimo ponawianych próśb, dotychczas nie został autoryzowany, dlatego publikujemy go w formie nieautoryzowanej.

 

Na prośbę Pawła Żemojcina publikujemy jego oświadczenie w związku z powyższym wywiadem:

W dniu 21 lutego 2019 r. na portalu „Przegląd Bałtycki” ukazał się nieautoryzowany wywiad ze mną, zatytułowany „Paweł Żemojcin: Nie karmmy wileńskich Polaków disco polo”. Padło w nim dużo zarzutów i cierpkich słów pod adresem Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Wilnie, Fundacji „Pomoc Polakom na Wschodzie” i jej prezesa Mikołaja Falkowskiego. Kampania wyborcza, towarzyszące jej emocje i brak czasu sprawiły, że dużo tych rzeczy było nieprzemyślanych. Przez to, co sprawdziłem sam później, niezgodnych z prawdą, jak m.in. twierdzenie, że nie obchodzi ich polska kultura czy przypisanie nieprawdziwych słów. Wymienione instytucje i osoby, także środowiska w Wilnie, mają ogromny wkład w promowanie polskiej kultury. Nie miałem zamiaru atakować kogokolwiek i tym bardziej rozsiewać nieprawdziwych informacji — a jednak nieświadomie to popełniłem. Rzeczą męską jest przyznać się do błędu i przeprosić. Przepraszam.

Paweł Żemojcin

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj