Vygaudas Ušackas: w stosunkach z Rosją powinien rządzić „pryncypialny pragmatyzm”

-

Jeśli chodzi o relacje z Moskwą, trzeba na pewno bronić naszych wartości takich jak demokracja i prawa człowieka, potępiając aneksję Krymu i wojnę na Ukrainie. Popieramy sankcje wobec Rosji, uważamy, że Moskwa powinna respektować suwerenny wybór Kijowa, jeśli chodzi o integrację z Zachodem. Ale musimy sobie uświadomić, że Rosja to nie tylko Putin. Już dziś Wilno jest ulubionym miejscem dla rosyjskich opozycjonistów, miejscem, gdzie mogą być wysłuchani. Dalej jest kwestia Kaliningradu. Jako minister spraw zagranicznych byłem za wprowadzeniem małego ruchu granicznego, na co zdecydowała się ostatecznie jedynie Polska. Jeśli zaś chodzi o gospodarkę, to uważam, że wciąż istnieje szansa na handel między dwoma krajami, oczywiście pomijając branże i przedsiębiorstwa, które poddane są sankcjom – mówi Przeglądowi Bałtyckiemu były minister spraw zagranicznych Litwy Vygaudas Ušackas, obecnie ubiegający się o nominację konserwatystów jako kandydat na urząd prezydenta w wyborach przewidzianych na maj 2019 roku.

Vygaudas Ušackas urodził się w 1964 roku w Szkudach na Żmudzi. Studiował na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wileńskiego, który ukończył w 1990 roku. Odbył stypendia zagraniczne na uniwersytetach w Oslo i Århus. W 1991 r. podjął pracę w Wydziale Europy Zachodniej Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Kierował m.in. Departamentem Politycznym MSZ, zaś w latach 1999–2000 sprawował funkcję wiceministra spraw zagranicznych. W 2001 został ambasadorem w USA i w Meksyku, zaś od 2006 r. pełnił taką samą funkcję w Wielkiej Brytanii. Po zwycięstwie konserwatystów w wyborach jesienią 2008 r. objął stanowisko ministra spraw zagranicznych w rządzie Andriusa Kubiliusa, które pełnił do 2010 roku, gdy musiał odejść po konflikcie z prezydent Dalią Grybauskaitė. W tym samym roku został specjalnym wysłannikiem Unii Europejskiej w Afganistanie, zaś od 2013 r. był reprezentantem UE w Moskwie. Po powrocie do kraju w 2017 r. został wykładowcą oraz dyrektorem Instytutu Europeistyki Kowieńskiego Uniwersytetu Technologicznego. Ogłosił swoją kandydaturę na prezydenta w prawyborach w konserwatywnym Związku Ojczyzny, które odbędą się w listopadzie 2018 roku.

Przeczytaj także:  Gitanas Nausėda: gdy mowa o dwujęzyczności, jestem bardzo ostrożny

Przeczytaj także:  Ingrida Šimonytė: musimy się zdecydować, czy jesteśmy Szwecją czy USA

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Startuje Pan jako kolejny kandydat na prezydenta w prawicowym segmencie na Litwie…

Vygaudas Ušackas: Swoją decyzję o kandydowaniu ogłosiłem 5 września w Kownie. Stwierdziłem, że tak jak byłem wcześniej ambasadorem Unii Europejskiej w Afganistanie i Rosji, tak teraz będę ambasadorem zwykłych Litwinów, niezależnie od ich poglądów politycznych czy afiliacji. Mam wrażenie, że jako kraj w ostatnich latach straciliśmy nie tylko kierunek, ale także twarz. Chcę to zmienić. Jednym z punktów mojego programu jest zatrzymanie masowej emigracji z Litwy, a także podwojenie wzrostu gospodarczego, byśmy w ciągu dwudziestu lat dogonili Niemcy. Z kolei w ciągu siedmiu lat chcę doprowadzić do tego, by przeciętny dochód na Litwie był na poziomie średniej europejskiej.

Jak Pan chce podwoić wzrost gospodarczy?

Obecnie nasz wzrost gospodarczy wyniesie 3,2%, takie są prognozy. Ale już w regionie Wilna i Kowna mamy dwa razy więcej. Musimy podciągnąć litewskie regiony. Odwiedziłem już Birże, Szawle, Połągę, Mariampol. Wszędzie staram się o tym mówić. Musimy opracować strategię gospodarczą na najbliższe dwadzieścia lat. Dać więcej instrumentów finansowych regionom. Jednym z takich instrumentów może być specjalny fundusz. Dalej chciałbym pozycjonować Litwę jako wielki hub w naszym regionie, jeśli chodzi o nowe technologie. Bo nie tylko logistyką i transportem nasz kraj żyje. Chcę także postawić na innowacyjne, „zielone” rolnictwo i „zieloną energię”. Ale jak mówiłem, wzrost gospodarczy musimy mieć nie tylko w Wilnie i Kownie.

Obecnie rządzi partia, która ma poparcie w regionach.

Ale nie ma jasnej wizji, co chciałaby dla tych regionów zrobić. Jako dyrektor Instytutu Europeistyki Kowieńskiego Uniwersytetu Technologicznego stałem na czele grupy roboczej, która przez sześć miesięcy pracowała nad tym, w jaki sposób można odwrócić trend demograficzny, który panuje na Litwie. Opublikowaliśmy to, a rząd wziął ten dokument i zrobił z niego program pozbawiony wielkich ambicji, rezultatów, który satysfakcjonuje jedynie biurokrację. Jeśli zaś chodzi o politykę regionalną, to rząd nie ma na nią pomysłu. Dlatego z inicjatywą wystąpiliśmy my, wzorując się na Norwegii, Niemczech czy Singapurze. Skądinąd Skandynawia wciąż jest dla Litwinów jakimś wyznacznikiem, a ja uważam, że mamy za dużo banków skandynawskich i przydałaby się jakaś dywersyfikacja. Chciałbym widzieć kapitał polski w tym sektorze. A także coś w rodzaju banku rozwoju czy banku inwestycyjnego na Litwie. Chodzi o fundusz, który pożyczałby pieniądze z rynku na różne ważne projekty. I „wstrzykiwałby” kapitał do regionów.

Czy ze swoimi koncepcjami czuje się Pan słuchany w Związku Ojczyzny?

Ktoś powiedział, że jestem antysystemowym kandydatem systemowej partii (śmiech). Po odejściu ze stanowiska ministra spraw zagranicznych w 2010 roku przez osiem lat obserwowałem litewską politykę z zewnątrz. Wierzę jednak w swoje umiejętności, w swoje idee. Myślę, że mogę zaproponować coś konstruktywnego dla Litwy. Biorę zatem udział w prawyborach, pracując nie tylko z działaczami konserwatystów, ale także innymi osobami, które podzielają moje poglądy. Gabrielius Landsbergis, lider Związku Ojczyzny, ogłosił bowiem, że prawybory są otwarte nie tylko dla członków partii. Zamierzam z tego skorzystać, proponując swój program.

Gdy zostawał Pan szefem Instytutu Europeistyki KTU zapowiedział Pan, że jednym z priorytetów Pańskiej działalności w tej jednostce będzie znalezienie rozwiązania problemów demograficznych. Czy Litwie jeszcze da się w tej dziedzinie pomóc?

Sytuacja jest trudna, ale pracowaliśmy nad jej rozwiązaniem studiując przypadki różnych krajów, które są podobnej wielkości, choćby Irlandii, która jest katolicka, ale jeszcze dwadzieścia lat temu miała ogromny problem z ubytkiem ludności. Patrzyliśmy także na Singapur, do pewnego stopnia na Polskę, bo podoba nam się wasza polityka prorodzinna, czyli program 500+. Niestety na Litwie mamy jedynie 30+. Oczywiście żadnego programu nie da się wprowadzić ot tak. Naszym celem jest podkreślenie wagi rodziny i pomocy rodzinie ze strony państwa. Kolejna sprawa, to sprzyjający rodzinie system podatkowy. Bardzo ważne jest zreformowanie Sodry. Dalej na pewno kwestia edukacji, powiązanie jej z biznesem. Ludzie muszą studiować na kierunkach, które mają przyszłość. Last but not least – dla nas nie jest tabu rozsądna imigracja. Musimy przyciągać na Litwę talenty. Zresztą nie tylko o to chodzi, na pewno widzi Pan, że wielu z taksówkarzy to Ukraińcy albo Białorusini. Musimy mieć sensowny system podatkowy, by to właśnie Wilno przyciągało imigrantów, a nie Tallinn czy Warszawa. Wreszcie, bardzo ważną sprawą, jeśli chodzi o demografię, jest porozumienie polityczne. Trendów demograficznych nie da się odwrócić w ciągu jednej kadencji rządu, potrzeba na to dziesięć, piętnaście lat. Powinno być międzypartyjne porozumienie, a nad jego przestrzeganiem powinien także czuwać prezydent.

Wspomniał Pan o programie 500+. Czy popiera Pan wprowadzenie czegoś analogicznego na Litwie?

Absolutnie. Może nie od razu 120 euro, ale te wypłaty stanowczo powinny wzrosnąć.

Chciałbym skoncentrować się teraz na sprawach politycznych, nie gospodarczych. W przyszłym roku upływa dziesięć lat rządów Dalii Grybauskaitė. Pan miał z nią trudne relacje. Jak ocenia Pan tę prezydenturę?

Zacznijmy od dobrych rzeczy. Podobała mi się jej walka z korupcją czy różnymi układami gospodarczymi, które chciały mieć przełożenie na politykę. Niestety ostatnio mieliśmy aferę z korespondencją mejlową pani prezydent z Eligijusem Masiulisem, byłym liderem Ruchu Liberałów oskarżanym o korupcję. Był to „kiepski koniec”. Ale doceniam jej wysiłki za walkę z układami. Kolejną pozytywną sprawą była jej praca nad niezależnością energetyczną Litwy, wsparcie terminalu LNG w Kłajpedzie, układów ze Szwecją, z Polską. Ona tego nie zaczęła, to zaczął Valdas Adamkus, ale całkiem dobrze kontynuowała. Problemem w jej pierwszej kadencji była polityka zagraniczna, która mogła wprowadzić w konfuzję. Ja wtedy byłem ministrem spraw zagranicznych w gabinecie Andriusa Kubiliusa. Zwracałem jej uwagę na różne aspekty drogą prywatną, nieoficjalną, ale ostatecznie musiałem podjąć walkę publiczną, która skutkowała moją dymisją.

O co chodzi z polityką zagraniczną, wprawiającą w konfuzję?

Grybauskaitė była antyamerykańska i antypolska. Nie można prowadzić polityki, która wymierzona jest w naszych dwóch sojuszników. Wielokrotnie rozmawiałem z nią na ten temat, ona nie wierzyła w sens relacji polsko-litewskich. Przez parę lat nie chciała się spotykać z polskim prezydentem, odrzuciła zaproszenie na spotkanie prezydentów państw bałtyckich w Warszawie, przed szczytem NATO w 2012 roku. Jeśli zaś chodzi o USA, to również nie chciała skorzystać z zaproszenia prezydenta Baracka Obamy.

Czyli Grybauskaitė odpowiada za pogorszenie relacji polsko-litewskich wtedy, kiedy rządził rząd Donalda Tuska?

Do tanga trzeba dwojga. Nie chcę powiedzieć, że Grybauskaitė odpowiada za wszystko. Także Warszawa nie była do końca dojrzała. Od lat dziewięćdziesiątych przyjaźnię się z Radkiem Sikorskim, ówczesnym ministrem spraw zagranicznych, później także współpracowaliśmy, gdy byłem już w Afganistanie. On miał specyficzne poglądy na Litwę. Część z tych poglądów była przeznaczona na „rynek wewnętrzny”. On jest bardzo inteligentnym, utalentowanym człowiekiem. Ale do Litwy miał ciężką rękę. Wie Pan, ja dobrze znam polską społeczność na Litwie, wiele razy jeździłem do Solecznik, Święcian, teraz także od paru lat mieszkam w „polskim” rejonie. Jestem wnukiem litewskiego szlachcica polskiego pochodzenia, Adama Uszackiego. Wielu Litwinów ma pretensję, że na urząd prezydenta kandyduje Słowianin (śmiech).

Pański następca Audronius Ažubalis także nie był szczególnie pozytywnie nastawiony wobec Polaków.

Jeśli chodzi o stosunki z Polską, to my reprezentujemy zupełnie różne światy (śmiech). Oczywiście trzeba pamiętać o dużej nieufności wobec Polaków, która jest obecna na Litwie. To odgrywało negatywną rolę w naszej historii. Ja chcę widzieć Polaków na Litwie przede wszystkim jako część narodu litewskiego, która ma równe prawa z Litwinami, jest tak samo zintegrowana i tak samo patriotyczna.

Wracając do rządów Kubiliusa, skąd ten kryzys w relacjach obu państw?

Ja pozwolę sobie go bronić. Zarówno ja, jak i premier Kubilius, byliśmy za tym, by rozwiązać kwestię pisowni nazwisk i nazwy ulic w języku polskim. Niestety nasze polityczne zaplecze uważało inaczej, co było widać w słynnym głosowaniu 8 kwietnia 2010 roku. Mówiłem już wcześniej o nieufności, która jest w Litwinach. To wtedy wróciło, bo Radek Sikorski miał bardzo zdecydowaną postawę wobec tych spraw. Może gdyby pewne rzeczy forsowano łagodniej, udałoby się. Tego nie wiemy. Cieszy mnie natomiast dobry czas w obecnych relacjach polsko-litewskich. Myślę, że obecni premierzy Saulius Skvernelis i Mateusz Morawiecki są tutaj bardziej dojrzali.

Czy obecnie jest Pan za oryginalną pisownią nazwisk?

Tak jak mówiłem, osiem lat temu zarówno ja, jak i Andrius Kubilius, zdecydowanie to popieraliśmy, Audronius Ažubalis prowadził w Sejmie kampanię przeciwko. Ale teraz mamy interpretację Sądu Konstytucyjnego, że oryginalna pisownia nazwisk nie może być wprowadzona na pierwszej stronie dokumentu. Można ją wprowadzić jako pewne dopełnienie, ale oficjalnie nazwiska powinny być zapisywane znakami litewskimi. Apeluję więc do polskich przyjaciół, by wzięli to pod uwagę i nie naciskali na nas zbytnio. Bo my także mamy swoją konstytucję, której musimy przestrzegać.

A jeśli chodzi o nazwy ulic?

Obecnie mamy coś w rodzaju kompromisu, że na prywatnych domach można wieszać takie tabliczki, ale język polski wciąż nie ma statusu oficjalnego na Wileńszczyźnie. Ja myślę, że to się musi uleżeć. Musimy poczekać, aż ludzie się oswoją. Bo są historyczne rany na Litwie. Z drugiej strony podróżuję dużo po Europie. W Belgii mamy napisy po flamandzku i francusku, w Finlandii po szwedzku i fińsku. Nikogo tam to nie szokuje. Ale na Litwie jest tradycyjna nieufność.

Przeczytaj także:  W krainie Szwedofinów

Wracając do polityki zagranicznej. Jak ocenia Pan relacje Dalii Grybauskaitė z Mińskiem i Moskwą?

Przede wszystkim oddzieliłbym te dwie sprawy, to są jednak różne rzeczy, nawet jeśli Białoruś jest częścią ZBiR. Trzeba rozmawiać z sąsiadami, tak zawsze uważam, że spotkanie Grybauskaitė z Łukaszenką w 2010 roku było wymuszone pragmatyzmem. Białoruś to nie tylko nasz historyczny sąsiad, ale także kraj, który eksportuje wiele rzeczy przez port w Kłajpedzie. Ja organizowałem tę wizytę w 2010 roku i uważałem, że te towary powinny iść przez nasz port, a nie inne porty na Bałtyku. Później relacje z Białorusią się zmieniły. Powstał Ostrowiec. Ja jednak nadal uważam, że ograniczanie naszych relacji do kwestii elektrowni atomowej jest bez sensu. Żaden z rządów nie miał pomysłu na relacje z Mińskiem, a Białoruś jest w końcu częścią regionu między Bałtykiem a Morzem Czarnym, istotnego dla Litwy. Trzeba także pamiętać, że to część dawnej Rzeczypospolitej i Wielkiego Księstwa Litewskiego, więc kraj ważny i dla Litwy, i dla Polski.

Gdy mowa o relacjach z Rosją…

… Grybauskaitė odegrała kluczową rolę w kwestii uświadomienia Unii Europejskiej i USA agresywności reżimu Putina. To było dobre. Z drugiej strony w relacjach z Moskwą…

… potrzebujemy „pryncypialnego pragmatyzmu”, jak Pan to kiedyś określił. Co miał Pan na myśli?

Trzeba na pewno bronić naszych wartości takich jak demokracja i prawa człowieka, potępiając aneksję Krymu i wojnę na Ukrainie. Popieramy sankcje wobec Rosji, uważamy, że Moskwa powinna respektować suwerenny wybór Kijowa, jeśli chodzi o integrację z Zachodem. Jeśli Ukraina się zmieni, to będzie zaraźliwy przykład dla Rosjan. Ale musimy sobie uświadomić, że Rosja to nie tylko Putin. Już dziś Wilno jest ulubionym miejscem dla rosyjskich opozycjonistów, miejscem, gdzie mogą być wysłuchani. Dalej jest kwestia Kaliningradu. Jako minister spraw zagranicznych byłem za wprowadzeniem małego ruchu granicznego, na co zdecydowała się ostatecznie jedynie Polska. Teraz z tego zrezygnowaliście, co uważam za błąd. Kaliningrad to szczególnie wrażliwy region. Musimy zachować kontakt z tamtejszym społeczeństwem. Jeśli zaś chodzi o gospodarkę, to uważam, że wciąż istnieje szansa na handel między dwoma krajami, oczywiście pomijając branże i przedsiębiorstwa, które poddane są sankcjom.

Prezydent Valdas Adamkus popierał integrację Gruzji i Ukrainy z Zachodem, czy Pan poszedłby tą samą drogą, jeśli chodzi o Tbilisi?

Absolutnie tak. Od dawna uważam, że te państwa powinny być zintegrowane z Europą. Tylko, że ta ostatnia nie do końca to rozumie i popiera. Szczególnie Francja i Niemcy. Myślę, że zarówno Polska, jak i Litwa miałyby tutaj swoją rolę do odegrania. Macron mówi o „elastycznej Europie”. Dlaczego Europa nie mogłaby być bardziej elastyczna także wobec Tbilisi?

Zapytam o politykę wewnętrzną. Jak pan ocenia Sauliusa Skvernelisa jako premiera?

Wydaje mi się, że jest otoczony przez rozsądnych doradców, ale rządowi brakuje wizji. Gdybym pracował z nim jako premierem, chciałbym właśnie widzieć strategię.

Czy Gabrielius Landsbergis byłby dobrym premierem?

Jeśli wygra wybory, to nie widzę przeciwwskazań. Ingrida Šimonytė także byłaby dobrym szefem rządu.

Gdyby został Pan prezydentem, czy wspierałby Pan pomysł koalicji konserwatystów ze Związkiem Chłopów i Zielonych?

Nie mam żadnych uprzedzeń wobec polityków czy partii. Jedyny warunek, który postawiłbym nowemu rządowi to dbanie o dobrobyt obywateli, zasypywanie podziału na „dwie Litwy”, czyli Wilno i Kowno z jednej strony, a prowincję litewską z drugiej, a także wsparcie dla zaangażowania w relacje z Unią Europejską, NATO i strategiczne partnerstwo z Polską.

Stosunki z USA są ważne?

Nawet jeśli Trump wniósł wiele niestabilności do naszego świata, to Stany Zjednoczone wciąż pozostają gwarantem naszego bezpieczeństwa. Życzę sobie więcej obecności USA w krajach bałtyckich. Zarówno wojskowej, jak i ekonomicznej. Warto tu wspomnieć choćby o terminalu LNG w Kłajpedzie. Wspieram także proamerykańską inicjatywę Trójmorza. Byłem na obradach w Bukareszcie. Nie uważam tej inicjatywy za antyniemiecką.

A jak powinny wyglądać relacje z Niemcami?

Cieszą mnie niemieckie inwestycje w krajach bałtyckich, a także fakt, że Niemcy z kraju, który miał bardzo trudne i złe historycznie relacje z Polską i Litwą, stał się naszym sojusznikiem, obecnym choćby w Rukli. Życzyłbym sobie tylko, żeby Berlin wydawał więcej pieniędzy na obronę. I tego nie powinien wcale mówić Trump, a Duda i Grybauskaitė. Oczywiście martwi mnie Nord Stream II.

Dziękuję za rozmowę.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj