Martin Helme: związki partnerskie to dla lewicy i liberałów coś w rodzaju świeckiej religii

-

Związki partnerskie to dla socjaldemokratów i reformistów rodzaj „świeckiej religii”. Ci ludzie chcą być tolerancyjni, nowocześni, postępowi, dlatego wspierają agendę LGBT. Nie myślą o konsekwencjach dla społeczeństwa estońskiego. O naszych tradycjach. O tradycyjnej rodzinie, która powinna być wspierana. Nie uznają żadnego tabu. W dodatku w Estonii istnieje bardzo silne lobby wspierające działaczy gejowskich. Te pieniądze nie idą z naszego kraju, one pochodzą choćby od Sorosa – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim wiceprzewodniczący nacjonalistycznej partii EKRE, szef jej frakcji w Riigikogu, Martin Helme.

Martin Helme urodził się w 1976 roku w Tallinnie. Kształcił się na studiach historycznych na Uniwersytecie w Tartu. W młodości pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w tym na placówkach w Bonn i w Kijowie. W 2003 roku był twarzą kampanii przeciwko wejściu Estonii do Unii Europejskiej. Został zatrudniony jako nauczyciel historii, wiedzy o społeczeństwie, a także filozofii. Sprawował funkcję redaktora w dziale zagranicznym portalu delfi.ee. W 2012 roku przystąpił do Estońskiej Konserwatywnej Partii Ludowej (EKRE), która sytuuje się na prawo od dotychczasowych ugrupowań i deklaruje się jako partia nacjonalistyczna. Został jej wiceprzewodniczącym. W wyborach w 2015 roku uzyskał mandat posła do Riigikogu, dwa lata później także radnego Tallinna. W parlamencie został szefem frakcji nacjonalistów. Interesuje się jazzem i sportem. Jego ojciec Mart Helme jest szefem EKRE, jej kandydatem na premiera po wyborach w 2019 r., a także byłym ambasadorem w Moskwie.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Rozmowę na temat Pańskiej partii EKRE chciałbym zacząć od spraw historycznych. Parę tygodni temu w miejscowości Ambla przy waszym poparciu odsłonięto pomnik adwokata Artura Sirka, przedwojennego nacjonalisty, przywódcy ruchu „wabsów”, opozycyjnego wobec mniej radykalnej prawicowej dyktatury Konstantina Pätsa, ostatniego prezydenta Estonii przed okupacją sowiecką. Czy wy odwołujecie się do ruchu wabsów?

Martin Helme: Uroczystości w Ambla nawiązywały po prostu do naszego rozumienia historii, kto był w niej dobry, a kto nie miał racji. Chcę przypomnieć, że po estońskiej wojnie o niepodległość w latach 1918-1920 organizacja weteranów, czyli „wabsowie” – ich nazwa wywodzi się od słowa „vabaduse”, a więc „wolność” – stała się ruchem politycznym. Jego ideologia była patriotyczna, nacjonalistyczna, choć dziś pewnie nazwani by zostali „populistami”. Kiedy w latach trzydziestych nastąpił kryzys gospodarczy, ich popularność wzrosła do parudziesięciu procent. Wabsowie wygrywali wybory lokalne, działali także na rzecz reformy systemu politycznego, by stworzyć silny urząd głowy państwa. Bo wcześniej Estonia miała system z dominacją parlamentu, gdzie nie było nawet urzędu prezydenta. Jednak wszyscy zjednoczyli się przeciwko wabsom, wszystkie najważniejsze ugrupowania, zaczynając od socjaldemokratów, poprzez agrarystów, kończąc zaś na prawicy. W końcu w marcu 1934 roku doszło do puczu wojskowego, który wyniósł Konstantina Pätsa do roli prezydenta. Wabsowie zostali wtedy poddani represjom. W drugiej połowie lat trzydziestych Estonia nie była już wolnym krajem, co wpłynęło także na jej sytuację po wybuchu II wojny światowej. W 1939 roku Konstantin Päts zaakceptował ultimatum sowieckie, w wyniku którego na terenie Estonii pojawiły się sowieckie wojska. W czerwcu 1940 roku Estończycy oddali swój kraj bez jednego wystrzału. Uważam, że gdyby wtedy Estonia była demokratyczna, a nie autorytarna, i działali w niej wabsowie, oni by do tego nie dopuścili. Bronilibyśmy się tak samo jak Finowie zimą 1939 roku.

Przeczytaj także:  W Tallinnie otwarto Memoriał Ofiar Komunizmu

To samo stało się na Łotwie i o to samo oskarżany jest Ulmanis. Niektórzy Łotysze twierdzą, że gdyby w maju 1934 roku nie było puczu, wtedy sześć lat później Łotwa broniłaby się przeciwko Związkowi Sowieckiemu.

To jest bardzo podobna sytuacja. Po 1940 roku wabsowie, z tej racji, że byli estońskimi patriotami, zostali poddani dalszym represjom, z mordami włącznie. Nikt nie wycierpiał tyle co oni. Z tej racji, po wielu latach, staramy się naprawić tą wielką niesprawiedliwość, która została im wyrządzona, dlatego w Ambla odsłonięto pomnik Artura Sirka.

Przeczytaj także:  Deportacje z krajów bałtyckich w marcu 1949 roku

Jeśli już jesteśmy przy pomnikach – partia „Isamaa” jest za tym, by uhonorować w ten sposób ostatniego prezydenta Estonii, zniszczonego przez Sowietów, Konstantina Pätsa. Pani prezydent Kerstin Kaljulaid jest przeciwko. Uważa Pan,  że Päts powinien mieć pomnik w Tallinnie?

To zależy od kontekstu, w jaki sposób miałoby to zostać zrobione i gdzie. Konstantin Päts jest postacią tragiczną. Z jednej strony był jak mało kto zaangażowany w stworzenie niepodległej Estonii w 1918 roku. Dwadzieścia dwa lata później był główną osobą, która tę niepodległość zlikwidowała. Możemy dyskutować o tym, jakie były przyczyny. Może w 1940 roku był starą osobą, a może, jak wskazują historycy, człowiekiem po prostu skorumpowanym i kupionym przez Rosję. Nie wiem, może nie wiedział, co robi. W każdym razie to on wydał rozkaz, by obywatele Estonii wydali Sowietom broń. Ale jak mówiłem, przez ponad dwadzieścia lat odgrywał znaczącą rolę w życiu Estonii. Musimy na niego patrzeć w sposób całościowy.

Czy w dwudziestowiecznej historii Estonii są osoby, do których nawiązuje EKRE?

Na pewno jedną z takich osób jest wspomniany już Artur Sirk i jego ruch wabsowie, który był patriotyczny, a obecnie nie jest wystarczająco doceniany. Odwołujemy się także do tego, co stało się w 1944 roku, gdy Niemcy zaczęli się wycofywać z Estonii, a wracać zaczęli Sowieci. Wtedy pojawił się Jüri Uluots, estoński prawnik i polityk, w 1939 r. premier Estonii, zaś w okresie II wojny światowej zgodnie z konstytucją głowa naszego państwa. On zmarł w styczniu 1945 roku w Sztokholmie. Zasługuje na naszą pamięć. Jeśli chcemy widzieć obecną Estonię jako kontynuację republiki założonej w 1918 roku, to wtedy Uluots jest bardzo ważny.

Przeczytaj także:  Niebiesko-czarno-biała flaga na Długim Hermanie. 99 lat temu Estonia uzyskała niepodległość

Przejdźmy do spraw współczesnych. Będąc w Rakvere na początku października widziałem namiot waszej partii. Działacze EKRE zbierali podpisy pod nowelizacją konstytucji w celu zapewnienia, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny. Analogiczny zapis znajduje się już od 2005 r. w konstytucji Łotwy. Protestowali także przeciwko „propagandzie homoseksualnej” w szkołach. Dlaczego zmiana konstytucji jest według Pana konieczna?

Art. 27 konstytucji estońskiej mówi, że rodzina jest pod opieką państwa, a także jest podstawą rozwoju kraju. Gdy ten przepis był umieszczany w naszej konstytucji na początku lat dziewięćdziesiątych nikt nie przypuszczałby, że dla kogoś małżeństwo może nie być związkiem kobiety i mężczyzny. Żyjemy jednak w szalonych czasach i aktywiści gejowscy mówią nam „my także jesteśmy rodziną, nie dyskryminujcie nas”. Dlatego musimy wprowadzić ten zapis, pod którym teraz zbieramy podpisy w całym kraju.

Wasza partia jest przeciwko małżeństwom homoseksualnym, ale także przeciwko związkom partnerskim, wprowadzonym w 2014 roku przez liberałów i socjaldemokratów.

To prawda. Teoretycznie w tych związkach chodzi o praktyczne sprawy takie jak dziedziczenie, ale my znamy agendę gejowską. Im nie chodzi o ułatwienie życia homoseksualistom, a po prostu ideologię. Chcą równości małżeńskiej, ale tak naprawdę nie zależy im na małżeństwie, tylko na tym, by zniszczyć tradycyjne instytucje takie jak rodzina, naród czy społeczeństwo. Z drugiej strony działacze LGBT w Estonii podkreślają, że chodzi im tylko o dziedziczenie, odwiedzanie partnera w szpitalu itd. Że nie chodzi o adopcję dzieci. Ale my wiemy, że to jest kłamstwo. Mamy nasze prawo o imigracji, które zezwala na to, by małżeństwa homoseksualne zawarte w Szwecji czy Finlandii przyjeżdżały do Estonii. Jeśli mają dzieci, to wtedy traktowani są już jako rodzice zgodnie z prawem. W dodatku mamy teraz mnóstwo propagandy homoseksualnej nawet w przedszkolach, nie mówiąc już o szkołach. Dzieci są uczone, że normalna rodzina to może być dwóch mężczyzn albo dwie kobiety.

Przeczytaj także:  Tegoroczny marsz Baltic Pride rekordowo popularny

Jest Pan przeciwko związkom cywilnym, ale wtedy w jaki sposób dwóch mieszkających ze sobą mężczyzn czy dwie mieszkające ze sobą kobiety mają być chronione przez państwo estońskie?

Nasze prawo przewiduje możliwość umowy u notariusza. Wszelkie sprawy, które niepokoją osoby homoseksualne, można załatwić. Można to już było zresztą robić dziesięć lat temu. Nie ma więc potrzeby powoływania do życia takiej instytucji jak związek partnerski. My nie chcemy nikogo dyskryminować ze względu na orientację homoseksualną, ale nie zgadzamy się także na specjalne przywileje.

Skoro związki cywilne nie są potrzebne, to dlaczego socjaldemokraci i Partia Reform tak bardzo za nimi optowali parę lat temu?

To jest rodzaj „świeckiej religii”. Ci ludzie chcą być tolerancyjni, nowocześni, postępowi, dlatego wspierają agendę LGBT. Nie myślą o konsekwencjach dla społeczeństwa estońskiego. O naszych tradycjach. O tradycyjnej rodzinie, która powinna być wspierana. Nie uznają żadnego tabu. W dodatku w Estonii istnieje bardzo silne lobby wspierające działaczy gejowskich. Te pieniądze nie idą z naszego kraju, one pochodzą choćby od Sorosa. Działacze Partii Socjaldemokratycznej i Partii Reform mówią: „skończmy debatę na ten temat. Przestańmy się tym zajmować. Jesteśmy zmęczeni. Pójdźmy do przodu”. W ten sposób oddają pole środowiskom LGBT. Chcą mieć spokój od aktywistów gejowskich, ale oni nigdy nie dadzą spokoju, bo jeśli spełni się jeden postulat, to będą żądać następnych ustępstw. Swoją drogą nasza partia, jeśli dojdzie do władzy, to zniesie instytucję związków partnerskich. Niektórzy uważają, że to nie jest możliwe, że nie da się już cofnąć z tej drogi. My chcemy udowodnić, że się da, że nie ma żadnego determinizmu.

Przeczytaj także:  Zakończył się filmowy festiwal LGBT w estońskim Rakvere

Uważa Pan, że „propaganda homoseksualna” w szkołach istnieje?

Nie tylko wierzę w to, ale mam na to dowód. Ona jest obecna nie tylko w szkołach, ale także w przedszkolach.

Czy to jest polityka rządu Jüriego Ratasa?

Nie powiedziałbym, że wszystko zależy od rządu. Aktywiści weszli do instytucji rządowych, do ministerstw, do trzeciego sektora. Oni co chwila wypluwają jakieś nowe dokumenty, nowe programy dla szkół. Chodzi o pokazanie homoseksualizmu jako czegoś pozytywnego, sympatycznego. Oni są bardzo przeciwko przemocy w szkole. Można się zapytać, kto jest przeciwko? Ale nie chodzi o samą przemoc, ale o przemoc wymierzoną w „osoby LGBT”. Wracając zaś do premiera Jüriego Ratasa, to on jest lewicowym liberałem. Co prawda Partia Centrum głosowała w większości przeciwko związkom partnerskim, bo słucha swojego elektoratu, który jest przeciwko i ma instynkt samozachowawczy. Za tym elektoratem, w większości rosyjskojęzycznym, stoi cerkiew prawosławna, która jest przeciwko propagandzie LGBT. Ale Ratas to jest zupełnie inna historia.

Przeczytaj także:  Andreas Kaju: W rządzie Ratasa dobrze się pracuje, ale wdrażanie polityk nie wychodzi

Yana Toom niedawno miała ciekawą wypowiedź w kontekście powrotu idei autonomii Wschodniej Wironii, zamieszkałej głównie przez ludność rosyjskojęzyczną. Pański ojciec i szef EKRE, Mart Helme, odpowiedział jej, że niech sobie robi tę autonomię, ale po drugiej stronie rzeki Narwa, gdzie już jest Federacja Rosyjska. Czy po takich wypowiedziach Yany Toom wyobraża sobie Pan nadal koalicję z Partią Centrum po wyborach w marcu 2019 roku?

Partia Centrum nie ma żadnej ideologii, to po prostu liberałowie, może trochę bardziej socjalni niż Partia Reform. Yana Toom ma z kolei specjalne pozwolenie od Jüriego Ratasa na tego typu wypowiedzi, bo centryści chcą mobilizować swój podstawowy elektorat. Chodzi o rosyjskojęzycznych. Nie wiem, czy Toom wierzy w to co mówi, ale chodzi o mobilizację, czyli o to samo, o co idzie gra od trzydziestu lat. Mówienie o autonomii mieliśmy w Abchazji, na Krymie, wszędzie tam, gdzie chodziło o to, by pojawiły się problemy. Dlatego tak ostra wypowiedź mojego ojca.

Przeczytaj także:  Narwa. Gdzie mniejszość jest większością

Przeczytaj także:  Dlaczego Narwa nie jest następna?

Wy jako EKRE jesteście przeciwko autonomii we Wschodniej Wironii, za przejściem szkół w całości na język estoński, a także przeciwko specjalnym prawom dla Rosjan w Estonii. W jaki sposób chcecie przyciągać elektorat rosyjski, bo o tym ostatnio także Pan mówił?

Przede wszystkim nie wierzę w to, że jest jakaś rosyjskojęzyczna mniejszość w Estonii. To są dawni koloniści osadzeni tutaj w czasie okupacji. Nie sądzę, by byli w jakiś sposób dyskryminowani. 150 tysięcy Rosjan nauczyło się języka, wystąpiło o obywatelstwo estońskie i teraz normalnie tutaj żyją. Mamy jednak także 100 tysięcy obywateli Federacji Rosyjskiej w Estonii, którzy są skrajnie proputinowscy. Procent głosów oddanych na kandydata Kremla w wyborach w Estonii jest o wiele większy niż w przypadku Federacji Rosyjskiej. To są szowiniści. Oprócz tych dwóch grup mamy jeszcze 70-80 tysięcy ludzi bez obywatelstwa, którzy nie respektują państwa estońskiego na tyle, by wystąpić o obywatelstwo.

Przeczytaj także:  Witalij Biełobrowcew: Za 50 lat wszystko w Estonii będzie estońskie

Skoro tak bardzo ich Pan nie lubi, to w jaki sposób zamierzacie dotrzeć do wyborcy rosyjskiego?

Poprzez odwołanie do jasnych wartości. Czyli tradycyjna rodzina, walka z propagandą homoseksualną w szkołach, z islamistami, sprzeciw wobec wszelkiej imigracji, czy jest ona z Afryki i Azji, czy z Ukrainy. Kto bowiem najbardziej traci na napływie do Estonii nisko opłacanych pracowników z Ukrainy? Głównie rosyjskojęzyczni, którym odbiera się w ten sposób zarobek, albo doprowadza do tego, że spadają pensje, bo Ukraińcy mogą pracować za bardzo niewielką kwotę. Dotyczy to nie tylko północno-wschodniej Estonii, ale także Tallinna. My jesteśmy estońskimi nacjonalistami, ale potrafimy docierać ze swym programem do Rosjan.

Według ostatnich sondaży popiera was 4% elektoratu rosyjskojęzycznego, co jeszcze jakiś czas temu wydawałoby się niemożliwe. Ale jesteście także przeciwko wojnie na Ukrainie, jak na to reagują Rosjanie?

Nikt w Estonii nie wątpi, że to Rosja jest tutaj agresorem. My jako EKRE powiedzieliśmy to bardzo jasno. Nie mam wątpliwości, że większość Rosjan, niezależnie czy posiadają, czy nie posiadają, obywatelstwo estońskie, są patriotami Federacji Rosyjskiej, nie Estonii. Wiem, że wspierają aneksję Krymu. Nie mamy więc złudzeń jako partia. Chcemy przyciągać Rosjan z Estonii, którzy jednocześnie są estońskimi patriotami.

Ile jest według Pana takich osób?

Byłbym szczęśliwy, gdyby okazało się, że jest ich dziesięć procent.

Jak wasza partia radzi sobie we Wschodniej Wironii, gdzie mieszkają głównie Rosjanie?

To jedno z najtrudniejszych miejsc dla nas. Nasze struktury są tam słabe. My jednak pracujemy nad organizacją naszej partii dopiero od pięciu lat. We Wschodniej Wironii mamy około czterystu członków, a więc nie jest tak źle. Są regiony, gdzie należy do nas tysiąc osiemset członków, ale na przykład na wyspach, do EKRE należy jakieś dwieście osób.

Czy można powiedzieć, że po wyborach do Riigikogu w marcu 2019 roku wykluczacie koalicję z Partią Socjaldemokratyczną, Zielonymi czy prawicową „Isamaa”, z którą walczycie o ten sam elektorat?

Nie wykluczałbym nikogo, ale jest bardzo mało prawdopodobne, byśmy w jakiejkolwiek kwestii dogadali się z socjaldemokracją. Zobaczymy, jak potoczą się negocjacje koalicyjne. Nie sądzę jednak, by dobrą drogą było wykluczanie kogokolwiek już na obecny etapie. Wepchnąć siebie do narożnika jeszcze przed wyborami, to nie jest dobry pomysł.

Przeczytaj także:  Estońscy Zieloni wychodzą z cienia. Będą współrządzić Tallinnem

Czy „Isamaa” jest waszym największym wrogiem?

Nie powiedziałbym. Walczymy o ten sam elektorat, to prawda. Są nam jednak najbliżsi, jeśli chodzi o ideologię. Podczas pracy w Riigikogu było dla mnie jasne, że właśnie z nimi najłatwiej dogadać się, jeśli chodzi o program. Co sprawia, że stajemy się największymi konkurentami.

Jesteście teraz trzecią co do wielkości partią w sondażach. Jest zatem prawdopodobne, że będziecie młodszym partnerem w koalicji. Wolałby Pan pracować w rządzie centrysty Jüriego Ratasa czy w gabinecie reformistki Kai Kallas?

Wszyscy nas o to pytają. Ja jednak mówię, że mamy ambicję znalezienia się na drugim miejscu, a kto wie, czy nie moglibyśmy tych wyborów wygrać. Sytuacja jest bowiem bardzo dynamiczna. Jeśli jednak znaleźlibyśmy się na drugim miejscu, możemy zrobić koalicję z trzecią co do wielkości partią i wtedy będziemy mieli własnego premiera. Naszym kandydatem jest mój ojciec Mart Helme. Jeśli jednak pyta mnie Pan, czy wolę pracować w rządzie centrysty Jüriego Ratasa czy w rządzie liberałki Kai Kallas, to odpowiem: nie mamy żadnych preferencji w tej dziedzinie. Jedyne czego chcemy, to wynegocjować umowę, która będzie najbardziej korzystna dla naszych wyborców. Na pewno nie wejdziemy do takiej koalicji, w której nie uda nam się zawrzeć najważniejszych punktów naszego programu. Zobaczymy, kto da nam lepsze warunki, Partia Centrum czy Partia Reform.

Przeczytaj także:  Andreas Kaju: Kaja Kallas pragmatycznie kieruje Partią Reform

Jeśli jednak wejdziecie do rządu Kallas czy Ratasa, to chcielibyście się skupić na polityce wewnętrznej czy zagranicznej? Chcecie mieć swoich ludzi w Ministerstwie Spraw Zagranicznych czy Obrony?

Jest za wcześnie, by o tym mówić. To jest zbyt szczegółowy temat. Muszę jednak przyznać, że nasze główne propozycje są związane z polityką wewnętrzną. Mam tutaj na myśli zarówno gospodarkę, jak i sprawy socjalne, oświatę czy w końcu imigrację. Ta ostatnia wpływa na to, że coraz więcej ludzi czuje się mniej bezpiecznie, zarówno gdy mówimy o bezpieczeństwie w sensie dosłownym, jak i bezpieczeństwie socjalnym. Nie chcemy widzieć Estonii w ruinie. Za wcześnie jednak mówić o tym, jak zostaną rozdzielone poszczególne stanowiska.

Wracając do dwóch osobowości: Kai Kallas i Jüriego Ratasa…

Sądzę, że ta pierwsza jest zbyt słabym politykiem, a także słabym liderem partyjnym. Partia Reform zaryzykowała, wybierając ją swoją szefową na wiosnę 2018 r. Bo zostało tylko parę miesięcy do wyborów, a ona nie ma kiedy się uczyć. Nie mam jednak żadnych antypatii wobec niej. To jest po prostu polityka. Jeśli Partia Reform wygra wybory, ona będzie premierem. Obecnie jednak w sondażach o wiele mocniej wypada jednak szef Partii Centrum Jüri Ratas.

Wspomniał Pan, że EKRE jest za estonizacją edukacji. Partia Reform opowiada się za tym samym, jednak centryści są przeciwko. Jak to wpłynie na wasz udział w rządzie?

Tej reformy nie da się zrobić w ciągu roku, to dłuższy proces. Musimy się do niego przygotować, przygotować uczniów i nauczycieli. Partia Reform przez siedemnaście lat była u władzy, miała swojego ministra edukacji. Nic nie zostało zrobione. My chcielibyśmy to przeprowadzić z głową. Wtedy być może nawet Partia Centrum wsparłaby nas. Musi Pan bowiem rozumieć, że nawet większość rosyjskich rodziców nie ma nic przeciwko przejściu szkół rosyjskich na język estoński. Chcą, by ich dzieci uczyły się więcej estońskiego, rozumieją, że to dla ich dobra. Nie chcą jednak skakać do pustego basenu. Chcą wiedzieć, że wszystko jest przygotowane dobrze.

Sądzi Pan, że nawet we Wschodniej Wironii taki wariant zostałby zaakceptowany?

To długi proces. Nic nie dzieje się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ja mówię o dziesięciu, dwunastu latach. Zaczęlibyśmy od przedszkola, później co roku dochodziłby każdy szczebel edukacji po estońsku. Zakończylibyśmy po dwunastu latach na dwunastej klasie.

Przeczytaj także:  Reforma oświaty na Łotwie wejdzie w życie, polskie szkoły w Łatgalii i Rydze zostają

Potrzeba by było zatem więcej czasu niż na Łotwie.

Sądzę jednak, że możemy się także uczyć czegoś od Łotwy.

Chcę zapytać o politykę zagraniczną. Wasza partia jest eurosceptyczna. W jaki sposób wpłynęlibyście na politykę zewnętrzną Estonii?

Nie powiedziałbym, że jesteśmy sceptyczni. Ja po prostu czuję się obciążony Unią Europejską. Mam dosyć socjalizmu i autokratyzmu. To konstrukcja z gruntu niedemokratyczna, nienawidząca narodów i państw narodowych. Ja im odpowiadam jako Estończyk z taką samą nienawiścią. I to nie jest wcale eurosceptycyzm. Ja sądzę, że Unia Europejska się zagubiła w federalizmie, a my potrzebujemy powrotu do idei państw narodowych. Myślę, że tak uważa wiele rządów, ale także ogromna część unijnych obywateli. To znów europejskie stolice powinny podejmować decyzje, a nie biurokraci w Brukseli. Jeśli tak się nie stanie, Unia Europejska umrze.

Widzę w waszej gazecie partyjnej, że interesujecie się projektem Międzymorza.

To jest akurat bardzo sensowne. To nie jest popularna idea w Estonii, ale my jesteśmy entuzjastami jako EKRE. To współczesna wersja tego, co przed wojną uważaliśmy za cordon sanitaire, między Niemcami a Związkiem Sowieckim. Ten region ma własną historię, podobieństwa, odrębne interesy od swoich dwóch sąsiadów. Nie musimy wybierać między Rosją a „Czwartą Rzeszą”, możemy żyć w Międzymorzu.

Przeczytaj także:  Sprūds: Łotysze wiedzą, że należy dzwonić do Jarosława Kaczyńskiego. Ale Międzymorza z nami nie będzie

Czy to ostatnie powinno obejmować Białoruś i Ukrainę, jak na waszej mapce?

To zależy w jakim kierunku posunie się sytuacja w tych krajach. Z Białorusią na obecnym etapie ciężko się współpracuje, zaś Ukraina jest „failed state”.

Jak Pan ocenia sytuację na Ukrainie?

Żaden kraj nie jest w stanie być rządzonym przez kleptokrację, a jednocześnie dobrze funkcjonować. Po Majdanie nic w tej dziedzinie się nie zmieniło, jest nawet gorzej. Jest gigantyczna korupcja, wszyscy kradną. Ja nie byłem już dawno na Ukrainie, ale członkowie EKRE wizytowali ten kraj i mieli ponure wrażenia. Tak więc powtarzam, Ukraina to jest dla mnie „failed state”.

Czy wasza partia ma związki z ukraińskimi nacjonalistami?

Niezbyt. Spotkałem się z paroma osobami z partii „Samopomoc”.

Przeczytaj także:  Generał Pēteris Radziņš. Przyjaciel Polski i Ukrainy, sympatyk Międzymorza

A jak wygląda wasza współpraca międzynarodowa?

Mamy kontakty w Szwecji, w Finlandii, zarówno ze „Szwedzkimi Demokratami”, jak i „Prawdziwymi Finami”, na Węgrzech, gdzie współpracujemy z Fideszem i Jobbikiem czy w Niemczech z Alternatywą dla Niemiec. Nasze kontakty są jednak dość słabe. Osłabła także współpraca w ramach państw bałtyckich, choćby z Litwą.

Czy widzi Pan obecnie w Europie liderów, z którymi zgadzałby się Pan i identyfikował?

Jestem suwerenistą, więc nie chcę identyfikować się z polityką francuską czy niemiecką. Podziwiam Matteo Salvini we Włoszech. Marine Le Pen może byłaby dobra, ale jest zbyt lewicowa dla mnie. Jest na pewno francuską patriotką. Zastosowano wobec niej paskudne metody, podobnie jak wobec Geerta Wildersa w Holandii. To nie jest demokracja.

Wracając do wyborów do Riigikogu w marcu 2019 roku. Jakie trzy główne propozycje ma Pan dla Estończyków?

Na początku października zaprezentowaliśmy nasz pakiet ekonomiczny, czyli EKRE-nomikę. Obiecujemy zarówno niskie podatki, w tym obniżenie VAT, specjalne przywileje dla rodzin. Uważamy, że obciążenie podatkowe w Estonii jest po prostu za duże. Chcemy pozbyć się biurokracji. Niestety większa część z niej pochodzi z Brukseli. Chcemy obniżyć wydatki sektora budżetowego. Planujemy obniżyć koszty energii. Dwie trzecie tych kosztów jest zawinionych przez samych polityków. Naszym planem jest także pozbycie się różnych monopoli. Chcemy uczynić Estonię bardziej konkurencyjnym krajem. To co chcemy zaproponować jeszcze, wzorem Polski, to radykalna reforma systemu sprawiedliwości, w tym sądów, a także prokuratury. Mam bowiem wrażenie, że staliśmy się państwem policyjnym, a cywilna kontrola nad różnymi służbami jest iluzją. Kolejne zmiany chcemy wprowadzić w służbie zdrowia. Nie może być tak, że przeciętny Estończyk czeka rok na wizytę w szpitalu. To się musi zmienić.

Dziękuję za rozmowę.

Tomasz Otocki
Tomasz Otocki
W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here