"Adieu, Atlantis", Valentina Freimane Osiem lat wcześniej dzięki pomocy jej byłego ucznia, reżysera Alvisa Hermanisa, który wyłożył na to swoje środki, ukazała się na Łotwie książka „Ardievu, Atlantīda!” („Atlantydo, żegnaj!”), będąc podsumowaniem życia Freimane w świecie, który bezpowrotnie zniknął. W 2015 r. publikacja została wydana także w Niemczech pod tytułem „Adieu, Atlantis” i zainteresowała lokalną prasę. Ma to związek nie tylko z tym, że tematyka Holocaustu do dziś jest u naszego zachodniego sąsiada tematem niejako obowiązkowym – przynajmniej wśród niemieckiej inteligencji. W Berlinie trzy lata temu według wspomnień Freimane wyreżyserowano operę „Valentina”. Sama Valentina Löwenstein, zamężna Freimane, była łącznikiem między kulturą żydowską, łotewską i niemiecką. Wyrosła w oświeconym środowisku Żydów ryskich, w których nie mówiło się już jidysz, ale językiem Goethego i Rainisa.
Mleko i masło z Łotwy Urodziła się w 1922 roku w Rydze jako córka Leopolda Löwensteina, z wykształcenia prawnika, oraz matki Ewy Lulow. W książce spotkamy zresztą wiele informacji na temat jej rozgałęzionej familii. Dzieciństwo Valentina spędziła w Paryżu i Berlinie. W stolicy Niemiec jej ojciec zatrudniony był jako prawnik w koncernie chemicznym IG Farben i niemieckiej wytwórni filmowej UFA. Stąd przez mieszkanie Löwensteinów przewijało się mnóstwo aktorów, artystów, reżyserów. Kontakt z nimi należał do codzienności. Kwaterą żydowskiej rodziny z Rygi była ulica Meinekestraße, gdzie obecnie znajduje się hotel Residenz Berlin. W tym domu przez pewien czas mieszkała czeska aktorka rodem z Galicji Anny Ondra z reżyserem Karelem Lamačem. Dziewczynka miała także kontakt z amerykańskimi reżyserami żydowskiego i niemieckiego pochodzenia Anatolem Litvakiem oraz Henrym Kosterem. Przy Meinekestraße pojawiał się Oscar Dancigers, zaś matka Valentiny przyjaźniła się z węgierską aktorką Ágnes Esterházy oraz niemiecką aktorką Agnes Petersen. Małą Valentinę, której od dziecka prawdziwe życie mieszało się z kinem, wychowywała guwernantka, zaś pensję, w której mieszkała rodzina, prowadziła stara Niemka z Łotwy, Frau Bergfeld. To ona dbała, by w mieszkaniu zawsze było masło i śmietana z Rygi, którą wtedy w Berlinie normalnie można było nabyć i którą ceniono o wiele bardziej niż niemieckie produkty mleczne. Inflanty miały swoją renomę. Nawiasem mówiąc piękny fragment przedwojennej normalności, gdy żyliśmy we wspólnej Europie. Kosmopolitycznej Europie, którą za chwilę podepczą naziści. „Na początku lat trzydziestych, do pensjonatu, w którym mieszkaliśmy w Berlinie, wprowadziła się rodzina Schönmannów. Małżonkowie w ogóle do siebie nie pasowali. Stanisław Schönmann, pół-Polak, pół-Żyd, jego żona była z kolei Finką. Między sobą rozmawiali po rosyjsku, a on nazywał swoją żonę…Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

