Pomysł na tę książkę jest niezwykły. Najlepiej jest on widoczny przy lekturze spisu treści. Siedemdziesiąt wierszy ma tytuły stanowiące imiona, tytuły bądź inne oznaczenia różnych kobiet. Co więcej, nazwy te są poukładane alfabetycznie (chapeau bas dla tłumaczki za oddanie tej kolejności w polszczyźnie niemal w idealny sposób). Dopiero ostatni wiersz odstaje od przyjętej metodologii i jego tytułem jest incipit. Podobna tym zabiegom systemowość w komponowaniu projektów poetyckich zawsze mnie urzeka i kieruje do nieodwracalnych zachłyśnięć kronikarską ścisłością Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego. Przyjmując za dobrą monetę brzmienie tytułu, a to zawsze trzeba zrobić, otwierając książkę z poezją, przychodzą mi na myśl dwa skojarzenia. Po pierwsze chcę wspomnieć, że różnego rodzaju listy obecności, czy to w formie szkolnego dziennika, czy w luźniejszej formie, są odgórnym obowiązkiem wynikłym z łaski mniej lub bardziej żywotnych instytucji. Warto o tym pamiętać. Po drugie taka lista może badać coś, co jest szczególnie warte zbadania, a więc obecność. Pojęciu temu współczesna filozofia pozwoliła w wyrazisty sposób dojść do głosu. Obecność jest bardzo efemeryczna, niejasna w przejawianiu swojej żelaznej ścisłości. Intuicja poetycka jest szczególnie predestynowana do badania tego waloru. I temu być może służy owa lista. Sprawozdając swoją lekturę Listy obecności, będę tu mówił nie tyle o wątkach, choć to…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

