Alvydas Šlepikas to litewski poeta, pisarz i aktor. Przez cztery lata kierował tygodnikiem kulturalnym „Literatūra ir menas” („Literatura i sztuka”), w którym pracuje do dziś. Do tej pory wydał dwa tomiki poezji i zbiór prozy. „Mam na imię Marytė” jest jego powieściowym debiutem, który został w 2012 roku uznany za najlepszą litewską książkę. Jego twórczość była tłumaczona na dziesięć języków. Wilcze dzieci Šlepikas pisząc „Mam na imię Marytė” inspirował się losami dwóch kobiet – Renate i Renaty, które w dzieciństwie były „wilczymi dziećmi”. Ich historie posłużyły do stworzenia głównej bohaterki powieści – Renaty, która później poszukując schronienia na Litwie, dla obcych i często nieprzyjaznych osób, staje się Marytė. W krótkim posłowiu do powieści autor przybliża motywacje, które stały za napisaniem tej powieści. Wyczytać możemy, że zagadnienie „wilczych dzieci” („Wolfskinder”) jest mało znane także w Niemczech i na Litwie. „Wilcze dzieci” pojawiły się na terenie Prus Wschodnich i Litwy w 1945 roku, po przejęciu tego obszaru przez Armię Czerwoną. Przejście frontu, działania wojenne, nieludzkie traktowanie niemieckiej ludności zajętych ziem pruskich oraz skrajna bieda doprowadziły do osierocenia dziesiątek tysięcy dzieci. Ojcowie ginęli na frontach, a matki stawały się ofiarami głodu, chorób i nieprzyjacielskich żołnierzy. Szacuje się, że „wilczych dzieci” było od 10 tys. do 25 tys. Przeprawiały się przez Niemen – w książce przechodzą po skutej lodem rzece w czasie ostrej zimy 1946 roku – na Litwę, by tam szukać schronienia. Niemieckie sieroty ukrywały się w lasach, podejmowały się prac najemnych i żebrały o pożywienie i schronienie u litewskich chłopów. Wiele z tych dzieci zostało adoptowanych przez litewskie rodziny. Litwini często przygarniali dzieci, by mieć dodatkowe ręce do pracy w swoich gospodarstwach. Według historyków większości z tych dzieci nie udało się przetrwać. Część z niemieckich sierot trafiła do sowieckich domów dziecka, skąd część została później wysłana do NRD. Przed upadkiem Związku Sowieckiego i po odzyskaniu przez Litwę niepodległości, wiele z „wilczych dzieci” wracało do swoich niemieckich korzeni odzyskując nazwiska i ucząc się niemieckiego, a także poszukując swojego rodzeństwa (przybrane rodziny najczęściej brały pod swój dach tylko jedno dziecko rozdzielając rodzeństwa). Obecnie w Wilnie działa stowarzyszenie „Edelweiß-Wolfskinder” (pol. „Szarotka – Wilcze dzieci”) skupiające powojenne „wilcze dzieci”. W Polsce o „wilczych dzieciach” można było już przeczytać w książce Ingeborgi Jacobs „Wilcze dziecko. Niezwykła historia Liesabeth Otto urodzonej w Prusach Wschodnich” wydanej przez Świat Książki w 2012 roku. Mam na imię Marytė Tytułowa Marytė, zanim ukryła swoje niemieckie pochodzenie za litewskim imieniem, nosiła imię Renata. Šlepikas w swojej powieści przybliża dramat ludności cywilnej zajętych przez armię czerwoną Prus Wschodnich. Autor ukazuje zniszczone, głodujące, bite i gwałcone Prusy Wschodnie z perspektywy dzieci i kobiet, a więc mimowolnych i najsłabszych uczestników wojny i powojennego „wyrównywania rachunków”. W 1945 roku najdalej na wschód wysunięty obszar międzywojennych Niemiec stał się łupem, na którym wszelkie prawa zastąpiło jedno – prawo silniejszego: to żądni zemsty sowieccy sołdaci stali się wówczas panami życia i śmierci, kierowali swoją beznamiętną agresję przeciwko kobietom i dzieciom pozostałym na spalonej (lub zmrożonej) wojną pruskiej ziemi. Jakby symbolicznie i natura jest pozbawiona uczuć i emocji, bo akcja powieści przypada na wyjątkowo ciężką zimę roku 1946. Młoda bohaterka powieści Alvydasa Šlepikasa wraz z rodziną ukrywa się w szopie, przy ich dawnym domu, z którego zostali wyrzuceni, by zrobić miejsce napływającym ze Związku Sowieckiego migrantom. Matki dzieci beznadziejnie i z narażeniem siebie na gwałty i pobicia poszukują jedzenia, starsze dzieci udają się w dalekie wędrówki na litewski brzeg Niemna, by tam spróbować szczęścia i wrócić z plecakiem podstawowych produktów. Te wędrówki – czy to po wcześniej znanym i przyjaznym pruskim miasteczku, czy do obcego kraju – wystawiają tułaczy na bezsensowną agresję. Wkrótce niemieckie dzieci – za sprawą wyjątkowo często…
Treść dostępna dla prenumeratorów
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!

