Plakaty promujące "Tajemnicę państwową". Zdj. UlvyDs / Facebook.

Na dworze szafirowej królowej – recenzja filmu „Tajemnica państwowa”

-

Twórcy dokumentalnej biografii „Tajemnica państwowa” o prezydenturze Dalii Grybauskaitė skorzystali z gościny, jakiej udzieliła im prezydencka kancelaria. Dzięki temu o politycznej kuchni dowiadujemy się z ust głównej bohaterki filmu oraz jej najbliższych współpracowników. Niemal wszyscy rozmówcy indagowani przez twórców filmu zgodnie chwalą odchodzącą prezydent. Na krytykę i trudne pytania w filmie Donatasa Ulvydasa zabrakło miejsca.

„Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze!” – mówi Pan Bóg do malarza Jana Styki w wyświechtanej anegdotce. Wszyscy ją dobrze znamy, bo powtarzamy do znudzenia, gdy chcemy wepchnąć szpilę artyście, który tak bardzo się trudził nad sportretowaniem swojego modela, że wyszedł mu z tego nie uczciwy i wiarygodny wizerunek, ale przesłodzona laurka. Portretowanego chcielibyśmy zobaczyć jako człowieka z krwi i kości, z wszystkimi jego wadami i zaletami, a nie spiżowego herosa. Artyści, którzy takie laurki tworzą, zdają się nie dostrzegać, że swoim bohaterom bardziej w ten sposób szkodzą, niż pomagają.

Nie dostrzega tego chyba także litewski reżyser Donatas Ulvydas, twórca dokumentu o prezydenturze Dalii Grybauskaitė pt. „Tajemnica państwowa” („Valstybės paslaptis”). Tego, że rzemiosłem filmowym potrafi posługiwać się sprawnie, 44-letni Ulvydas dowiódł przed paroma laty, kręcąc „Tadasa Blindę” – nazywaną pierwszym litewskim blockbusterem opowieść o XIX-wiecznym litewskim rozbójniku. Później była „Emilia z alei Wolności” – osadzona w realiach Kowna lat 70. opowieść o młodzieżowym buncie. Ulvydas od dawna już kręci także teledyski i filmy dokumentalne. Słowem, gorące nazwisko litewskiej kinematografii.

Tym razem reżyser przymierzył się do poważnego politycznego tematu. Moment wydawał się odpowiedni. Druga prezydencka kadencja Dalii Grybauskaitė dobiegała końca. Dekada jej rządów prosiła się o podsumowanie. Rzetelne, gruntowne i szczere. Nie był to czas prezydentury „żyrandolowej”. Dalia Grybauskaitė odcisnęła swój wyraźny ślad na litewskim życiu politycznym. Przez wielu podziwiana za stanowczość i upór w dążeniu do celu, ale czasem krytykowana za apodyktyczność i brak elastyczności. Wydaje się, że przynajmniej wśród litewskich liderów opinii tych pierwszych było więcej.

Startując w 2009 roku w wyścigu prezydenckim, Dalia Grybauskaitė rozstrzygnęła wybory na swoją korzyść już w pierwszym podejściu. Druga tura była niepotrzebna. Litwinom spodobały się jej pryncypialność i międzynarodowy sznyt. Bądź co bądź wracała wówczas do Wilna po pięciu latach spędzonych w Brukseli na stanowisku eurokomisarza odpowiedzialnego za budżet. A że akurat wówczas w Litwę uderzył kryzys finansowy, to coraz częściej łapiący się za portfele Litwini oczekiwali, że kto jak kto, ale właśnie specjalistka od budżetu znajdzie remedium na gospodarcze kłopoty kraju, całkiem niedawno zaliczanego do grona „bałtyckich tygrysów”.

Dziesięć kolejnych lat nie było usłanych różami. I w krajowej, i w międzynarodowej polityce prezydent Litwy musiał mierzyć się z rozmaitymi przeciwnościami. Stosunki z kolejnymi premierami, ministrami, przewodniczącymi Sejmu cechowała jeśli nie wrogość, to co najmniej „szorstka przyjaźń”, nawet w przypadku rządu sympatyzujących z Grybauskaitė konserwatystów. W polityce zagranicznej kompletnym fiaskiem zakończyły się próby nawiązania dialogu z Moskwą i z Mińskiem. Na długo powiało chłodem w relacjach polsko-litewskich. Niektórzy komentatorzy, szczególnie polscy, uważają, że głównie z winy samej pani prezydent, która wobec Polski kierowała się niezrozumiałą antypatią.

Przeczytaj także:  Tomas Janeliūnas: Grybauskaitė zawiodła się na Polsce

Jak widać choćby z powyższej krótkiej charakterystyki filmowiec chcący podsumować prezydenturę Grybauskaitė, miałby mnóstwo tematów do eksplorowania. I wiele pytań. Co skłoniło brukselską urzędniczkę, której nikt nie zamierzał się pozbywać z Komisji Europejskiej, by rzucić się w wir krajowej polityki, nie szczędzącej jej samej przykrości? Skąd pomysł, by po niedawnej agresji na Gruzję szukać porozumienia z Rosją, wiedząc że u steru władzy pozostaje ten sam Władimir Putin? Paść musiałyby i pytania mniej wygodne, jak choćby to, czemu legitymację partii komunistycznej oddała dopiero w 1990 roku, na wiele miesięcy po ogłoszeniu przez Litwę niepodległości?

Te kwestie są obecne w „Tajemnicy państwowej”, ale Ulvyadas po prostu się przez nie prześlizguje. Wątpliwości dotyczące Grybauskaitė wcale go nie interesują, bo i sam żadnych wątpliwości nie ma. Czemu daje wyraz w filmie. Sportretowana przez Ulvydasa prezydent Litwy to wielka dama stanu, polityk formatu światowego, przed którą wielcy tego świata chylą czoła, spieszą z uściskami dłoni i pochwałami. Drżą zaś przed nią i knują przeciwko niej wrogowie, tajemniczy oligarchowie, skorumpowani urzędnicy, bo Grybauskaitė swoją bezkompromisowością naruszyła wiele układów. Stąd próby skompromitowania jej, oczerniania jej w mediach.

Ulvydas skorzystał z gościny, jakiej udzieliła mu i jego ekipie prezydencka kancelaria. Dzięki temu o specyfice sprawowania prezydentury dowiadujemy się z ust głównej bohaterki filmu oraz jej najbliższych współpracowników. W filmie wypowiadają się m.in. rzeczniczka prasowa Daiva Ulbinaitė, jej byli i obecni doradcy. Niemal wszyscy rozmówcy indagowani przez twórców filmu zgodnym chórem chwalą odchodzącą prezydent. Prym wśród nich wiedzie pierwszy przywódca niepodległej Litwy Vytautas Landsbergis, roztaczający wizję ciemnych sił, które próbowały zniszczyć Grybauskaitė, bo ta „nie pozwoliła się kontrolować”.

Aby nie powstało wrażenie, że Grybauskaitė chwalona jest jedynie na Litwie – chodzi przecież o udowodnienie, że mamy do czynienia z postacią wybitną na skalę międzynarodową! – Ulvydas sięga też po opinie rozmówców z zagranicy. W superlatywach o litewskiej prezydent wypowiadają się sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg i przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker. Oraz, oczywiście, Angela Merkel. Przez ostatnie lata komentarze przychylnych litewskiej prezydent dziennikarzy i polityków kazały przecież myśleć, że Grybauskaitė łączą z niemiecką kanclerz szczególne więzi przyjaźni.

Kolejne zwrotki pieśni pochwalnej pod adresem pani prezydent przetykane są zdjęciami z codziennej pracy jej kancelarii i archiwalnymi materiałami. Widzimy, jak Grybauskaitė wygłasza tyrady przeciwko korupcji i zawłaszczaniu państwa przez oligarchów, ostrzega przed zagrożeniem ze strony Putina, odwiedza jednostki wojskowe, wita się ze światowymi liderami, ale i lokalnymi celebrytami, znanymi wyłącznie litewskiemu widzowi. Kiedy jednak na jej temat wypowiadają się partnerzy zagraniczni, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że to wyuczone formułki, których przy innej okazji nie szczędziliby jakiemukolwiek innemu europejskiemu przywódcy, z krnąbrnym Viktorem Orbánem włącznie.

Głosy krytyczne pod adresem prezydent w tym filmie właściwie nie padają. W świecie wykreowanym przez Dontasa Ulvydasa jedynymi, którym mogła się nie podobać jej prezydentura byli ci, których interesy naruszyła swoimi działaniami. Stąd oszczercze kampanie w mediach, wyciąganie tzw. kompromatów, próba zdyskredytowania wydaniem skandalizującej biografii pt. Czerwona Dalia. Jedyny moment, w którym Grybauskaitė mówi o swojej komunistycznej przeszłości, to wystąpienie na zjeździe organizacji byłych zesłańców i więźniów politycznych. Prezydent, broniąca patriotycznych wartości, jest przyjęta oklaskami. Narodowa absolucja się dokonała.

W filmie wspomina się o sprawie ujawnienia przez Daivę Ulbinaitė nomen omen tajemnicy państwowej (ostatecznie została oczyszczona z zarzutów) i wycieku maili Grybauskaitė, w których uzgadniała działania z liderem litewskich liberałów. Ale Ulvydas nie ciągnie tych tematów, wykorzystuje je, aby raz jeszcze udowodnić, jakimi metodami próbowano atakować Dalię Grybauskaitė. W zasadzie jedyny moment, gdy reżyser sili się na rzetelność, to skandal z tajnymi więzieniami CIA na Litwie. Grybauskaitė nie próbowała wówczas zamieść sprawy pod dywan. W filmie bez ogródek mówi się, na jakie niebezpieczeństwa narazili Litwę pomysłodawcy tamtej operacji. Ale znowuż – temat pojawia się wyłącznie po to, by pokazać, jak twarda i bezkompromisowa była prezydent.

Jest wreszcie wątek polski. Bohaterem filmu – co prawda, tylko trzecioplanowym – jest prezydent Lech Kaczyński. Grybauskaitė czule go wspomina, momentami niczym figurę ojcowską, doświadczonego męża stanu, który wprowadzał ją w świat wielkiej polityki i nigdy nie szczędził ciepłych słów na temat Litwy. Archiwalne materiały z 10 kwietnia 2010 roku nie pozostawiają wątpliwości, że śmierć prezydenta w katastrofie smoleńskiej była dla Grybauskaitė wstrząsem i osobistą tragedią. Złośliwy polski widz zapyta jednak, dlaczego w filmie nie pokazano, jak kilka dni przed katastrofą litewski Sejm „powitał” w Wilnie Kaczyńskiego odrzucając korzystną dla miejscowych Polaków ustawę o pisowni nazwisk?

Film miał swoją krajową premierę 12 kwietnia tego roku, a więc na krótko przed majowymi wyborami prezydenckimi. Donatas Ulvydas nie ukrywał w wypowiedziach dla mediów, że jego film ma być dla widzów przedwyborczą inspiracją. Nie wskazywał konkretnego kandydata, którego powinni poprzeć, a jedynie wartości, jakimi należy się kierować przy wyborze nowego prezydenta. Najlepiej, gdyby był kopią Grybauskaitė, bo ta, „niestety”, nie może kandydować na trzecią kadencję. To znaczy może, ale dopiero za pięć lat, ale… (i taka sugestia pada w filmie).

Rzeczywistość dopisała do filmu nowe zakończenie. Na Litwie wielu komentatorów całkiem poważnie przekonywało, że Grybauskaitė czeka świetlana przyszłość na którymś z kierowniczych stanowisk w Unii Europejskiej. Przecież jest tak chwalona i sama Angela Merkel darzy ją swoją przyjaźnią… Te oczekiwania prysły jak mydlana bańka na przełomie czerwca i lipca tego roku, gdy w nowym europejskim rozdaniu nie znalazło się miejsce dla byłej prezydent Litwy.

Czy Dalia Grybauskaitė wróci jeszcze kiedyś do wielkiej polityki? Czy raz jeszcze pokaże, że potrafi być twardym politycznym graczem? Pozostaje nam czekać na odpowiedź na te pytania. Podobnie jak na rzetelną biografię wileńskiej „Żelaznej Damy”.

Dominik Wilczewski
Dominik Wilczewski
Absolwent Instytutu Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego, doktorant na Wydziale Historyczno-Socjologicznym Uniwersytetu w Białymstoku, starszy analityk w Instytucie Europy Środkowej w Lublinie, interesuje się krajami bałtyckimi, stosunkami polsko-litewskimi i polsko-białoruskimi, był współautorem "Programu Bałtyckiego" w Radiu Wnet, publikował m.in. w "Nowej Europie Wschodniej", "New Eastern Europe" i "Tygodniku Powszechnym".

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here