– Wezwali mnie 8 maja, naczelnik pierwszego oddziału, czyli KGB, w naszym przedsiębiorstwie wręczył mi wezwanie. Zapytałem go, co to jest, a on odpowiedział, że szkolenie. Taka próba, jak szybko rezerwiści przybędą do punktu poborowego. Kiedy pojawił się na miejscu, zrozumiałem, że coś jest nie tak, ponieważ nie działał tam żaden telefon i nikogo stamtąd nie wypuszczali. To było bardzo dziwne. Niedługo później podjechały autobusy, kazali nam wsiadać i zawieźli prosto do jednostki wojskowej. I tylko po pewnym czasie zaczęły się rozchodzić słuchy, że wysyłają nas do Czarnobyla. Ale nam tego nie powiedzieli, w ogóle niczego nie mówili. Dopiero jak już wiedziałem, że to będzie Czarnobyl, udało mi się namówić jednego żołnierza, żeby pozwolił mi zadzwonić do miasta, bo żona całą dobę nie wiedziała, gdzie jestem. Wtedy jej powiedziałem, że jedziemy do Czarnobyla. To wspomnienie Vairisa Mētry – łotewskiego plutonowego rezerwy, który był jednym z wielu dziesiątek tysięcy likwidatorów czarnobyl...
Pozostało jeszcze 92% artykułu.
Prenumeruj i wspieraj Przegląd Bałtycki!
Zyskaj dostęp do setek eksperckich artykułów poświęconych państwom regionu Morza Bałtyckiego.


