Felix Ackermann: Niemcy, nie mówcie o „białej Rosji”, mówcie o Białorusi!

-

Kolegium Białorusko-Niemieckiej Komisji Historycznej wystosowało w lipcu 2020 roku nasze wytyczne co do nazwy Białorusi po niemiecku. Były one dość prowokacyjne, dlatego że proponujemy nie tylko „Belarus” jako nową nazwę kraju, ale i „belarusisch” przez jedno „s” dla przymiotnika „białoruski”. Okazało się, że moment był dobry, dlatego że niemieckie MSZ, telewizja publiczna oraz agencja prasowa DPA stosowały już nową formułę „Belarus”. Ale przede wszystkim była wola w redakcjach, aby się przekonać do głównego argumentu: społeczeństwo białoruskie ma prawo być postrzeganym przez Niemcy jako podmiot historyczny, a nie jako część historycznej Rosji. Za tym się również kryje problem semantyczny, że po niemiecku nie ma dzisiaj jasnego podziału na Ruś i Rosję, jest tak, że te pojęcia nakładają się na siebie jako russisch” – mówi w rozmowie z Przeglądem Bałtyckim niemiecki historyk, dziennikarz i publicysta Felix Ackermann.

Felix Ackermann. Zdj. Jan Zappner.

Felix Ackermann urodził się w 1978 roku w Berlinie Wschodnim. Studiował kulturoznawstwo, historię i politologię na Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą oraz na London School of Economics. Przez kilka lat mieszkał na Białorusi, prowadził bloga poświęconego mieście Elizy Orzeszkowej, napisał pracę historyczną Palimpsest Grodno. Nationalisierung, Nivellierung und Sowjetisierung einer mitteleuropäischen Stadt 1919–1991 („Palimpsest Grodno. Nacjonalizacja, niwelacja i sowietyzacja środkowoeuropejskiego miasta w latach 1919–1991”). W latach 2011–2016 wykładał jako profesor wizytujący z ramienia Niemieckiej Centrali Wymiany Akademickiej (DAAD) na European Humanities University w Wilnie, gdzie kierował Centrum Niemcoznawstwa. Wspólnie z Uniwersytetem w Wilnie powołał do życia Colloquium Vilnense. Od lutego 2016 roku w ramach projektu naukowego Niemieckiego Instytutu Historycznego w Warszawie pracuje nad tematem „Historia więziennictwa Rzeczypospolitej w czasach rozbiorów”. Mieszka w Polsce.

Tomasz Otocki, Przegląd Bałtycki: Jak oceniasz reakcję Niemiec na sytuację na Białorusi? Wiemy, że Angela Merkel rozmawiała z Władimirem Putinem na temat sytuacji w Mińsku, Niemcy potępiają przemoc i są zwolennikami pokojowych rozmów, na które szans wciąż nie widać. Czy reakcja „wielkiej koalicji” na przemoc na Białorusi jest adekwatna czy wciąż czegoś brakuje?

Felix Ackermann: Niemcy jako państwo boją się bardziej niż Litwa lub Polska. Elity polityczne obawiają się, że zarzuci im się próby wtrącania w wewnętrzne sprawy Białorusi. Poza tym mają wspólne interesy z Władimirem Putinem i nie chcą, aby zaostrzony konflikt wokół Białorusi zakłócał relacje na linii Berlin-Moskwa. Bardzo długo milczała Angela Merkel, ale i ambasador Niemiec w Mińsku Manfred Huterer pojawił się publicznie u boku innych ambasadorów UE dopiero przy złożeniu kwiatów w miejscu śmierci jednej z ofiar pacyfikacji protestów. Dla mnie ciekawe jest to, że Angela Merkel w tym przypadku broni w pierwszej kolejności interesów strategicznych Niemiec, nie wspominając publicznie o swoim doświadczeniu z 1989 roku, kiedy w NRD panowała sytuacja podobna do obecnej sytuacji na Białorusi. I tu, i tam naród był zaskoczony, że potrafi się zjednoczyć przeciwko dygnitarzom, w momencie gdy przedstawiciele państwa próbują jeszcze siłą kontrolować protest.

Przeczytaj także:  Białoruś oczami Niemca. Bałtycki łańcuch po ponad trzech dekadach

Przeczytaj także:  Białorusini protestują, Litwini wspierają

Pochodzisz z Niemiec Wschodnich, widzisz jakieś wspólne cechy obecnego protestu na Białorusi i protestów w 1989 roku w Berlinie, Dreźnie, Lipsku?

Dla mnie głównym podobieństwem jest niepewność i gwałt: nikt nie wie, co będzie za dwa tygodnie, a więc każdy wybór jednostki jest egzystencjalny. Drugie podobieństwo sytuacji NRD i Białorusi tłumaczy bardziej dość bierny stosunek Niemiec Angeli Merkel do tego, co się dzieje w Mińsku: sytuacja geopolityczna Białorusi. W przypadku NRD w 1989 roku mieliśmy Związek Sowiecki i pierestrojkę Gorbaczowa, która wpływała na Niemcy, a dziś mamy putińszczyznę. Myślę, że nie tylko politycy niemieccy, ale i redaktorzy oraz obywatele Niemiec nadal myślą, że istnieje jakaś niepisana formuła pierwszeństwa. Najpierw reaguje Moskwa, później my.

Jakiś czas temu zainicjowałeś akcję, by w niemieckich mediach nie nazywać Białorusi „Weißrussland” (dosł. „Biała Rosja”, w podobny sposób nazywają Białoruś Holendrzy i Szwedzi: „Wit-Rusland” i „Vitryssland”). Proponujesz nazwę „Belarus” i przymiotnik „belarusisch”. Skąd taki upór u Ciebie, dlaczego uważasz to za ważne?

To nie ja sam, ale całe kolegium Białorusko-Niemieckiej Komisji Historycznej wystosowało w lipcu 2020 roku nasze wytyczne co do nazwy Białorusi po niemiecku. Były one dość prowokacyjne, dlatego że proponujemy nie tylko „Belarus” jako nową nazwę kraju, ale i „belarusisch” przez jedno „s” dla przymiotnika „białoruski” (słowo rosyjski „russisch” pisze się po niemiecku przez dwa „s” – przyp. red.). Okazało się, że moment był dobry, dlatego że już niemieckie MSZ, telewizja publiczna oraz agencja prasowa DPA stosowały nowa formułę „Belarus”. Ale przede wszystkim była wola w redakcjach, aby się przekonać do głównego argumentu: społeczeństwo białoruskie ma prawo byś postrzeganym przez Niemcy jako podmiot historyczny, a nie jako część historycznej Rosji. Za tym się również kryje problem semantyczny, że po niemiecku nie ma dzisiaj jasnego podziału na Ruś i Rosję, a raczej te pojęcia nakładają się na siebie jako „russisch”.

Próbowano kiedyś używać nazwy Weißtruthenien (dosł. „Biała Ruś“), ale to się kojarzyło z brzydką epoką historyczną.

Tak, to prawda, jeszcze w połowie XX wieku mieliśmy w Niemczech w obiegu pojęcie „Weißtruthenien“, ale my uznaliśmy, że nie należy do niego powracać, dlatego że nosi stygmat podwójnego kolonialnego projektu okupacyjnego z dwóch wojen światowych (Białoruś była okupowana przez Niemcy w latach 1915–1919 oraz 1941–1944 – przyp. red.). Dla mnie jest jasne, że fakt, iż udało się teraz przekonać niemieckie media do pojęcia „Belarus”,  jest z jednej strony związany z realnym zagrożeniem wtrącania się Rosji do spraw białoruskich, z drugiej zaś strony na naszych oczach w społeczeństwie białoruskim budzi się nowa forma obywatelskiego patriotyzmu, a więc mamy do czynienia realnie z nową Białorusią, która po niemiecku otrzymała słusznie nową nazwę. Dodam tylko, że wydawnictwo „Springera” oraz szwajcarskie „Neue Zürcher Zeitung” nie stosują się do naszej propozycji , zaś wielu kolegów nie udało się przekonać do „belarusisch” przez jedno „s”. Ale pokazaliśmy, że i niemiecki język da się zmienić, i to w przypadku Białorusi dużo znaczy.

Przeczytaj także:  Białoruś: To więcej niż protest, to przebudzenie narodu

W jakim kierunku według Ciebie pójdzie sytuacja na Białorusi? Czy przemocowy dyktator utrzyma się, jeśli tak, czego możemy oczekiwać przez najbliższe lata?

Białoruś to już dzisiaj jest inny kraj, dlatego że nowa świadomość własnej podmiotowości setek tysięcy osób nie da się zepchnąć na bok. Ona się przejawiła i będzie trwała. Pozostają natomiast trzy inne wymiary rzeczywistości białoruskiej, a nawet wyraźniej się zarysowują: tak jak w Rosji mamy do czynienia z państwem ukradzionym własnym obywatelom przez ugrupowanie kryminalne. Oni bronią własnego monopolu władzy siłą, w przypadku Białorusi ta grupa liczy od 25 do 120 tysięcy osób, w zależności od sposobu liczenia. Masowy pokojowy protest przeciwko Łukaszence nie przekreśla istnienia tej grupy i ich praktyk zawłaszczania państwa białoruskiego. Po drugie, państwo związkowe pomiędzy Rosją a Białorusią (porozumienie zawarto w 1999 roku – przyp. red.) mylnie uważano za sztuczny twór istniejący jedynie na papierze. Ja już wcześniej zwróciłem uwagę na to, że to nie jest prawdą. Dzisiaj widzimy, że realna integracja przybiera coraz to nowe, groźne formy: użyczenie przez Rosję dziennikarzy, specjalistów ds. technologii społecznych czy nawet sił zbrojnych to nowe oblicze realnej integracji. To znaczy, że punkt pierwszy jeszcze się wzmacnia poprzez braterską pomóc dwóch kryminalnych reżimów, którzy sobie nawzajem pomagają. Po trzecie, Alaksandr Łukaszenka też ma własny twardy elektorat, który nadal go wspiera. Nie jest to jedna trzecia społeczeństwa, ale też nie jest to 3% jak mówi hasło w kampanii wyborczej opozycji. Wszystkie trzy punkty razem dla mnie są powodem, aby nie liczyć na nagły koniec władzy Łukaszenki. Ale doświadczenie NRD pokazało, że państwo opierające się na przemocy milicyjnej jest bytem tymczasowym i może w każdej chwili upaść jak domek z kart. Dlatego liczę na dłuższy proces przemian. Musimy się nastawić na jesień represji i możemy wierzyć, że to rozszerzone, piękne, silne społeczeństwo obywatelskie szybko się nie podda.

Obserwujesz sytuację na Białorusi, mieszkając w Warszawie. Jak to wpływa na postrzeganie przez Ciebie rzeczywistości w Polsce?

Ja w Warszawie zajmuję się historią więziennictwa i mam taką hipotezę roboczą, że więzienia są takim inkubatorem przemian społecznych oraz przestrzenią, w której zmiany państwowości są widoczne wcześniej i wyraźniej niż w innych przestrzeniach. Stwierdzam z przykrością, że ta hipoteza niestety się sprawdza w obecnych realiach białoruskich. Opowieści o torturach na więźniach przy ulicy Okrestina oraz w miejscowości Żodzina miały decydujący wpływ na podtrzymanie protestów 12 i 13 sierpnia. Stopień oburzenia publicznego był tak wielki, że nie tylko kobiety masowo tworzyły łańcuchy solidarności, ale i robotnicy w wielkich zakładach państwowych przystąpili do strajku.

Po wyborach 9 sierpnia przez dwa tygodnie bez przerwy i w gorączkowej atmosferze śledziłem najnowsze posty moich przyjaciół i kolegów z Białorusi. Tak jak w Warszawie mam zwyczaj słuchać na zmianę radia TOK FM, jak i Polskiego Radia 24, tak i teraz starałem się zaglądać zarówno do portali obrońców praw człowieka, opozycji białoruskojęzycznej, jak i do stron państwowych mediów. Jako historyk widzę wiele podobieństw obecnej walki w Mińsku i Grodnie z sytuacją w PRL w końcu lat siedemdziesiątych, ale jako obywatel widzę niestety również sporo podobieństw z chwilą obecną we wciąż demokratycznej Polsce.

Co masz na myśli?

Poziom propagandy TVP oraz Telewizji Białoruskiej w 2020 roku jest podobny. Tu i tam przedstawiana jest rzeczywistość równoległa, która symbolicznie i praktycznie wyklucza sporą część społeczeństwa, ich poglądy, doświadczenia oraz pragnienia.  Po drugie, język państwa i jego najwyższych przedstawicieli zarówno na Białorusi, jak i w Polsce jest językiem nienawiści i wykluczenia, który w sposób cyniczny dla krótkofalowych celów na długo pogłębia podział społeczeństwa zamiast dążyć do łagodzenia lub konsolidacji. Po trzecie, Polska tak jak i Białoruś, przedstawiane są zarówno w telewizji jak i w wypowiedziach polityków wyższego szczebla jako ofiara niewidocznego, tajnego, ale umyślnego zagrożenia zewnętrznego, które się kryje na Zachodzie. Po czwarte, wydłuża się specjalnie cień II wojny światowej, aby dać temu zagrożeniu wymiar realny i niezmienny. Z perspektywy Łukaszenki za Unią Europejską kryje się Polska, a z perspektywy Kaczyńskiego za Unią Europejską stoją Niemcy. Ponadto granice prawa można przesuwać, aby w przestrzeni publicznej zaistniał symboliczny porządek bliski rządzącym. Przesunięcie zaczyna się od słów wykluczenia, a podparte jest czynem policji, która podczas niedawnych protestów złamała tabu nietykalności cielesnej protestujących.

Boisz się o to, co się dzieje w Polsce?

Powyżej podane punkty dla mnie są przerażające – każdy z nich świadczy o tym, że w Mińsku nie dzieje się dobrze. Jednak słaba pozycja Polski w Unii Europejskiej jest również związana z tym, że w przestrzeni politycznej były wprowadzane niektóre technologie i obyczaje, które są u podstaw autorytaryzmu Łukaszenki.

Porównanie Polski i Białorusi jeden do jednego, co czasem czynią krewcy publicyści w Polsce, wydaje się jednak kompletnie bez sensu. Właśnie niedawno sami wybraliśmy sobie prezydenta na kolejną kadencję. I nie było to 80% poparcia.

Oczywiście, to co mówię, nie oznacza, że Polska dzisiaj jest takim samym autorytarnym systemem jak Białoruś. Póki w Polsce trójpodział władzy nie jest do końca zniszczony, przemoc policyjna nie jest na porządku dziennym oraz istnieje cały szereg instytucji, które mają własne zasoby, aby się przeciwstawić rewolucji odgórnej, którą zajmują się politycy Zjednoczonej Prawicy. Dla mnie to co się dzieje w Polsce, jest ostrzeżeniem przed antagonizacją, która może lada moment nastąpić w Niemczech. W tym świetle sytuacja na Białorusi jest ostrzeżeniem przed tym, co może przynieść symboliczna przemoc również w Polsce.

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj