To był także rok Stanisława Narutowicza. Śladami sygnatariusza na Żmudzi

-

Niedawno przy pałacu w Renowie w rejonie możejkowskim odsłonięto pomnik braci Stanisława i Gabriela Narutowiczów. Inicjatywa wyszła od polskiej spółki „Orlen” i lokalnego samorządu. – Po przeszło stu  latach nieobecności, symbolicznie, w postaci pomnika autorstwa wybitnego rzeźbiarza śp. Romualdasa Kvintasa, bracia Stanisław i Gabriel Narutowiczowie wracają do krainy swego dzieciństwa, na Żmudź, do Renowa – deklarował podczas uroczystości szef litewskiego „Orlenu” Michał Rudnicki. Po prawdzie jednak mijający rok w ogóle był rokiem Stanisława Narutowicza. Odbyły się spotkania, konferencje, upamiętnienia. Ważnym akordem tego roku była organizowana przez doktora Jana Skłodowskiego wyprawa na Żmudź połączona z konferencją „Synowie Ziemi Żmudzkiej Bracia Narutowiczowie. Sygnatariusz Aktu Niepodległości Litwy Stanisław Narutowicz i pierwszy prezydent Polski Gabriel Narutowicz”. Podczas imprezy obecny był przedstawiciel Przeglądu Bałtyckiego i Fundacji Bałtyckiej.

Na daleką Żmudź

Jan Skłodowski, spiritus movens wyjazdu, który odbył się w drugiej połowie września, to postać od lat zafascynowana Litwą. W 2014 r. wydał książkę poświęconą cmentarzom polskim na Żmudzi, dwa lata później aktywnie włączył się w rok Henryka Sienkiewicza, organizując wyjazd na Laudę, który miał okazję relacjonować także Przegląd Bałtycki. W tym roku postawił na Narutowiczów. Nie wspomnieć o tych dwóch postaciach w roku stulecia Polski i Litwy byłoby grzechem. Takie określenie chyba jest prawidłowe, choć bracia byli religijnymi sceptykami.

Przeczytaj także:  Kmicicowym szlakiem. Wrześniowy wyjazd na Laudę

Gabriel, urodzony w 1865 r. w Telszach, kształcił się podobnie jak brat w Gimnazjum w Lipawie, później zaś w Petersburgu i Szwajcarii, zostając inżynierem hydrotechnikiem, profesorem Politechniki w Zurychu. Wolna Polska powierzyła mu funkcję ministra robót publicznych, spraw zagranicznych, a także pierwszego prezydenta Rzeczypospolitej. Zginął w grudniu 1922 r. w siedzibie „Zachęty” od kuli fanatyka. Z kolei starszy brat Stanisław, lub jak mówią Litwini Stanislovas, opowiedział się za młodą Republiką Litewską. Prowadził pracę oświatową i kulturalną wśród litewskich chłopów. Był twórcą Republiki Olsiadzkiej. 16 lutego 1918 r. złożył podpis, co ważne w polskiej pisowni, pod aktem niepodległości Litwy zostając jednym z dwudziestu sygnatariuszy, o których do dziś uczą się w szkołach litewscy uczniowie i studenci. Zginął śmiercią samobójczą, nie mogąc pogodzić się z zepsutymi stosunkami polsko-litewskimi, lub co bardziej prawdopodobne, wieloletnią chorobą syna. Nie będziemy przytaczać tutaj jego pełnej, frapującej biografii. Postać Stanisława Narutowicza przybliżył w 2017 r. Przegląd Bałtycki.

Nasz wyjazd rozpoczął się w Warszawie, na placu Teatralnym, gdzie przed wojną urzędował także mający związki z Litwą prezydent Stefan Starzyński.

Przeczytaj także:  Spotkanie Starzyński-Merkys, albo żubr a sprawa polsko-litewska

O szóstej rano wyjechaliśmy w długą podróż, przez Mazowsze, Suwalszczyznę, Godlewo, Kowno, a także litewskie Kroże, w których zrobiliśmy przystanek, poświęcając parę chwil historii Kolegium Jezuickiego funkcjonującego tu przez lata.

Ufundowane przez zwycięzcę spod Kircholmu hetmana Jana Karola Chodkiewicza, rozsławione przez jezuitę Macieja Kazimierza Sarbiewskiego (1595-1640). Sarbiewski, sam wychowanek szkół jezuickich w Pułtusku, nauczał w Krożach poetyki. Przełożeni widząc jego zamiłowanie do łaciny wysłali go na studia do Rzymu. Tutaj rozwinął się jego talent poetycki: za liryki pisane po łacinie zyskał miano „chrześcijańskiego Horacego” i uznanie samego papieża Urbana VIII. Po powrocie do kraju został nadwornym kaznodzieją króla Władysława IV. Z głębi Żmudzi — na dwór papieski i królewski. A wszystko zaczęło się skromnych murach kolegium w Krożach…

Kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Krożach. Zdj. Tomasz Otocki.

– pisała parę lat temu w „Buncie Młodych Duchem” Dorota Giebułtowicz, również uczestniczka naszej podróży śladami Narutowiczów we wrześniu 2018 r. Kogo zresztą na tym wyjeździe nie było? Towarzystwo mieliśmy ciekawe, bo udali się z nami redaktor naczelny „Znad Wilii” Romuald Mieczkowski, inicjator budowy dzwonu „Henryk” w Wodoktach Lechomir Domaszewicz, doktor Stanisław Zawodnik, członek Polonii Szwajcarskiej, szefowa kiejdańskiego oddziału Związku Polaków na Litwie Irena Duchowska, przedstawicielki Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie. Już w Płungianach dołączyli do nas Rajmund Klonowski z „Kuriera Wileńskiego”, a także dziennikarze „Radia znad Wilii” Ewelina Mokrzecka i Antoni Radczenko. Wcześniej przywitał się z nami polski pianista z Litwy Andrzej Pilecki.

Natomiast najważniejszą postacią tego wyjazdu, na którą każdy z nas w jakiś sposób od samego początku zwracał szczególną uwagę, był chyba jednak Mieczysław Ziółek, prawnuk Stanisława Narutowicza, mieszkający na co dzień w Wielkopolsce. Jego wspomnieniom z Litwy poświęcimy jeden z rozdziałów tego tekstu.

W końcu dotarliśmy do Płungian, gdzie zjedliśmy kolację. Przygotowaliśmy się psychicznie na długi, wyczerpujący maraton poświęcony Narutowiczowi. Wszystko zaczęło się następnego dnia od mszy świętej w kościele w Olsiadach, po litewsku Alsėdžiai. To obok Brewików i Telsz jedno z miejsc związanych z historią Narutowiczów. Miejsce, gdzie pochowany został sygnatariusz z 1918 r., a także gdzie funkcjonowała wcześniej wspomniana już chłopska Republika Olsiadzka.

Dalecy krewni

Olsiady, dziesiąta rano. Przed mszą świętą spotykamy krewnych Narutowiczów. Jeden z nich, Statys, wywodzi się z dalekiej, równoległej linii, od brata ojca Stanisława Narutowicza, uczestnika Powstania Styczniowego, Jana. Mieczysław Ziółek z tą częścią rodziny widzi się pierwszy raz. – My wszyscy jesteśmy z Litwy, ale ja mieszkam w Szawlach, podobnie jak mój brat. Drugi brat mieszka w Poniewieżu, zaś siostra w Wilnie. Jestem synem Viktarasa Narutavičiusa, wnukiem Adomasa, prawnukiem Broniusa. Ten ostatni był bratem ciotecznym Stanisława – deklaruje Stasys. Rodzina Stasysa nie mówi już po polsku, niby rozumie, ale rozmawiamy ze sobą po rosyjsku. Stasys jest inżynierem mechanikiem, absolwentem Politechniki Kowieńskiej. Obecnie jest na emeryturze. Siostra Danguolė Narutavičiūtė, absolwentka medycyny, pracuje w Wilnie jako onkolożka.

Do Olsiadów przyjeżdżamy rzadko, ale co roku jesteśmy 16 lutego, w rocznicę aktu niepodległości Litwy, który podpisał Stanisław Narutowicz – deklaruje Stasys.

Mszę święta celebruje ksiądz litewski Tomas Žlibinas, bo kanonik Stanisław Draguła, który miał jechać z nami, a wcześniej towarzyszył nam na Laudzie w 2016 r., rozchorował się. Do kościoła w Olsiadach przychodzą lokalni mieszkańcy, wśród nich mnóstwo młodzieży ze szkoły im. Stanisława Narutowicza, na której powstał w 2018 r. specjalny mural upamiętniający sygnatariusza. Z jego polskim podpisem, dokładnie takim, jaki widnieje na akcie z 16 lutego 1918 r. Po mszy świętej idziemy wszyscy na cmentarz w Olsiadach, gdzie odbywają się specjalne uroczystości, przemówienia, rozmowy inspirowane życiem Stanisława Narutowicza. Okazuje się, że potrzebny jest tłumacz, którym spontanicznie zostaje Andrzej Pilecki.

Uroczystość przy grobie Narutowicza. Zdj. Tomasz Otocki.

Romuald Mieczkowski prosi mnie o wspólne zdjęcie z rodziną Narutowiczów. W trzecim numerze „Znad Wilii” opublikuje obszerną relację z wyjazdu na Żmudź.

***

W Brewikach, w dworku, w którym urodzili się bracia Narutowiczowie, witają nas merowie dwóch zaprzyjaźnionych samorządów, rejonu telszańskiego i rejonu płungiańskiego, Petras Kuizinas i Audrius Klišonis. Dziękują profesorowi Janowi Skłodowskiemu, a także Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie, bez których nie odbyłoby się wspólne polsko-litewskie upamiętnienie Narutowiczów. – Uzgodniliśmy i zrobiliśmy. Ale żeby była przyczyna umawiania się, musi za tym stać jakaś idea. Tę ideę na Żmudź przywiózł właśnie Jan Skłodowski – mówi Petras Kuizinas. – Ačiū, pone Skłodowski…

Jan Skłodowski z właścicielem dworu w Brewikach oraz przedstawicielkami Fundacji Pomoc Polakom na Wschodzie. Zdj. Tomasz Otocki.

W Brewikach próbuję zaczepić młodych ludzi, zapytać, jakie dla nich ma znaczenie, to że pochodzą z ziemi Narutowiczów. Trochę przeszkadza nam grająca europejski hymn orkiestra. – Nasza szkoła w Olsiadach nosi imię Stanisława Narutowicza, co roku upamiętniamy jego urodziny, a także datę 16 lutego – mówią mi uczniowie, ale nie bardzo im ufam, że rozumieją, jakie znaczenie miała dla Żmudzi ta rodzina. Mamy kłopoty z porozumieniem się po angielsku. – Jego żona była nauczycielką – przypominają sobie. To o Joannie Narutowiczowej z domu Billewicz, spokrewnionej z Józefem Piłsudskim, która była dyrektorką polskiej szkoły w Kownie w dwudziestoleciu międzywojennym. Więcej informacji nie mają. Ale nie można się dziwić, gdyby postawić polskich uczniów w takiej sytuacji, również byłoby trudno. Przecież to historia sprzed stu lat. Młodzi żyją przyszłością, Unią Europejską, wyjazdami. Czy Narutowicz byłby zwolennikiem Unii? Ufam, że tak, przecież on chciał łączyć narody, ubolewał nad bardzo złymi relacjami polsko-litewskimi, a niektórzy wciąż utrzymują, że właśnie one były powodem samobójstwa, które nastąpiło w ponury, grudniowy dzień.

Przeczytaj także:  85 lat temu samobójstwo popełnił Stanisław Narutowicz

Młodzi historią nie żyją, ale chwalą się koszulkami z podobizną Stanisława Narutowicza. Ich pomysłodawcą jest Jonas Mockūnas, absolwent szkoły w Olsiadach, obecnie pracownik ambasady litewskiej w Sztokholmie. Po uroczystościach napiszę do niego, bo także chcę mieć koszulki z Narutowiczem, Smetoną czy Stulginskisem.

Udaje mi się w końcu porozmawiać z młodym człowiekiem, dla którego postać Stanisława Narutowicza ma znaczenie. – Przecież to jeden z dwudziestu sygnatariuszy. On jest jednym z nas, mieszkających na tej ziemi. Gdyby nie Narutowicz, nie byłoby was wszystkich tutaj – mówi w rozmowie ze mną urzędnik samorządu płungiańskiego, doradca mera, Mantas Česnauskas. W Brewikach nawiązuję także kontakt z księdzem katolickim, który pochodzi z Płungian i odprawiał mszę za duszę Stanisława Narutowicza. Tomas Žlibinas jest obecnie proboszczem w parafii Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny w Olsiadach. – W czasach sowieckich nie rozmawialiśmy o sygnatariuszach. Wielkim dziełem Stanisława jest akt niepodległości z 1918 r. Natomiast jego śmierć to dla mnie zagadka. Wierzę, że postać Narutowicza przyczyni się do polepszenia polsko-litewskich relacji – deklaruje.

Uroczystość w Brewikach. Zdj. Tomasz Otocki.

Przeczytaj także:  Dzień był mglisty i pochmurny. 99 lat temu uchwalono niepodległość Litwy

Lokalni samorządowcy interesują się nie tylko przeszłością, ale także tym, co jest wyzwaniem obecnie. Sygnatariusze wywalczyli niepodległą Litwę, ale to, jaką treścią się ją wypełni, zależy od współczesnego pokolenia. – Zbudowaliśmy nowy stadion w Płungianach, planujemy także basen, remontujemy drogi. Mamy dotacje z Unii Europejskiej, staramy się wykorzystywać je tak bardzo, jak tylko możliwe. Unia daje nam nie tylko pieniądze, ale także możliwości. To wielka pomoc – opowiada z entuzjazmem Mantas Česnauskas. Czy na to wszystko patrzy gdzieś z daleka Narutowicz? Czy cieszy się, że w 2018 roku zamiast o wojnach, zaborach, deklaracjach niepodległości, dyskutujemy o budowie nowego stadionu czy basenu w Płungianach?

***

Po odwiedzeniu Brewików, udajemy się wszyscy na smaczny obiad do Telsz, przepięknie położonych nad jeziorem. Zwiedzamy katedrę, która obecnie znajduje się w stanie remontu. Wraz z koleżanką z Paryża udaje nam się przechytrzyć obsługę i wdrapujemy się na drugie piętro kościoła. Katedra św. Antoniego Padewskiego powstała w XVIII wieku. Z kolei Telsze status biskupstwa posiadają od 1926 roku. Ciekawe, czy także tutaj modlono się przed II wojną światową po polsku?

Zanim zjemy obiad jeszcze czekają nas przemówienia pod tablicą upamiętniającą braci Narutowiczów, umieszczoną w obu językach na ścianie katedry z inicjatywy Jana Skłodowskiego. Późnym popołudniem wracamy do Płungian, gdzie udajemy się na zwiedzanie Pałacu Ogińskich. Za chwilę rozpocznie się wspaniały recital Andrzeja Pileckiego, wybitnego polskiego pianisty, mającego rodzinne związki z przedwojennym Kownem. Słuchamy Moniuszki, Ogińskiego, Čiurlionisa, Couperina… Andrzej Pilecki wie, jak usatysfakcjonować publiczność. Rzęsistym brawom nie ma końca.

Pod tablicą w Telszach. Zdj. Tomasz Otocki.

Z kolei następnego dnia czeka nas konferencja. Występują tak wybitne postaci jak prof. prof. Alfredas Bumblauskas, Krzysztof Buchowski, Rimantas Miknys. Doktor Stanisław Zawodnik mieszkający w Genewie, kolekcjoner pocztówek i znaczków pocztowych, zabiera nas w podróż szwajcarskimi śladami Gabriela Narutowicza. Profesor Eugenijus Saviščevas rozrysowuje przed nami drzewo genealogiczne Narutowiczów. Echa tej konferencji przedostają się do mediów litewskich. Obszerne relacje publikują „Kurier Wileński”, portal „Wiadomości znad Wilii”, a także wydawany w Stanisławowie „Kurier Galicyjski”.

Przeczytaj także:  Rimantas Miknys: Dzięki obchodom stulecia niepodległości Litwini poczuli, że „państwo to my”

Przeczytaj także:  Rimantas Miknys: Antanas Smetona pogłębił podziały między społeczeństwem a państwem

Samorząd ma swoje plany

Tego samego dnia podążamy na operę „Prūsai“ autorstwa Giedrius Kuprevičiusa. Niestety nie wszystko wszyscy rozumieją, ale powszechne jest docenienie kunsztu litewskich artystów. Po wspaniałej sztuce, którą odegrał przed nami Państwowy Teatr Muzyczny z Kłajpedy pod batutą Giedriusa Vaznysa, zaczepiam mera Płungian, Audriusa Klišonisa, reprezentującego Ruch Liberałów. – Mamy dużo ze sobą wspólnego jako Polska i Litwa. Cieszę się, że na konferencji w pałacu w Płungianach, podobnie jak podczas całej tej imprezy, poruszano rzeczy, które łączą, a nie dzielą. Zarówno Piłsudski, Narutowicz czy Biržiška należą do naszej wspólnej historii. Mamy wspólne korzenie. Pamiętamy o związkach Stanisława Narutowicza z naszą ziemią, choćby o Republice Olsiadzkiej. Co rejon płungiański planuje w związku z jubileuszem stulecia Litwy? – Będziemy odnawiać centrum Olsiad, chcemy upamiętnić zarówno Stanisława Narutowicza, ale także innego sygnatariusza, który pochodzi z Olsiad, mam na myśli Jonasa Smilgevičiusa. Będzie to w formie pomnika. Mamy jeszcze pomysł, by upamiętnić w naszym regionie pierwszego prezydenta Polski Gabriela Narutowicza, ale to jest dopiero w planach, musimy się skonsultować z ambasadą polską i Instytutem Polskim w Wilnie – powiedział Przeglądowi Bałtyckiemu mer Klišonis.

Pałac w Płungianach. Zdj. Tomasz Otocki.

Przeczytaj także:  Rozmowa z Marcinem Łapczyńskim, dyrektorem Instytutu Polskiego w Wilnie

Płungiański samorządowiec ma jeszcze więcej pomysłów na wspólne polsko-litewskie projekty. – My dobrze pamiętamy, że z Płungian pochodziła polska alpinistka Wanda Rutkiewicz. Była trzecią Europejką, która pokonała Mount Everest. Razem z ambasadą polską planujemy postawić tablicę upamiętniającą na miejscu, w którym się urodziła – dodaje Klišonis. Ja z kolei polecam mu zaś wspaniałą książkę o Wandzie Rutkiewicz, którą niedawno napisała Anna Kamińska: „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz”.

Mer nie zasypia gruszek w popiele. Już w miesiąc po naszej żmudzkiej eskapadzie, portal Radia znad Wilii informuje: W Płungianach jest ulica imienia słynnej polskiej alpinistki. Polscy dziennikarze z Wilna cytują mera: „To bardzo znana osoba i najbardziej znana polska alpinistka. Mieszkała w Płungianach. Urodziła się na tej ulicy” – poinformował agencję BNS mer rejonu płungiańskiego Audrius Klišonis. Podkreślił, że zmianę nazwy uzgodniono z mieszkańcami.

Sowieci za bardzo nie przeszkadzali

Proszę wnuka Stanisława Narutowicza, Mieczysława Ziółka, o podsumowanie wyjazdu. Wydawało mi się, że to jego pierwsza podróż w te tereny, tymczasem to nieprawda. – Byłem na Żmudzi pierwszy raz w 1967 r., w czasach Litwy Sowieckiej, kiedy miałem trzynaście lat. Spędziliśmy z moją mamą miesiąc na tych ziemiach, byliśmy w Brewikach, w Olsiadach, w Telszach, w tej ostatniej miejscowości mama miała ciotkę. Dla mnie były to wakacje, z kolei dla matki podróż sentymentalna. Syn Stanisława Kazimierz nie pojechał z nami, po powrocie z Syberii nie chciał nawet oglądać zdjęć, które wtedy zrobiliśmy – opowiada Przeglądowi Bałtyckiemu Ziółek. W Brewikach jego matka spotkała ludzi, którzy jeszcze ją pamiętali sprzed wojny. Pytam się, czy nie było kłopotów, żeby przyjechać na Litwę Sowiecką. – Dostaliśmy zaproszenie od rodziny, która wciąż tutaj żyła, wkładki paszportowe, granicę przechodziliśmy pieszo w Kuźnicy Białostockiej. Mogliśmy być tylko w jednym regionie, ale i tak nielegalnie pojechaliśmy do Wilna, Kowna czy do Połągi. Narutowiczowie mieli szczęście, bo władza oprócz tego, że żądała meldunku po przyjeździe na Litwę, a także ograniczyła miejsce pobytu do paru rejonów, nie za bardzo interesowała się rodziną. Dzięki temu matka Mieczysława Ziółka mogła spokojnie komunikować się z bliskimi osobami. Może Narutowicz był dla ograniczonych sowieckich urzędników nieznany?

W 1967 r. ludzie na Żmudzi jeszcze znali język polski. Podobnie jak w dalekim Kownie. – Spotkaliśmy się tam wtedy z Litwinami, takimi szowinistami narodowymi, którzy nie bardzo przepadali za Polską. Powstał wtedy problem, jakiego języka używać. Litewskiego nie, bo dzieciak z Polski nie zrozumie. Rosyjskiego także nie, bo Sowietów nienawidzili. W końcu stanęło na tym, że ci szowiniści mówili czystą, bezbłędną polszczyzną – śmieje się prawnuk Narutowicza.

Później na Litwę Sowiecką Mieczysław Ziółek przyjechał jeszcze w 1975 r., dotarł do Wilna, gdzie zatrzymał się u ciotecznej siostry jego matki, pochodzącej z Łapcewiczów. Matka na Litwę jeździła znacznie częściej, nawet w czasach Polski Ludowej. – Kontakty cały czas były, nie staliśmy po obu stronach kraty więziennej i nie mówiliśmy do siebie – uśmiecha się Mieczysław. Choć o Stanisławie ani w komunistycznej Polsce, ani tym bardziej w sowieckiej Litwie nie można było oficjalnie mówić.

***

Także w rodzinie Narutowiczów, która po 1945 r. zamieszkała w Wielkopolsce, niewiele się mówiło o korzeniach. Kazimierz Narutowicz, więzień sowieckich łagrów, a później pracownik przemysłu tekstylnego w Poznaniu, był wielokrotnie wzywany do lokalnego Urzędu Bezpieczeństwa. Rodzina starała się uchronić najmłodsze pokolenie przed nieprzyjemnościami. Tematyka litewska pojawiła się dopiero w latach sześćdziesiątych. – Jak chodziłem do szkoły wiedziałem o Gabrielu, ale nie wiedziałem o Stanisławie, dziadek niechętnie mówił o swoim ojcu, za to chętnie wspominał swojego ciężko chorego brata Jana, który zmarł w 1930 r. Może sposób w jaki Stanisław odszedł 31 grudnia 1932 roku grał swoją rolę… O Stanisławie dowiedziałem się więcej po śmierci dziadka. Za to dziadek trochę mówił o swojej siostrze, córce Stanisława Helenie, która była chora na schizofrenię i została spalona przez nazistów wraz z domem, w którym przebywała – opowiada mi Mieczysław Ziółek. Z czworga rodzeństwa przy życiu pozostali po wojnie Zofia i Kazimierz Narutowiczowie. Zofia pracowała na Uniwersytecie Warszawskim, a jej matka, żona Stanisława, Joanna Narutowiczowa na ostatnie dwa lata życia przyjechała do Warszawy. Jest pochowana na Starych Powązkach. Znana jest z tego, że w przedwojennym Kownie była dyrektorką gimnazjum Adama Mickiewicza, powołana na to stanowisko przez organizację mniejszości polskiej „Pochodnię”.

Rodzina Narutowiczów przed kościołem w Olsiadach. Zdj. Tomasz Otocki.

Po 1990 roku już łatwiej było mówić o historii rodu. Wtedy matka pana Mieczysława wróciła do podwójnego nazwiska Narutowicz-Ziółek. – Jak umrę, chcę mieć na grobie podwójne nazwisko – zadeklarowała. I tak się stało. Zmarła w 2015 r. Nekrolog Wandy Ziółek opublikowała poznańska „Gazeta Wyborcza”.

Mieczysław Ziółek jest osobą skromną i na nikogo nie patrzy z wyższością. – Dobrze jest wiedzieć, że ma się w rodzinie osobę, która coś osiągnęła i coś tam znaczyła. To już jest jednak czwarte pokolenie i bezpośrednich odniesień nie ma. To, że się jest potomkiem ważnego człowieka, to przecież nie jest moja zasługa – mówi w rozmowie ze mną. Sam ma trójkę synów, którzy o historii rodziny wiedzą, ale u siebie są bardziej w Wielkopolsce niż na Litwie. To zresztą oczywiste.

Myślę, że jeszcze przyjedziemy na Żmudź – rzuca na odchodne pan Mieczysław. – Żona, która ma także korzenie litewskie, była pierwszy raz na Żmudzi, bardzo jej się tu spodobało – dodaje.

Koniec wyprawy

Wszyscy siedzimy jeszcze w kawiarence hotelu w Płungianach. Z Rajmundem Klonowskim rozmawiamy o wyborach prezydenckich na Litwie, z Romualdem Mieczkowskim o nowym numerze „Znad Wilii”. Powoli z niektórymi osobami zaczynamy się żegnać. Stanisław Zawodnik i Dorota Giebułtowicz opuszczają nas wcześnie, bo o drugiej w nocy odjeżdżają busem z Płungian do Kowna, by spotkać papieża Franciszka. – To ważne – podkreśla w rozmowie ze mną Dorota, redaktorka pisma „Bunt Młodych Duchem”. Ostatni raz na Litwie papież był przecież w 1993 r. w osobie Jana Pawła II.

Przeczytaj także:  Papież Franciszek w krajach bałtyckich: Mosty zamiast murów

Przeczytaj także:  Papież na Litwie: Małe cuda wielkiej pielgrzymki

Wycieczka w drodze do Polski zatrzymuje się w muzeum w Worniach, historycznej stolicy diecezji żmudzkiej, obecnie podupadłej. Ja jadę w przeciwną stronę, nad Bałtyk, gdzie w Połądze spotykam się z tłumaczką Pauliną Ciucką.

Rozmawiamy o Narutowiczach, którzy także pewnie bywali w tej miejscowości, bo to przecież zaledwie parędziesiąt kilometrów od Płungian. Czy my podczas tej wyprawy także wykonaliśmy jakieś parędziesiąt kilometrów na trasie polsko-litewskiego pojednania? Czy poruszyliśmy serca lokalnych Litwinów, a oni nasze? Czy wiemy więcej o sobie? Czy śladem naszego wspólnego dziedzictwa pozostanie tylko koszulka z Narutowiczem zamówiona przeze mnie, czy coś więcej?

Wierzę, że tak właśnie jest. Świadczy o tym odsłonięta w październiku ulica Wandy Rutkiewicz w Płungianach. A także ogólny klimat społeczny, który wytworzył się w 2018 roku wokół braci Narutowiczów. Wierzę, że to nie koniec, że to dopiero początek.

A wszystkich zainspirował Jan Skłodowski…

W 2010 r. współzałożyciel Programu Bałtyckiego Radia Wnet, a później jego redaktor, od lat zainteresowany Łotwą, redaktor strony facebookowej "Znad Daugawy", wcześniej pisał o krajach bałtyckich dla "Polityki Wschodniej", "Nowej Europy Wschodniej", Delfi, Wiadomości znad Wilii, "New Eastern Europe", Eastbook.eu, Baltica-Silesia. Stale współpracuje także z polską prasą na Wschodzie: "Znad Wilii", "Echa Polesia", "Polak na Łotwie". Najlepiej czuje się w Rydze i Windawie.

© Materiał chroniony prawem autorskim – wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy. Więcej informacji o prawach autorskich i zakup licencji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz
Wpisz swoje imię tutaj